Search

BELGIAN AIR FORCE SUNSET SHOOT (Belgia, EBBE)

W bieżącym roku Belgijskie Siły Powietrzne obchodzą swoje 70-te urodziny. W związku z tym jubileuszem zaplanowano szereg wydarzeń propagujących belgijskie lotnictwo wojskowe. Jedną z nich była, zorganizowana 5 kwietnia w bazie 1W Beauvechain wieczorno- nocna sesja zdjęciowa. W grupie kilkuset lotniczych świrów nie zabrakło również naszej delegacji. W promieniach zachodzącego słońca zaprezentowano prawie wszystkie typy maszyn użytkowanych obecnie przez BAF: od szkolnych SF-260 i Alpha Jet, przez transportowego C-130, dyspozycyjnego ERJ-135 po wielozadaniowy F-16. Nie zapomniano również o śmigłowcach. Wojskowe „wiatraki” reprezentowały Alouette III, dwie Augusta A-109 (w wersji łącznikowej i sanitarnej), oraz najnowsze nabytki: NH-90 w wariancie transportu taktycznego i zwalczania okrętów podwodnych. Zestaw dopełniał policyjny MD-900. Choć przez cały dzień pogoda nie rozpieszczała, to (z godnie z obietnicą organizatorów) tuż przed początkiem imprezy pięknie się wypogodziło i mogliśmy cieszyć się malowniczym zachodem słońca. Oprócz prezentacji maszyn na statyce mogliśmy również sfotografować procedury przedstartowe i same starty Alouette III, NH-90 i C-130. Impreza, choć nie obfitowała w „akcenty powietrzne”, była bardzo ciekawa. Pozwoliła zobaczyć (i uwiecznić na zdjęciach) maszyny i personel lotniczy w warunkach, o które trudno „na co dzień”. Przemek "Youzi" Szynkora

AKADEMIA NIKONA W MIŃSKU MAZOWIECKIM (Polska, EPMM)

W dniach 5-6 kwietnia 2016 roku na terenie 23. Bazy Lotnictwa Taktycznego odbyły się warsztaty fotografii lotniczej, zorganizowane w ramach Akademii Nikona. W warsztatach uczestniczyło dwóch obecnych i kilku przyszłych fotografów spod znaku SPFL. Warunki pogodowe były mieszane, od słońca poprzez mgłę, do pełnego zachmurzenia. Dzięki temu na zdjęciach zarejestrowaliśmy kadry typowo wiosenne, jak i typowo jesienne. Podczas naszego fotografowania, w tych dniach załogi 56. BLot i 23. BLoT wykonywały misje odzyskiwania izolowanego personelu. Zatem oprócz samolotów MiG-29, mogliśmy sfotografować wspólne loty Mi-24 Hind oraz W-3PL Głuszec, które przyleciały z 56. Bazy Lotniczej z Inowrocławia na ćwiczenia i operowały z janowskiego lotniska. Konrad "kifcio" Kifert

Z WIZYTĄ U KAWALERZYSTÓW (Polska, EPTM)

Oliwkowo-zielony W-3 „Sokół” pojawił się jakby znikąd. Leciał nisko, tuż nad ziemią. Kierował się w kierunku trzech poruszających się po polnej drodze ciężarówek. Ich kierowcy prawdopodobnie zobaczyli wojskową maszynę dopiero, jak zbliżyła się do czoła konwoju. Pilot prowadził śmigłowiec tak, aby boczny strzelec przez cały czas miał dogodne pole obserwacji całej kolumny. Maszyna szybko dotarła do czoła konwoju, wyprzedziła go i zawisła przed prowadzącą ciężarówką. Pilot ustawił „Sokoła” bokiem, ponownie dając bocznemu strzelcowi dogodne pole obserwacji. Pojazdy zatrzymały się. W tym samym czasie w pobliżu kolumny zawisły jeszcze dwie maszyny: kolejny „Sokół”, niedaleko pierwszej ciężarówki, oraz większy Mi-8 przy końcu konwoju. Z wnętrza śmigłowców wyrzucono liny desantowe. Po chwili zaczęli po nich zjeżdżać pierwsi żołnierze. Kiedy desant się zakończył, obie maszyny odleciały do strefy oczekiwania. Żołnierze, ubezpieczając się nawzajem, ruszyli w kierunku zatrzymanych pojazdów. W tym samym czasie pierwszy z „Sokołów” krążył już nad miejscem akcji z zadaniem osłony sił działających na ziemi. Chociaż wszystkie maszyny nosiły polskie znaki identyfikacji, pododdział na ziemi był jak najbardziej międzynarodowy. Przeprowadzane właśnie ćwiczenie mobilnego punktu kontrolnego realizowali żołnierze z polskiej 25. Brygady Kawalerii Powietrznej (7. batalionu k. pow.) i Królewskiego Kanadyjskiego 22. Pułku Kawalerii. Obie grupy sprawnie zabezpieczyły zatrzymane pojazdy i rozpoczęły przeszukanie oraz identyfikację zatrzymanych osób. Po kilkunastu minutach nad punktem kontrolnym ponownie pojawiły się polskie śmigłowce. Tym razem maszyny naprowadzane przez żołnierzy na ziemi, sprawnie wylądowały w pobliżu grupy pojazdów. Po szybkim załadowaniu desantu z powrotem na pokłady, maszyny odleciały w kierunku lotniska. Na nas też już przyszła pora. Kolejny punkt wizyty w 7. dywizjonie lotniczym 25. BKP dobiegł końca. Tak blisko akcji już dawno nie byliśmy, ale zacznijmy może jednak od początku Wraz z nastaniem wiosny dla wielu z nas rozpoczął się sezon lotniczy. I tak, pewnego pięknego marcowego poranka, stawiliśmy się mocnym składem u bram lotniska w Nowym Glinniku – bazy 7. dywizjonu lotniczego kawalerii powietrznej. Okazja była szczególna, ponieważ na ten dzień zaplanowano wspólne ćwiczenia taktyczne żołnierzy 7. batalionu kawalerii powietrznej oraz komponentu 22. Królewskiego Pułku Kawalerii armii kanadyjskiej. Po dopełnieniu wszystkich formalności „wejściowych” oraz zapoznaniu się z zasadami bezpieczeństwa ruszyliśmy w „bój”. Pierwszym ćwiczeniem, jakie mogliśmy obserwować, było podebranie desantu przez parę śmigłowców W-3 i Mi-8. W ćwiczeniu brali udział zarówno żołnierze polscy, jak i kanadyjscy. Dzięki możliwości podejścia blisko miejsca ćwiczeń, mieliśmy okazję zarejestrować wiele bardzo efektownych kadrów. Procedurę podebrania desantu trenowano „na bojowo”, więc mogliśmy zobaczyć wszystkie jej etapy. Od zabezpieczania strefy lądowania, naprowadzania śmigłowca do miejsca przyziemienia po załadunek desantu i efektowny start maszyny. Dodatkowo, potęgując efekt, cały czas nisko nad naszymi głowami krążył „Sokół” eskorty. Generalnie wszystkie loty, jakie mogliśmy oglądać tego dnia, wykonywane były na niskim i bardzo niskim pułapie. Zobaczyliśmy, co to znaczy latanie „po kawaleryjsku”. Po raz pierwszy też poczuliśmy, jak to jest być w centrum akcji. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że jest to jedynie preludium do tego, co dane nam było przeżyć chwilę później. Po obejrzeniu i zarejestrowaniu kilku podebrań przemieściliśmy się na drugą stronę lotniska, gdzie realizowany był drugi element ćwiczeń – mobilny checkpoint. Był to zdecydowanie najefektowniejszy punkt programu na ten dzień. Dynamiczna akcja zatrzymania i kontroli kolumny ciężarówek zrobiła na nas bardzo duże wrażenie. Szybkość, sprawność i pewność działania zarówno pilotów, jak i sił lądowych budziła prawdziwy respekt. Dodatkowo bliskość operujących na niskim pułapie śmigłowców sprawiła, że czuliśmy się, „jakby gwiazdka przyszła już w marcu”. . Trzeba tu podkreślić, że po raz kolejny znaleźliśmy się w centrum akcji, co dało nam okazje na „złapanie” wyjątkowych kadrów. Z drugiej strony był to trudny egzamin z umiejętności szybkiego „orientowania się” i wyłapywania ciekawych momentów. Po zakończeniu ćwiczeń wróciliśmy na teren lotniska. Czekała tam nas kolejna atrakcja w postaci wystawy statycznej. Specjalnie dla nas zaprezentowano śmigłowce użytkowane w bazie: W-3 Sokół oraz Mi-17 w wersji ewakuacji medycznej wraz z wyposażeniem i uzbrojeniem. Zainteresowani mogli również zwiedzić rozwinięty polowy punkt medyczny. Następnie mieliśmy wyjątkową okazję, aby zapoznać się z symulatorem lotu śmigłowca W-3 „Sokół”. Ostatnim elementem naszej wizyty była możliwość „podglądania” szkolenia spadochronowego przeprowadzanego przez żołnierzy brygady z pokładu śmigłowca W-3. Podsumowując, wizyta w Nowym Glinniku była bardzo udanym zapoczątkowaniem nowego sezonu. Bazę opuszczaliśmy bardzo zadowoleni, z kartami pełnymi ciekawych kadrów i wspomnieniami wyjątkowych przeżyć. Szczególne podziękowania pragniemy złożyć naszym gospodarzom w osobach Pani Porucznik z sekcji wychowawczej oraz Oficerowi Prasowemu Bazy. Był to dla nas bardzo emocjonujący i bogaty w kadry dzień. Bardzo dziękujemy i (mamy nadzieję) do zobaczenia. Przemek „Youzi” Szynkora

SWEET HOME EPMM – REAKTYWACJA A.D. 2016 (Polska, EPMM)

Po nijakiej zimie i ciągle pochmurnej aurze, z utęsknieniem oczekiwaliśmy na poprawę pogody. Oczekiwali również młodzi Fulcrum Driverzy, aby rozpocząć intensywne i regularne szkolenie A.D. 2016. W dniu 16 marca b.r. udało się fotografom stowarzyszenia zawitać na kilka chwil w 23. Bazie Lotnictwa Taktycznego, aby poobcować z pięknymi MiGami-29. Jednak głównym powodem wizyty było wręczenie Panu mjr. pil. Grzegorzowi Czubskiemu skromnego upominku od Stowarzyszenia Polskich Fotografów Lotniczych Air-Action. ICEMAN w dniu 15 marca przekroczył na swoim lotniczym zegarze 2000 godzin spędzonych w powietrzu za sterami samolotów odrzutowych. Panie Majorze – gratulujemy!! Konrad "kifcio" Kifert

TICO WARBIRD AIRSHOW TITUSVILLE (USA, KTIX)

Według organizatora, którym jest Valiant Air Command Warbird Museum, Tico Airshow jest imprezą otwierającą sezon pokazowy w USA. Sprzyja temu położenie lotniska w miejscowości Titusville, która oprócz skojarzeń z komiksem o Tytusie, Romku i A’Tomku, ma ten niezaprzeczalny walor, że leży na słonecznej Florydzie. A ta wiosną nie jest jeszcze zalewana tropikalnym deszczem, a już oferuje upały. Jeszcze nie ma komarów, ale za to zawsze są aligatory. Impreza jest czysto komercyjna, biletowana, w stylu wesołego miasteczka z nastawieniem na sprzedaż hot-dogów i właśnie dlatego dała sporo swobody w miejscach, z których można było ładnie przyfocić. Gawiedź zajęta konsumpcją kompletnie odpuściła te atrakcyjne dla nas lokalizacje, a lotnisko w Titusville oferuje doskonałą miejscówkę na przecięciu dwóch pasów umieszczonych pod kątem prostym względem siebie. Niestety miejsce to organizatorzy potraktowali jako bazę wozów strażackich, stojankę pięknej Tico Belle (Douglas C-47 Skytrain) i lądowisko dla wykonywanych na Bellach (Huey i Cobra) lotów widokowych. Słowem, zostało niemiłosiernie zagracone. Nikła reprezentacja miejscowych fotografów tłoczyła się zaś w strefie VIPów i niestety nikt chyba nie przekazał organizatorom, że to piękne skrzyżowanie pasów mogłoby być lepiej wykorzystane. W zamian Tico Belle, sama w sobie przepiękna, mniej lub bardziej skutecznie blokowała widok na starty i lądowania. Z kolei loty widokowe śmigłowcami prowadzono całymi godzinami z piaszczystego podłoża, czego efektem były chmury piachu nawiewane na część publiki i na kilku desperatów usiłujących wykorzystać fotograficznie widły pasów startowych. Piszę o tym celowo, bo niewielka reorganizacja sprzętu na stojance i odsunięcie lądowiska helikopterów o kilkadziesiąt metrów załatwiłoby sprawę. Tegoroczna trzydniowa edycja Tico Airshow po raz pierwszy rozpoczęła się pokazami popołudniowo-wieczornymi z fantastycznym twilight show w wykonaniu Randyego Balla, jedynego pilota certyfikowanego do akrobacji dziennej i nocnej na…Lim-5, a jakże z Mielca rodem. Lot Lima na dopalaniu o zmierzchu to, trzeba przyznać, rzecz rzadka. Pokaz wieczorny sam w sobie bardzo widowiskowy okazał się wymagający fotograficznie, wysokie ISO rujnowało jakość. Na szczęście Lim latał jeszcze przy resztkach światła słonecznego, a jego metaliczne poszycie odpowiednio zareagowało, prezentując się prawie na różowo. Pozostałe gwiazdy wieczoru, czyli zespół Aeroshell (T-6 Texan) i Matt Younkin (Twin Beech 18) kończyły w egipskich ciemnościach. Nie dało się już fotografować, graty poszły w kąt i pozostało przyglądać się ewolucjom zupełnie na luzie – to też ciekawe doświadczenie. Kolejnego dnia w powietrzu, jak na „warbird airshow” przystało, pojawiło się dużo weteranów z superfortecą B-29 FiFi na czele. Uściślijmy, jedyną zdolną do lotu superfortecą na świecie. FiFi co prawda lata w USA często, na każdy lot sprzedaje się miejscówki, łącznie z penthousem Lorda Vadera w przeszklonym nosie maszyny i przez to zarabia na jej utrzymanie, ale dla mnie osobiście obejrzenie tej legendy w powietrzu to było coś. Odpalenie FiFi prowadzono z należną starszej pani asystą strażaków zabezpieczających ewentualny pożar silników. Podobnej asysty nie miała z kolei Tico Belle, też staruszka, ale widać gorszego sortu. Ze względu na swój raczej nostalgiczny charakter Tico airshow większość maszyn w powietrzu oferował w postaci samolotów śmigłowych. Niewątpliwie wyróżniały się tu aż trzy latające B-25 Mitchell. Wszystkie w kompletnie różnych malowaniach i w dynamicznym pokazie, duże i szybkie, czyli fotograficznie bardzo atrakcyjne. Wypolerowane poszycie B-25 o nazwie własnej Panchito dawało tu szczególnie wiele możliwości. Maszyny dostępne były również na statyce i dopiero wtedy można było się przekonać, że jedna z nich wozi na sobie niezłe działo – kaliber grubego słupka ogrodzeniowego. Takiej rury myślę nie powstydziłby się niejeden pojazd lądowy. Sporo zamieszania generowały śmigłowe Corsair, Mustang i cała chmara Trojanów. Corsair dumnie prezentował się w wolnym przelocie w konfiguracji jak do lądowania na lotniskowcu – najeżony wypuszczonymi klapami i opuszczonym hakiem. W powietrzu prezentowano kilka rzadkich konfiguracji. Modne ostatnio zestawienie starego z nowym, czyli odpowiednik brytyjskiego tandemu Typhoon-Spitfire Synchro Display pokazano w parze F-16/Mustang. To zawsze interesujące i całkiem fotogeniczne, gdy obie maszyny starają się dopasować do swoich zupełnie różnych możliwości. Podobnie jak u Brytyjczyków koniec pokazu para zaznaczała efektownym rozejściem. Innym zestawieniem był zazębiający się pokaz MiGa-17 (Lim-5) i F-86 Sabre, bezpośrednich rywali z Korei. Trochę jarmarcznie, ale na pewno w amerykańskim stylu i z amerykańskim przytupem, prezentowały się wyścigi Skyhawka z wyścigówką, przy czym nie były to dwa, cztery wyścigi wzdłuż pasa, jak to się zwykle praktykuje w Europie, ale bite kilkanaście o ile nie kilkadziesiąt przelotów. Obie maszyny drałowały tam i z powrotem na samym początku dnia, przy czym długotrwałość show oceniam na podstawie czasu, jaki zajęło mi przedostanie się z parkingu na teren lotniska. Trochę szkoda, że pokaz umknął. Taka powtarzalność pozwala na dopracowanie ujęcia. Kolejnym widowiskiem był przejazd ciężarówki na dopalaniu, gdzie do amerykańskiego trucka założono silniki odrzutowe z Learjeta. Tutaj nie było już żadnej powtarzalności – jeden przejazd i koniec. Porządne igrzyska potrzebują ofiar, i proszę, drugiego dnia tył ciężarówki stanął w ogniu i nie obyło się bez interwencji straży. Co charakterystyczne dla pokazów w Stanach, często uderza się w patriotyczną nutę i mimo, że Tico to impreza czysto komercyjna, to w programie znalazł się czas na publiczną przysięgę kadetów pobliskiej bazy lotniczej AFB Patrick. Znaleziono też czas na uroczyste pożegnanie pilota Dana Carra latającego od kilkudziesięciu lat na Skyhawku najpierw w Wietnamie, a potem w charakterze pilota pokazowego. Pożegnanie przez polewanie urządziła niezawodna straż lotniskowa. Tico pozostanie w pamięci jako impreza atrakcyjna fotograficznie (z zastrzeżeniami powyżej) głównie ze względu na swobodny dostęp do atrakcyjnych miejscówek i całkiem długą listę maszyn weteranów. Tubylcy ograniczyli się do piknikowania i nie zaprzątali sobie głowy takimi drobnostkami jak starty, lądowania czy przygotowania przedstartowe. Tak więc Tico to impreza godna polecenia tym bardziej, że w pobliżu można wyeksplorować jeszcze Kennedy Space Center. Sylwester „eSKa” Kalisz

REKONESANS NA KRZESINACH (Polska, EPKS)

Wiosna powoli budzi się do życia, a wraz z nią nasze żelazne ptaki nieśmiało zaczynają wyjeżdżać z hangarów. W związku z tym nie zwlekając w dniu 10.02.2016 r. skorzystaliśmy z gościnności personelu w 31. Bazy Lotnictwa Taktycznego w Krzesinach i odbyliśmy krótką gospodarską wizytę. W trakcie pobytu odbyło się krótkie spotkanie z Dowódcą Bazy oraz OP. Mieliśmy okazję porozmawiać o planach i tym co może wydarzyć się lotniczo w Krzesinach w nadchodzącym roku oraz o możliwej współpracy SPFL z 31. BLT. Krótko po południu, korzystając z gościnności gospodarzy, choć pogoda nie rozpieszczała, udało się uwiecznić kilka pierwszych startów i lądowań w tym roku. Maciej "szamal" Szamałek

DOŚWIADCZYĆ MACH LOOP (Wielka Brytania, LFA7)

Jest pierwszy tydzień stycznia. Znajdujemy się gdzieś w walijskich górach w Parku Narodowym Snowdonia. Wilgotność powietrza jest około 90%, a temperatura spada poniżej zera. Wiatr osiąga w porywach do 80 km/h. Wieje na tyle silnie, że gdy zaczyna padać śnieg to pada horyzontalnie. Zerkamy w stronę wybrzeża oddalonego kilka kilometrów od nas - widać, że się przejaśnia. Silny wiatr szybko przepycha zimny atlantycki front. Zaczynamy szykować się do wyjścia w górę. Czeka nas stroma wspinaczka na około 600 metrów. Ale nie jesteśmy tutaj, aby podziwiać górskie widoki. O nie! Jesteśmy w obszarze wojskowej przestrzeni powietrznej. Jest to obszar treningowy niskiego latania numer 7. Zapraszamy na wycieczkę do słynnego MACH LOOP! - Gdzie i dlaczego? - Mach Loop jest jednym z 18 regionów w Wielkiej Brytanii, gdzie wojskowe samoloty trenują latanie na niskich wysokościach. Oddalone około 10 kilometrów od nadmorskiego miasteczka Barmouth. Jest to miejsce bardzo szczególne, bo tworzy pętlę biegnącą przez malownicze górskie doliny, tak ukochane przez pilotów myśliwców i entuzjastów lotnictwa. Piloci z całego świata odwiedzają to miejsce od lat aby sprawdzić swoje umiejętności na ciasnych górskich zakrętach, a miłośnicy fotografii lotniczej czekają godzinami, aby złapać szybkie bojowe samoloty w przepięknej scenerii. Poza pięknym tłem jest jeszcze jeden powód, dlaczego to miejsce jest tak szczególne. Połączenie wilgotnego morskiego powietrza z górskim tworzy niesamowite warunki, przy których powstają niesamowite oderwania przy samolotach i ciągnące się za nimi smugi. Naprawę ciężko znaleźć pokazy lotnicze gdzie coś takiego można zobaczyć. - Co i kiedy? - Jedyne co jest pewne, to że nie ma lotów w weekendy i święta. Poza tym nie ma reguły. Nie wiadomo co i na pewno nie wiadomo kiedy. Choć latają tam przez cały rok, to ze względu na pogodę, koniec zimy i początek wiosny z reguły bywa najlepszym okresem na odwiedzenie Mach Loop'a. Najlepiej wybrać się w ładny słoneczny dzień. Jeśli widoczność jest dobra mamy duże szanse zobaczyć brytyjskie Tornada i Typhoony. Przy odrobinie szczęścia będziemy mieli okazję spotkać Amerykańskie Siły Powietrzne w ich niesamowitych F 15 Strike Eagle. Wszystko to latające bardzo nisko nawet do 75 metrów od powierzchni ziemi. W okresie pomiędzy tymi większymi pokazami lotniczymi można liczyć na inne typy samolotów. W ostatnich latach widziane były F-16, A-10, Mirage 2000, Red Arrows i wiele innych. Niestety dużo zależy od bardzo zmiennej pogody no i oczywiście od łutu szczęścia. Podczas dość męczącej około 45 minutowej wspinaczki czuć każdy gram sprzętu, który zabraliśmy ze sobą. Jedno jest pewne, termos z ciepłym piciem i jakiś prowiant na pewno się przyda podczas długiego czekania, a już szczególnie w taki zimny styczniowy dzień. Po dotarciu na miejsce spotykamy lokalnych walijskich spotterów. Od lat bywają tutaj niemal codziennie i znają te góry jak nikt inny. Są też o wiele lepiej zahartowani do tej pogody i patrzą z uśmiechem jak trzęsiemy się z zimna w naszych puchowych kurtkach. Ktoś na przywitanie powiedział: „Croeso Y Gymru” co po walijsku znaczy: Witamy w Walii. Oczekiwanie mija na pogawędkach na temat lotnictwa i nasłuchiwaniu skanera. Czasem wysoko słychać odgłosy myśliwców. Kilka fajnych przelotów Hawków z pobliskiej bazy RAFu daje okazję do zrobienia kilka bardzo konkretnych kadrów. Niespodzianką było pojawienie się po raz pierwszy w tym roku jednej z maszyn z Red Arrows. RED 4 przeleciał zostawiając piękne smugi za sobą. Niestety styczniowe dni są bardzo krótkie i warunki do fotografowania z minuty na minutę są coraz gorsze. Część ludzi powoli schodzi w dół. Ale ekipa Air Action zawsze zostaje do końca. Nasza cierpliwość zostaje nagrodzona. Skaner budzi się do życia. Słychać rozmowę pilota Tornada GR4 z Londynem. Jego kod wywoławczy to „Gold Star”. Piękny przelot zrekompensował długie godziny czekania. Piękna złota gwiazda namalowana na ogonie - naprawę mieliśmy dużo szczęścia trafiając na tę maszynę. Zaczyna robić się późno i zimno staje się nie do zniesienia. Powoli szykujemy się do powrotu. Jednak Mach Loop uczy pokory i cierpliwość. Tutaj zawsze trzeba czekać do ostatniej minuty. Na skanerze odzywa się ktoś z bardzo charakterystycznym akcentem. Mówi bardzo powoli i poważnie. To Amerykanie! Trzy F-15 proszą o pozwolenie na lot na niskiej wysokość przez 30 minut. Wysoko szukają przerwy w chmurach na wejście do doliny. W pewnym momencie odgłosy z głośnika skanera i odgłosy silników ucichają. Łapiemy za aparaty, serce zaczyna bić szybciej. Już nie czujemy żadnego zimna. W dolinie ukazuje się wspaniała sylwetka F-15 zostawiając piękne smugi. I za nim kolejny! Naciskamy przycisk migawki aparatu. Mamy to! Marek „Maras” Gembka

LIGHTNING O ZMIERZCHU (Wielka Brytania, Bruntingthorpe Aerodrome)

Co się stanie, gdy grupka ambitnych ludzi będzie bardzo chciała czegoś dokonać? Powstaną rzeczy wielkie! Aby się o tym przekonać, 7 listopada 2015 r., udaliśmy się do Bruntingthorpe w Anglii. To tam kilku starszych panów założyło „Lightning Preservation Group” i w małym hangarze utrzymuje przy życiu wspaniałe myśliwce z czasów zimnej wojny - English Electric Lightning. Ten niesamowity samolot myśliwski produkowany był w latach 1959-1969. Jednomiejscowa konstrukcja o owalnym kadłubie ze stożkowym wlotem powietrza z przodu i skrzydłach o skosie natarcia 60 stopni ważyła ponad 14 ton i robiła ogromne wrażenie. Lightningi miały służyć jako samoloty przechwytujące, więc charakteryzowały się bardzo dobrymi osiągami. Dzięki dwóm ogromnym silnikom Rolls–Royce'a, ułożonym pionowo jeden nad drugim z dyszami na końcu kadłuba, potrafił osiągnąć zawrotną prędkość 2415 km/h. 25 listopada 1958 r. jako pierwszy brytyjski samolot osiągnął Mach 2. W kwietniu 1985 r. podczas ćwiczeń miał jako jedyny samolot na świecie prześcignąć samolot Concorde. Nie tylko prędkość w locie poziomym przewyższała osiągi większości myśliwców tamtych czasów (a nawet część późniejszych maszyn). Prędkość wznoszenia dochodziła do 15 km/min. Podobno w 1984 r. na ćwiczeniach NATO, na wysokości ponad 20 kilometrów nad ziemią, miał przechwycić szpiegowski samolot Lockheed U-2. Mimo niesamowitych osiągów Lightning był konstrukcją o niewielkim uzbrojeniu i ograniczonym zasięgu. Duże kłopoty też sprawiało serwisowanie. Widok tego myśliwca nawet po tylu latach robi ogromne wrażenie. W Bruntingthorpe stoją trzy egzemplarze (z czego XR713 jest jeszcze w renowacji). Niestety w Wielkiej Brytanii nie mają już pozwolenia na latanie. Tego dnia były wystawione dwie maszyny i mieliśmy praktycznie pełen dostęp do nich przez cały dzień. Odbyła się też bardzo dobrze zorganizowana sesja przy pięknym zachodzie słońca, ale gwoździem programu było kołowanie obu maszyn i start silników z pełnymi dopalaczami. Silniki Lightningów robią niesamowity hałas, a płomienie z dysz są ogromne. Trzeba przyznać, że to był pokaz jedyny w swoim rodzaju. Na pewno odwiedzimy to miejsce ponownie, do czego zachęcamy również Was, drodzy czytelnicy. Zazwyczaj dwa razy do roku organizowane są dni otwarte. Szczegóły można znaleźć na stronie www.lightnings.org.uk. Gorąco popieramy tych miłych starszych panów – wielkich pasjonatów lotnictwa. Cały program działa jedynie dzięki prywatnym dotacjom, a wszystko to przez miłość do tych pięknych maszyn. Niestety troszkę też jesteśmy zazdrośni... no bo kto by nie chciał mieć na emeryturze własnego myśliwca z czasów zimnej wojny? Marek „Maras” Gembka

ADEX 2015 – SEOUL AIR SHOW (Korea Płd, RKSI)

Nieubłaganie przyszła jesień. Nie ma co kryć, że nie jest to nasza ulubiona pora roku. Pod koniec października sezon pokazowy w Europie w zasadzie jest już zakończony. Jesteśmy już po Radomiu, Ostrawie, a nawet po Axalp. Coraz trudniej o dobrą pogodę. Lotnicze życie w bazach też jakby trochę przymiera. Czy to znak, że czas już odłożyć sprzęt na półkę? O Nie! Postanowiliśmy spróbować znaleźć jeszcze nieco lotniczych kadrów (trochę dalej) za granicą. Nasze zainteresowanie wzbudziła odbywająca się w Seulu duża wystawa sprzętu obronnego ADEX 2015 i organizowane przy niej pokazy lotnicze. Do wyjazdu bardzo zachęciła nas informacja o uczestnictwie w niej F-22 (miał być to jedyny poza USA pokaz w tym roku)… oraz bardzo atrakcyjna promocja na kierunku azjatyckim pewnej znanej linii lotniczej ;). Czasu na decyzję było mało, tak więc zapadła szybko. Nie było na co czekać. W końcu zakończyć sezon pokazem Raptora, to jest coś! ADEX jest imprezą siedmiodniową, przy czym ostatnie 2 dni są otwarte dla publiczności. Wtedy też organizowane jest Air Show. Na miejsce dotarliśmy w piątek, a więc w ostatni dzień „profesjonalny”. W planie mieliśmy oczywiście jeszcze pozostać na pozostałe dni „publiczne”. Po krótkich formalnościach i odebraniu akredytacji prasowych ruszyliśmy na teren pokazów. Lotnisko, na którym zorganizowana została wystawa, na co dzień jest bazą 15. Skrzydła Lotnictwa Transportowego. W jego skład wchodzą eskadry transportowe, operacji specjalnych, zabezpieczające podróże najważniejszych osób w państwie oraz eskadra lotnictwa taktycznego latająca na lekkich samolotach szturmowych KA-1. :::Jak to się robi w Korei?::: Część wystawiennicza została zorganizowana w kilku dużych pawilonach. Można tam było zobaczyć ekspozycje największych producentów uzbrojenia. Było też kilka polskich akcentów, od modelu SW-4 w polskich barwach na stanowisku Augusta Westland po… stoisko Ministerstwa Obrony RP. Na zewnątrz pawilonów zorganizowano ciekawą wstawę statyczną. W jej skład wchodził sprzęt koreańskich wojsk lądowych oraz lotnictwa. Oprócz jednostek artylerii, pojazdów zabezpieczenia technicznego, bojowych wozów piechoty, samobieżnych zestawów p-lot i czołgów prezentowano również samoloty i śmigłowce. Gospodarze wystawili większość użytkowanego przez siebie sprzętu. Od konstrukcji, które lada moment zostaną wycofane (F-5E, F-4E), przez te, które zostaną poddane modernizacji (KF-16C), po najnowsze nabytki: KA-1, T-50, FA-50, F-15K i F-35 (w postaci makiety 1:1). W specjalnej strefie wystawiono maszyny zespołu akrobacyjnego Black Eagles (T-50) - jednej z głównych atrakcji imprezy. Nie zapomniano również o transportowcach reprezentowanych przez CH-47D, C-130H i C-235. Oprócz gospodarzy w niezłym składzie pojawili się również Amerykanie. Na płaszczyźnie postojowej pięknie prezentowały się CH-47F, AH-64D, F-16C, A-10C, F-18E, C-17, KC-135 i… dwie sztuki F-22A (!). Dalej na odwiedzających czekała specjalnie wydzielona przestrzeń do dynamicznej prezentacji sprzętu lądowego. Działo się tam sporo… ale o tym później. Według zapowiedzi organizatorów w powietrzu miały zaprezentować się: KT-1 (samolot szkolny), KA-1 (lekki samolot szturmowy), KF-16, Red Devils (spadochroniarze z RAF) HH-60P Pave Hawk, A-10, Osprey, C-17, T-50, FA-50, F-22, U-2 i Black Eagles. Zapowiadało się ciekawie. Przyznam, że największe zdumienie wywołała u mnie zapowiedź obecności U-2. Kilka razy sprawdzałem, czy czasem Koreańczycy nie mają jakiegoś nudnego transportowca, który też ma takie oznaczenie. Wszystko jednak wskazywało na to, że naprawdę zobaczymy w powietrzu „Dragon Lady”! Z drugiej strony bardzo ciekawiło nas, „jak w takiej Korei wyglądają pokazy lotnicze”. Czy latają jak „u nas”, czy może bardziej jak w Niemczech (czyli w miarę blisko i nisko czy daleko i wysoko ;) )? Z drugiej strony dla takich lotniczych świrusów jak my już sama możliwość oglądania na żywo maszyn wojskowych z tak odległego kraju jak Korea Południowa była ogromną atrakcją. Zobaczyć, jak u nich malowane są C-130, jakie noszą oznaczenia eskadr, o możliwości zajęcia miejsca w kabinie F-4 czy F-5, nie wspomnę. ;) OK, ale wróćmy do tego, co działo się w powietrzu. Jak wspomniałem wcześniej piątek był ostatnim dniem dla profesjonalistów i mediów. Pokazy w powietrzu tego dnia miały być mocno ograniczone w stosunku do dni dla publiczności, jednak cały czas w powietrzu coś się działo. Co chwila przylatywały lub odlatywały różne statki powietrzne… i nie chodzi tu o jakieś cywilne autobusy. :)A to przyleciały jakieś Black Hawki, a to odleciał C-130 lub C-235. W związku z tym, że stacjonuje tu eskadra VIP, mieliśmy też możliwość zobaczyć przy pracy śmigłowce i samoloty do transportu najważniejszych osób w państwie: śmigłowce S-70, S-92 i pasażerskie B-737 i B-747. Ruch był naprawdę spory. :::Czarne Orły i Raptory::: Odgłos uruchamianych silników na płaszczyźnie zajmowanej przez Black Eagles oznaczał, że za chwilę miały rozpocząć się pokazy w powietrzu. Zanim jednak Czarne Orły miały opanować niebo nad nami, do pokazu wystartował mały żółty dwupłatowiec. Jego pilot zaraz po oderwaniu kół od ziemi włączył smugacz i „pociągnął” kosiaka prawie do końca pasa, by tuż przed końcem wyrwać ostro w górę. Z głośników usłyszeliśmy, że właśnie swój pokaz rozpoczął Paul Bennet latający na Pitts Wolf Pro. Nie wiem, co oni tam w tej Australii mają (że tak latają), ale będę musiał to kiedyś sprawdzić osobiście ;). Jeżeli ktoś mnie spyta, jak wygląda radość z latania, to zawsze będzie mi się przypominał ten pokaz. Kilkanaście minut lotniczego szaleństwa. Kosiaki nad pasem, przeloty bokiem, zwariowane korkociągi, nurkowania, pętle, beczki i figury, których nawet nie umiem nazwać. Po żółtym akrobacie przyszedł czas na gospodarzy. Z płaszczyzny postojowej zaczęli wykołowywać Black Eagles, czyli zespół akrobacyjny ROKAF. Byłem bardzo ciekaw tego pokazu. Dużo o nich słyszałem, widziałem oczywiście jakieś filmy, ale na żywo jeszcze ich nie oglądałem. Na jedyną prezentację w Europie podczas RIAT 2012 niestety nie dotarłem. Teraz wreszcie nadszedł moment, aby nadrobić zaległości. Pokaz rozpoczął się przelotem całego zespołu ze smugaczami w barwach narodowych Republiki Korei. Słyszałem, że pokaz Koreańczyków to taka składanka najefektowniejszych figur zaczerpniętych z pokazów najlepszych zespołów akrobacyjnych. Jest w tym sporo prawdy. Łatwo dopatrzyć się rozejść, mijanek, figur i formacji znanych z pokazów Włochów, Brytyjczyków, Francuzów czy Szwajcarów. Przyznam jednak szczerze, że zupełnie mi to nie przeszkadzało. Wszystkie te figury wykonywane były nie dość, że perfekcyjnie, to najczęściej znacznie dynamiczniej i na większej MOCy. T-50 to fantastyczna maszyna. Mówi się o nim, że to taki mini F-16, i coś w tym jest. I nie chodzi tu tylko o sylwetkę, ale o dynamikę wykonywania poszczególnych figur. Z drugiej strony pokaz Black Eagles to nie tylko „składanka znanych numerów”, wiele figur i manewrów, to autorskie pomysły zespołu, a co najważniejsze całość składa się w bardzo atrakcyjny i dynamiczny pokaz, który ogląda się z prawdziwą przyjemnością. Kiedy na płaszczyznę postojową zjeżdżały już ostatnie czarno-żółte T-50, na krawędzi pasa w falującym od termiki powietrzu widać już było charakterystyczną sylwetkę myśliwca z podwójnym usterzeniem. Krótka zapowiedź spikera i już w naszym kierunku, nisko nad pasem mknął F-22 Raptor. Kiedy maszyna była dokładnie przed nami, ostro wyrywała pionowo w górę. Co za MOC! Na ten moment czekałem od 2010 roku, kiedy po raz ostatni widziałem pokaz Raptora na RIAT 2010. Od tego czasu dużo się zmieniło. Teraz pokaz był dynamiczniejszy i lepiej prezentował możliwości manewrowe tego samolotu. Wiele figur było nowych, jak choćby pionowe wznoszenie zakończone ślizgiem na ogon(!). Czyżby amerykanie oglądali pokaz naszego MiGa-29? ;). Pokaz był fenomenalny. Z jednej strony Raptor jest niesamowicie manewrowy i potrafi prawie zawrócić w miejscu, a z drugiej strony duże wrażenie robi to, jak szybko potrafi odzyskać po takim manewrze energię i dynamikę. Zaaferowani tym, co działo się nad nami, nie zwróciliśmy uwagi, że powoli słońce zbliżało się ku zachodowi. Piękne złociste światło zaczęło malować dookoła zupełnie nowe obrazy. Formalne pokazy zbliżały się do końca. Dużo więcej czekało nas jutro i pojutrze. Nie oznaczało to jednak, że w powietrzu nic się już nie działo. Lotnisko wróciło do swojego zapracowanego trybu. Ponownie mogliśmy obserwować starty i lądowania różnego rodzaju maszyn wojskowych, tym razem w pięknym popołudniowym świetle. Przylatywali nowi goście, jak choćby koreański P-3 Orion, a niektórzy odlatywali, jak należący do RAF A-400M. Korzystaliśmy z pięknego światła i odwiedziliśmy jeszcze wystawę statyczną. Na ten dzień pokazy się zakończyły, ale nazajutrz mieliśmy zacząć od nowa. :::Dzień drugi::: Drugi, a w zasadzie pierwszy dzień pokazów, powitał nas dużym zachmurzeniem i deszczową pogodą. Grube, szare chmury wisiały nisko nad całym Seoulem. Prognozy na dalszą część dnia były optymistyczne, więc się tym nie przejmowaliśmy. W dobrych nastrojach dotarliśmy na teren pokazów. Na miejscu okazało się, że deszcz, który padał w nocy, zalał centrum biletowo-akredytacyjne i unieruchomił system komputerowy odpowiedzialny za bramki. ;) Na szczęście po godzinie oczekiwania machina ruszyła i mogliśmy spokojnie wejść na teren imprezy. Oprócz pokazów w powietrzu organizatorzy zorganizowali też wiele atrakcji dodatkowych. Na wydzielonym tankodromie dwa razy dziennie prezentowały swoje możliwości wojska lądowe. Świetnie przygotowana prezentacja (komentowana również w języku angielskim) obejmowała prawie cały przekrój sprzętu zmechanizowanego. Od pojazdów wsparcia poprzez samobieżną artylerię, jednostki p-lot, bojowe wozy piechoty po najnowsze czołgi K2. Swoje umiejętności odbijania zakładników prezentowały oddziały specjalne. Na płaszczyźnie postojowej w innej części lotniska można było oglądać pokazy musztry paradnej, walki wręcz oraz występy tradycyjnych koreańskich bębniarzy. Teren pokazów bardzo szybko zapełnił się odwiedzającymi. Na lotnisko przybyły całe rodziny. Zanosiło się na wielki rodzinny piknik. Dzięki świetnej organizacji każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Olbrzymi pawilon zajmowały Koreańskie Siły Powietrzne. Odwiedzający mogli dowiedzieć się o służbie, „polatać” na różnych symulatorach lotu. Zrobić pamiątkowe zdjęcia z ekipą Black Eagles. Czekało ich tam wiele różnych atrakcji. Bardzo aktywni byli również Amerykanie. Szczególnie oblegane było stoisko przy A-10. Zajmujący je lotnicy chętnie opowiadali o swoim samolocie i o tym, czym się zajmują na co dzień, a niektórzy z nich wrócili do domu z naszywkami polskich MiG-ów-29. ;). Dla wytrwałych (bo kolejki były długie) dostępne były również kokpity niektórych samolotów i śmigłowców. Trzeba przyznać, że możliwość zajęcia miejsca w kabinie F-4, F-5, Apache czy Chinooka była bardzo kusząca. ;). Pokazy w powietrzu podobnie jak w dzień poprzedni otworzył „szalony Australijczyk” na swoim Pitts-ie . Zaraz po nim miejsce na niebie mieli zająć Black Eagles, ale ze względu na niski pułap chmur ich występ przełożono na godziny popołudniowe. Oficjalne rozpoczęcie uświetnili spadochroniarze z flagami. Nieoczekiwanie poprawiła się pogoda. Wielka szara chmura, która zakrywała praktycznie całą przestrzeń nieba nad lotniskiem w pewnym momencie po prostu „przeszła”, zostawiając za sobą błękitne niebo. W powietrzu natomiast swoje możliwości prezentowała załoga turbo śmigłowego samolotu szkolnego KT-1. Naszą uwagę jednak przyciągnął ruch daleko na końcu pasa. Tam do swojego (pierwszego tego dnia) pokazu przygotowywała się gwiazda imprezy - F-22 Raptor. Podobnie jak w dniu poprzednim pilot udowodnił prawdziwą klasę. Dodatkowo pokaz odbywał się przy zupełnie innej pogodzie, więc oglądaliśmy go jakby na nowo. Na zakończenie pilot wybrał podejście do lądowania od „naszego końca pasa”, więc mieliśmy jeszcze możliwość zarejestrowania przyziemienia i pięknej „defilady” na dużym kącie natarcia. Po Amerykanach na niebo znowu powrócili gospodarze. W powietrzu możliwości swojej maszyny prezentował pilot T-50. Dla nas było to o tyle ciekawe, że samolot ten starował w przetargu na samolot szkolenia zaawansowanego dla Polskich Sił Powietrznych. Trzeba przyznać, że jest to bardzo ciekawa maszyna. Z wyglądu bardziej przypomina maszynę bojową niż szkolną. T-50 Golden Eagle wyposażony w wytwornice dymu zamontowane na końcach skrzydeł dał atrakcyjny i bardzo dynamiczny pokaz. Momentami przypominał belgijskie demo na F-16. Po pokazie Złotego Orła nastąpiła przerwa w pokazach w powietrzu, a organizatorzy zaprosili wszystkich chętnych na prezentacje wojsk lądowych. Ponad godzinną przerwę w powietrznych akrobacjach skrzętnie wykorzystało kilka C-130, Chinooków i Black Hawków, odlatując i przylatując na teren lotniska. Przez chwilę pojawił się nawet rozpoznawczy RC-800 ze stacjonującej tu jednostki rozpoznania taktycznego… ot, taka wisienka na torcie dla lotniczego maniaka. :) :::„Smoczyca” i powietrzni komandosi::: Po wyznaczonym czasie nad lotniskiem pojawił się samotny spadochron, a z głośników dowiedzieliśmy się, że za chwilę będziemy świadkami akcji ewakuacyjnej zestrzelonego pilota z terenu zajętego przez wroga. Chwilę po szczęśliwym przyziemieniu nad samotnym lotnikiem pojawił się lekki samolot szturmowy KA-1. Czas był idealny, ponieważ w jego stronę zaczęła zbliżać się już ciężarówka pełna wrogich żołnierzy. Wymalowana na jej burcie czerwona gwiazda jednoznacznie określała, z jakiego kraju ona pochodzi. :) Szturmowiec zatoczył kilka kręgów nad miejscem lądowania i zaatakował przeciwników. Efekty pirotechniczne w postaci widowiskowych wybuchów potwierdziły, że „atak” był skuteczny. Przeciwnicy początkowo zawrócili, lecz po chwili ponownie ruszyli w kierunku naszego rozbitka. Wtedy na niebie pojawiła się para F-16. Chroniąc się za salwą flar, przystąpiła do (symulowanego) ataku. Ponownie zobaczyliśmy efektowne eksplozje. Kiedy „szesnastki” wykonywały okrąg nad terenem działań, na niskim pułapie wleciała para ratowniczych HH-60P. Maszyny przemknęły tuż przy linii publiczności na wysokości zaledwie kilku metrów. Przyznam szczerze, że takiego kosiaka na pokazach to jeszcze nie widziałem. Tak blisko (publiczności) i tak nisko to się w Europie (niestety) nie lata. Efekt był niesamowity dla widzów wpatrzonych w latające w górze myśliwce, śmigłowce, które pojawiły się po prostu „ znikąd”. Tuż za miejscem, gdzie staliśmy, maszyny wykonały ostrego break-a ze wznoszeniem i przystąpiły do akcji ratowniczej. Jeden z Pave Hawk-ów przeszedł do zawisu, a drugi, krążąc nisko, osłaniał go ogniem z broni pokładowej. Dodatkowo na wyższym pułapie co chwilę przelatywała (rzucając flary), strzegąc cały zespół, para F-16. Z wiszącego w pobliżu rozbitka śmigłowca, za pomocą szybkiej liny, desantowali się żołnierze zespołu ratowniczego. Gdy cała ekipa była już na ziemi, maszyna z efektownym przechyłem oddaliła się z miejsca lądowania. Po identyfikacji i zabezpieczeniu zestrzelonego pilota zespół został podebrany przez kolejnego Pave Hawka, tym razem już z ziemi. Po chwili obie maszyny ratownicze były już w powietrzu. Akcja zakończyła się sukcesem. Na zakończenie pokazu wszyscy uczestnicy ponownie zaprezentowali się publiczności w efektownych przelotach. Pave Hawki znowu blisko i bardzo nisko, a F-16 wystrzeliwując na pożegnanie kolejną porcję flar. Prezentacje działań Combat SAR, czyli ratowania personelu z terenu objętego walkami, prezentowane są dosyć często na różnych pokazach, ale muszę przyznać, że tak brawurowego latania na śmigłowcach to jeszcze nie widziałem. „Specjalsi” z 233 dywizjonu CSAR wykonali swoje zadanie „iście po kozacku” ;). Nie opadły jeszcze emocje po ekscytującym pokazie CSAR-u, kiedy nad horyzontem z lewej strony lotniska pojawił się charakterystyczny, przypominający szybowiec, kształt. W osi pasa zbliżał się do nas samolot legenda - U-2S Dragon Lady. Sławny, supertajny (w czasach Zimnej Wojny) samolot szpiegowski, który obok SR-71 pomógł USA wygrać Zimną Wojnę. Zobaczyć tę maszynę w powietrzu to naprawdę rzadkość, a móc podziwiać ją na pokazach lotniczych to prawdziwy ewenement. Ten, przypominający trochę wielki czarny szybowiec, samolot nie zaprezentował nam oczywiście żadnych akrobacji. Pilot wykonał kilka przelotów z różną prędkością oraz w konfiguracji do lądowania. Pomimo to u każdego oglądającego miłośnika historii lotnictwa wywołało to szybsze bicie serca. ;) Potwierdziło to zresztą wielu ze stojących tam fotografów. W rozmowie przyznawali, że to właśnie U-2, Raptor i A-10 przyciągnęły ich w to miejsce. Właśnie, a gdzie podział się A-10? Z zapowiedzi wynikało, że możemy spodziewać się prezentacji „Guźca” w powietrzu. Niestety, jak powiedzieli nam później piloci tych maszyn: „w ostatniej chwili odwołano prezentację w powietrzu ze względów operacyjnych”... cokolwiek to znaczyło. Nie pojawiła się też inna zapowiadana gwiazda - V-22 Osprey. No trudno, może dadzą radę następnym razem, jak na razie i tak bawiliśmy świetnie. :) W czasie, kiedy na horyzoncie majaczył jeszcze smukły kształt U-2, z lotniska wystartował koreański HH-47. Po kilkunastu minutach z jego pokładu wyskoczyli Red Devils - spadochronowy zespół akrobacyjny RAF. Przyznam szczerze, że nie jestem fanem oglądania ludzi wyskakujących ze sprawnych samolotów… (z niesprawnych oczywiście tym bardziej) i raczej tego typu „przerwy” w pokazach wykorzystuje na posiłek, ale ci faceci naprawdę są warci obejrzenia. Oni naprawdę wykonują akrobacje i to jeszcze z dymami. Był to fenomenalny pokaz sprawności, wyszkolenia i precyzji pilotażu, który nagrodzony został wielkimi brawami. Pokazy trwały dalej. Przyszedł czas na cięższy sprzęt. W powietrze wzbił się C-17 Globemaster III. Miałem już okazję kilkukrotnie oglądać ten samolot podczas różnych pokazów. Zawsze zdumiewało mnie, jak ta wielka maszyna potrafi być zwrotna, zarówno w powietrzu, jak i na ziemi. Po lądowaniu i bardzo krótkim dobiegu piloci zaprezentowali cofanie samolotu po pasie startowym. W czasie tego manewru przed jednym z silników pojawił się wir zasysanego powietrza, a po chwili doszło do jego pompażu. Objawiło się to efektownym płomieniem, który wystrzelił z gondoli silnika. Jak się szybko okazało, nie doprowadziło to do żadnej sytuacji awaryjnej, samolot pojawił się ponownie w powietrzu następnego dnia. Pokazy (tego dnia) powoli dobiegały końca. Zbliżające się do zachodu słońce ponownie zafundowało nam „magiczną godzinę”. Trzeba przyznać, że był to idealny moment, ponieważ do swojego drugiego tego dnia pokazu wystartował F-22. Piękna maszyna, niesamowite światło, ciężko to opisać słowami, lepiej pooglądać zdjęcia w galerii. ;) Na zakończenie, już w świetle zachodzącego słońca gospodarze zaprezentowali jeszcze swój najnowszy samolot - FA-50, czyli bojową wersję T-50 Golden Eagle. Ta maszyna również została wyposażona w smugacze zainstalowane na końcach skrzydeł i dała równie efektowny pokaz. Było to bardzo udane zakończenie tego owocnego dnia. Teren pokazów opuściliśmy bardzo zadowoleni. :::Piloci, jak gwiazdy rocka::: Nadszedł trzeci i ostatni dzień naszej przygody z ADEX 2015. Tego dnia postanowiliśmy zmienić miejsce fotografowania. Do tej pory byliśmy zainstalowani w nieformalnej strefie spotterskiej tzn. miejscu, gdzie zupełnie przypadkowo zebrała się chyba większość długich obiektywów, jakie były na tym terenie. ;) Na ostatni dzień postanowiliśmy przenieść się do „strefy publiczności”. Była ona oddalona nieco od osi pokazów, ale za to mieściła się o kilkadziesiąt metrów bliżej pasa startowego. Chcieliśmy też poczuć prawdziwą atmosferę tych pokazów, a nie ma nic lepszego, jak wmieszać się w tłum widzów. Koreańczycy bardzo żywiołowo i otwarcie reagowali na to, co działo się nad ich głowami. Nie stronili od okrzyków zachwytu, oklasków i wiwatowania. Dużo się działo! Wszystko w atmosferze radości z oglądanego widowiska. Szczególnie mocno oklaskiwano zespół Black Eagles. Jego piloci traktowani są tu prawie jak gwiazdy rocka. ;) Generalnie Koreańczycy są dumni ze swoich sił zbrojnych i okazują to otwarcie, i przy każdej okazji. Podobnie, jeśli chodzi o barwy i symbole narodowe. Jest to jedna z wielu rzeczy, którą warto u nich „podpatrzeć”. :) Zmiana miejsca była bardzo dobrą decyzją. Atmosfera była świetna, a bliskość linii pokazu szybko zaowocowała nowymi ciekawymi kadrami. W tamtym miejscu lotnictwo było momentami naprawdę prawie na wyciągnięcie ręki. ;) W czasie prezentacji CSAR-u para Pave Hawk-ów kilkukrotnie przemknęła nad nami tak nisko, że prawie straciliśmy nasze kapelusze. Generalnie, na tych pokazach latano bliżej i niżej niż na większości imprez w Europie. Przeloty nad publicznością? Nie ma problemu. Nawet F-22 zafundował nam kilka przelotów zza publiczności lub „po skosie” tuż nad jej strefą. W trakcie pokazów Black Eagles, kilka przelotów i mijanek odbyło się bardzo blisko, a w zasadzie to nad naszymi głowami. Momentami można się było poczuć się jak „w burakach” w Ostrawie czy na Rhymes Farm. Generalna ocena pokazów - bardzo dobra. :) Niedzielne prezentacje w powietrzu rozgrywały się według podobnego scenariusza jak w dzień poprzedni. Trochę więcej było przerw na starty i lądowania samolotów i śmigłowców niebiorących udziału w pokazach, ale zupełnie nam to nie przeszkadzało. :) Dziwnie natomiast zakończył się pokaz F-22. Maszyna wystartowała pod koniec dnia, kiedy słońce już było bardzo nisko i dawało ostre ciepłe światło, a niebo przybrało lekko fioletową barwę - po prostu bajka! Tym razem obserwowaliśmy pokaz z innego miejsca. Inne kąty, bliżej pasa, dalej od osi pokazu, czyli prawie jakbyśmy widzieli go pierwszy raz. Niestety w trzech czwartych występu pilot przerwał pokaz i wszedł na wysoki krąg. Po kilku minutach z lotniska wystartował drugi F-22 i dołączył do maszyny pokazowej. Samoloty przeleciały parą jeszcze raz nad lotniskiem i odleciały. W pierwszej chwili mieliśmy nadzieję, że poleciały, aby dołączyć do zbliżającej się U-2 i zaprezentować się we wspólnym przelocie, ale niestety tak się nie stało. Po kilku minutach nad naszymi głowami pojawiła się „Dragon Lady”, lecz sama bez honorowej asysty, wielka szkoda. Po krótkim „pokazie” latającego szpiega ponownie wystartowali Black Eagles. Zespół najpierw przeleciał piękną, równiutką taflą wzdłuż strefy publiczności, a następnie zmienił formację, by nadlecieć od frontu i zakończyć ten minipokaz widowiskowym rozejściem. Tak Black Eagles pożegnały swoich widzów i całe pokazy Seoul Air Show 2015. Publiczność nagrodziła ich gromkimi oklaskami i wiwatami. Tak zakończyły się nasze pierwsze pokazy lotnicze na Dalekim Wschodzie i jestem pewien, że nieostatnie. ;) Przemek (Youzi) Szynkora

FLEET WEEK SAN FRANCISCO 2015 (USA, KSFO)

"Fleet Week" to święto marynarki wojennej ale zakończone weekendowymi pokazami lotniczymi. Ulokowanie święta w San Francisco akurat nie powinno dziwić, gdyż miasto wraz z sąsiednim Oakland to w praktyce jeden wielki port. Dwa dni spędzone w San Francisco udowodniły, że pierwsze wrażenie może być mylne i nie należy wyciągać pochopnych wniosków. Po prostu piątek 9 października 2015 r. lotniczo nie zachwycił, można było nawet zwątpić w zaangażowanie Blue Angels, pokazowego zespołu US Navy, który słynie z perfekcji i których niejeden fotograf lotniczy plasuje na samym szczycie pokazowej drabiny. Jeżeli doda się do tego obrazu tzw. okoliczności przyrody – zatokę San Francisco z wyspą Alcatraz i majaczący w oddali most Golden Gate, to chyba staje się jasne, że oczekiwania co do pokazów i okazji fotolotniczych właśnie w tym miejscu były ogromne. Ale po kolei. Zgodnie z wielokrotnie sprawdzoną regułą rozpoznaję teren pokazów najpierw na mapie i na forach lotniczych. Dzięki temu mniej więcej wiem gdzie się ulokować, przynajmniej wirtualnie. Czasem dobrych rad jest aż za dużo i jesteśmy postawieni przed dylematem na zasadzie „osiołkowi w żłoby dano”. W przypadku Fleet Week żłoby były aż cztery – rekomendowany przez organizatorów południowy brzeg zatoki, od strony nabrzeża San Francisco ze słońcem i z przyjaznym widokiem na Alcatraz. Następnie północny brzeg Zatoki pod słońce ale za to z tłem w postaci wieżowców miasta z naturalną możliwością złapania oderwań pod słońce właśnie. I wreszcie ulokowanie się na jakiejś rybackiej lub turystycznej łajbie, które hurtowo oferują rejs w pobliże osi pokazów. Można było także zameldować się na samej wyspie Alcatraz, która zapewniała stabilny grunt w przeciwieństwie do łajby . Logika nakazywałaby skorzystanie przynajmniej z trzech dostępnych możliwości kolejno przez trzy dni pokazów. Niestety, aż tak dobrze nie jest, mam ograniczenia czasowe i jeszcze nie za bardzo orientuję się w topografii miasta, łatwo można ugrzęznąć w niekorzystnym miejscu długiego na wiele kilometrów deptaka wzdłuż zatoki. Pierwszego dnia, w piątek, wybieram więc wariant pierwszy, na zasadzie rozpoznania miejscówki bojem. Podążam wzdłuż nabrzeża, które kilometrami ciągnie się w kierunku Golden Gate. Znajduję górkę okupowaną przez miejscowych ale fotografujących na poważnie jak na lekarstwo, to daje do myślenia. Ponadto górka przysłonięta jest wysokimi drzewami i w pionie niewiele się widzi. Wykorzystuję więc górkę do focenia parady okrętów, która otwiera pokazy i zostaje mi raptem pół godziny na znalezienie lepszego miejsca zanim zaczną latać. Robi się nerwowo. Gnam z górki w kierunku portowych nabrzeży i zajmuję miejsce na wysuniętej kei – Mason Center. Miejsce okupują nieliczni fotografowie ale za to z długimi lufami, co zaczęło dobrze rokować. Dodatkowo stało się w cieniu budynku ulokowanego na kei, co prawda nisko, tuż przy wodzie ale z pewnością, że nikt nas nie zasłoni. Wkrótce pirs wypełnił się innymi fotografującymi ale ciągle było sympatycznie luźno. Gwarno zrobiło się wtedy, kiedy na keję wtoczył się Les Baldwin (www.fotosfx.com), jak się wkrótce okazało miejscowy guru fotografii - głośny, doświadczony i jowialny, który natychmiast okazuje się skarbnicą użytecznych informacji. Wymieniamy zwyczajowe uprzejmości – Les to canoniarz, ja nikoniarz, co zawsze przełamuje pierwsze lody. Les potwierdza, że niechcący jestem na najlepszej miejscówce Fleet Week i nie ma sensu przeprawiać się na drugą stronę Zatoki. To mocno uspokaja i daje poczucie, że nie zmarnowało się okazji. Po takiej rekomendacji postanawiam spędzić oba dni w tym samym miejscu. Gdybym miał możliwość pozostania w SF na trzeci dzień wtedy zapewne przeniósłbym się na Alcatraz lub nawet za most Golden Gate. Piątek, jak pisałem na wstępie, niestety rozczarował. Niezbyt bogaty program wypełniały głównie malutkie, akrobacyjne śmiglaki, które niestety nie podlatywały za blisko. Pokaz Blue Angels był zachowawczy i rozczarował, o ile w kategorii rozczarowania można uznać brak oderwanej chmury przy kosiaku tuż nad wodą – pokazowego numeru Angelsów. Pilot zdaje się , nie dopchnął manetki ciągu, traktując przelot rozpoznawczo. Jak się później okazało cały ten dzień należało potraktować ulgowo, co udowodniła sobota. Pożegnawszy się z Lesem, umawiamy się na sobotę właśnie o tym samym czasie i w tym samym miejscu. I tu dobra rada – im bardziej egzotyczne pokazy tym bardziej należy nawiązać nić porozumienia z lokalnymi fotografami. Oni zwykle doceniają determinację fotografa z odległej Polski i zwykle są wyjątkowo pomocni. Jak się wkrótce okaże piątkowa znajomość z Lesem opłaciła się w dwójnasób. Nadchodzi sobota, jako że mieszkam na przedmieściach SF dojazd zajmuje mi ok. 30 minut i już w kolejce podmiejskiej widać wzmożony ruch do centrum. Na nabrzeże ciągną tłumy widzów. Nie wygląda to dobrze. Gnam na wybrane miejsce i widzę ciemność - lud kłębi się na wąskiej kei w miejscu, które jeszcze dzień wcześniej okupowałem z Lesem. Przedzieram się na jej szczyt i nie grzesząc posturą Pudziana już wiem, że się nie dopcham. Klęska. Nagle słyszę jak Les przekrzykuje tłum, a głos ma tubalny – miejsce dla człowieka z Polski! I o to chodzi w tym całym naszym hobby. Dziękuję Les! Sobota pokazała Fleet Week od zupełnie innej strony. Pokazy odbywały się rytmicznie i z werwą. Synchronizacja lotu grupowego Angelsów to niespotykany widok. Do tego wyjątkowego dnia przyłożyła się także pogoda, która w SF wcale nie jest taka łagodna jak by się mogło wydawać. Dość powiedzieć, że Golden Gate w kilkanaście minut zdążył się ukryć w bardzo niskich chmurach, na tyle niskich, że czerwone pylony wystawały ponad nie – niezwykły widok. Uwijające się po zatoce setki łódek, jachtów, motorówek i okrętów nadają scenerii dodatkowej dramaturgii, a niektórzy wykonawcy (Team Oracle i Lucas Oil Air Show na Pittsach) zdaje się celowo koszą blisko łódek zadymiając gapiów na ich pokładach. To jednak tylko widowiskowe złudzenie, gdyż oś lotów odgradzana jest od łódek przez okręty patrolowe. Dramaturgia dramaturgią, niestety las masztów często skutecznie zakłócał fotografowanie wchodząc w kadr w najmniej oczekiwanych momentach. Pokazy lotnicze podczas tygodnia floty w San Francisco to wisienka na torcie raczej wodniackiego święta składającego się z koncertów, parad i prezentacji związanych z marynarką. Program nie jest napięty i w trakcie prawie czterech godzin pokazów prezentuje się klasyczną “konfekcję” w postaci akrobacji solowych (Team Oracle i Lucas Oil Air Show na Pitts, Embry-Riddle Aeronautical University na Extra), oldtimerów (T-33 Shooting Star), akrobacji zespołowych (Red Star Pilots Formation Team na chińskich CJ-6) i pokazów skoczków spadochronowych (U.S. Navy Leap Frogs Parachute Team). Gwiazdą pokazów okazał się oczywiście zespół Blue Angels, a ciekawostką przelot United Airlines 747 Demo, który akurat pokazał się w Boeingu 757. Piątek, 9 października 2015 r. okazał się dniem treningowym za to sobota przeistoczyła się w prawdziwe święto wodniaków i lotników. A wszystko to w otoczeniu wspaniałych okoliczności przyrody – mostu Golden Gate i wyspy Alcatraz. Sylwester "eSKa" Kalisz
Back to Top