Search

DZIENNO-NOCNE EPLK (Polska, EPLK)

W dniu 27 października 2010 roku grupa fotografów z Air-Action, korzystając z zaproszenia Stowarzyszenia Miłośników Lotnictwa Ziemi Łaskiej, fotografowała na lotnisku EPLK. Piękna jesienna pogoda sprawiła, że nastroje w grupie odwiedzających lotnisko były rewelacyjne. Niestety pierwszy (dzienny) wylot został ograniczony do startu tylko jednego samolotu. Prawdziwa uczta miała jednak miejsce tuż po zachodzie słońca, gdy w górę poszło 5 maszyn rozświetlając mrok jęzorami dopalaczy. W przerwie między wylotami mieliśmy możliwość wykonania zdjęć samolotów w hangarach oraz poznaliśmy nową prezentację multimedialną F-16, przedstawioną jak zawsze niezawodnie przez mjr. pil. Marcina Modrzewskiego. Wizytą w Łasku SPFL rozpoczęło miejmy nadzieję bogaty, sezon fotografowania naszego lotnictwa wojskowego w bazach.

AXALP 2010 (Szwajcaria, LSMM)

Pokazy lotnicze w Alpach w pobliżu miejscowości Axalp w Szwajcarii to zapewne jedno z najbardziej wyjątkowych wydarzeń w europejskim kalendarzu imprez lotniczych. Aby wziąć w nich udział, trzeba wspiąć się na wysokość ok. 2400 metrów i być tam już wcześnie rano z racji niebezpieczeństwa, jakim dla wspinających się turystów byłyby latające od godz. 9.00 myśliwce strzelające z ostrej amunicji do tarcz, rozmieszczonych tuż obok turystycznych szlaków. Wspinaczka od wczesnego świtu daje niesamowitą możliwość oglądania wschodu słońca w jakże pięknej scenerii szwajcarskich Alp. Podczas treningów strzeleckich i samych pokazów wyjątkowość Axalp nabiera na sile! Wszystko dzieje się jakby w przyspieszonym i totalnie zwariowanym tempie! Jakby w zupełnie innym świecie! Mieszanka odgłosu strzelających tuż nad głowami działek! Huk dopalaczy maszyn, które po oddanej serii wspinają się tuż ponad ostrymi jak brzytwa zboczami gór! Niesamowite wręcz oderwania strug na płatowcach w tych karkołomnych manewrach! Efektowne akrobacje okraszone odpalaniem dziesiątek flar! Wszystko to sprawia, że rokrocznie Axalp przyciąga na zbocza cudownych Alp setki fanów lotnictwa z całego świata. To już moje czwarte Axalp i za każdym razem od strony lotniczej dzieje się prawie to samo. Zawsze pokazy rozpoczyna grupa samolotów F/A-18, które wlatując z dużą prędkością w dolinkę odpalają serię flar, a następnie prowadzą pokazowy trening, strzelając do rozmieszczonych w pobliżu publiczności tarcz. Po F/A-18 przychodzi czas na F-5, które również strzelają do tych samych tarcz wykonując najścia z tych samych kilku kierunków. Po treningu następują przeloty całych formacji, zarówno Hornetów jak i F-5. Następnie przychodzi pora na desant spadochroniarzy oraz akrobację Pilatusa PC-21. Gdy Pilatus kończy latać nad szczytami Alp, rozpoczyna swój pokaz solista na F/A-18 Hornet. Po myśliwcu na scenę wkraczają śmigłowce. Zdarza się pokaz lotniczego ratownictwa górskiego, z reguły odbywa się też zrzut wody z dwóch śmigłowców Super Puma, ale murowanym elementem pokazów śmigłowcowych w Axalp jest Eurocopter TH89 Cougar, który rozpoczyna swój show od górki, podczas wykonywania której odpala 128 flar. Rokrocznie w tym samym momencie pokazów i rokrocznie w prawie dokładnie tym samym miejscu. Po Cougarze nad axalpową dolinkę przylatują Patrouille Suisse na samolotach Northrop F-5E Tiger II i po ich pokazie, który jak zawsze w Axalp wygląda wyjątkowo pięknie, następuje koniec pokazów. Biorąc pod uwagę powyższe, można dojść do przekonania, że pojmując Axalp tylko pod kątem lotniczym i nie biorąc pod uwagę zdziwienia, jakie za każdym razem wywołują strzelające z ostrej amunicji, tuż nad publicznością samoloty, to są to jedne z najnudniejszych pokazów lotniczych. Gdyby pokazy te odbywały się na jakimś zwykłym, płaskim lotnisku, to poza lokalnymi miłośnikami lotnictwa i pewną grupą spotterów, którzy z zasady jeżdżą na wszelkie możliwe imprezy lotnicze, nie wywołałyby zapewne takiego zainteresowania. A jednak co roku Axalp elektryzuje tysiące fanów lotnictwa nie tylko w Europie. Wszystko za sprawą niesamowitej lokalizacji tych pokazów. Wysokogórskie ukształtowanie terenu i wyjątkowo zmienna pogoda sprawiają, że każdego roku, a nawet każdego dnia pokazów w danym roku, mimo powtarzalności samych działań lotnictwa, jesteśmy w stanie przeżyć coś innego, coś niepowtarzalnego, zrobić zupełnie różne i za każdym razem wyjątkowe zdjęcia! Na strzelnicy w Axalp-Ebenfluh, na terenie której odbywają się treningi i same pokazy, znajdują się trzy miejsca, na których może oficjalnie przebywać publiczność. Są to szczyty nazwane KP, Tschingel i Brau. Zostały one już niejednokrotnie opisane w relacjach z lat poprzednich. Jest jednak w Axalp jeszcze jedna góra. Góra potężna i groźnie wyglądająca. Góra, przy której wymienione przed chwilą wyglądają jak zwykłe pagórki. Góra, na którą wykonywana jest większość nalotów. Góra, po której zboczach „wspinają” się myśliwce po oddaniu serii do tarcz, by następnie przelecieć nad jej szczytem w locie plecowym niczym skoczkowie wzwyż nad poprzeczką. Góra, o której każdy, kto choć raz był w Axalp, myśli, marzy i zastanawia się, jak by to było wspaniale się na niej znaleźć. Góra, która jest prawie na wszystkich zdjęciach z Axalp! Ta góra to Wildgarst! Wildgarst został zdobyty rok temu przez naszych najlepiej kondycyjnie przygotowanych przyjaciół, którzy jednak nie mieli niestety dobrej pogody, a po powrocie z tej wspinaczki, która zaczęła się głębokim świtem a zakończyła już po zachodzie słońca, byli totalnie skatowani. Ich wygląd po powrocie nieźle przestraszył resztę grupy, bo skoro oni byli na granicy swoich możliwości, to co dopiero reszta? Nic to. Plan zdobycia Wildgarst większą grupą zakreśliłem sobie w głowie na 2010 rok. W związku z tym pilnie śledziłem wszelkie informacje pogodowe. Ku mojemu zadowoleniu na czas pokazów w 2010 roku prognozowano bardzo stabilną, prawie bezchmurną pogodę z temperaturami minimalnie powyżej zera. Była to bardzo dobra wiadomość i Projekt Wildgarst nabrał realnych szans na realizację. Niestety nie poszły za tym żadne moje przygotowania kondycyjne, gdyż przegrały z natłokiem innych spraw i najzwyczajniejszym na świecie lenistwem :) Prognoza pogody sprawdziła się na miejscu, choć nie do końca. Bo o ile w Axalp i powyżej było zgodnie z prognozami piękne niebo i cudnie świeciło słońce, tak wszystko poniżej spowite było gęstymi chmurami. Efekt niesamowity, nieznany nam z lat poprzednich. W zasadzie przez cały nasz pobyt znajdowaliśmy się powyżej linii chmur i odnosiło się wrażenie, że będąc na górze, jesteśmy na jednej z wysp na rozciągającym się po horyzont oceanie chmur. Gdy w czwartek chmury podniosły się na tyle, by spowić całą wioskę Axalp, a my jechaliśmy na pokazy wyciągiem krzesełkowym, to w pewnym momencie wychodząc z chmur prosto w jaskrawe słońce, za nami wokół naszych cieni zaobserwowaliśmy cudowne widmo Brockenu! Niesamowity moment i wyjątkowe zjawisko! Szkoda że trwało tylko chwilę i nie zdążyłem przezbroić aparatu. Mając na względzie chęć wdrapania się na Wildgarst, pierwszego dnia postanowiliśmy aklimatyzacyjnie spróbować swoich sił na KP. O dziwo, weszliśmy wszyscy bez problemów, skupiając się głównie na kompanach, którzy byli z nami w Axalp po raz pierwszy. Miło było patrzeć jak przeżywali to, co ja 4 lata temu. Wejście, pobyt na KP i później zejście ociera się o jakąś magię. To naprawdę wyjątkowe miejsce, taka niby świątynia dla wszystkich lotniczych świrów! Dla nas na pewno! Krajobrazy, latające i strzelające nad głowami samoloty, panująca tam atmosfera są nie do podrobienia! Do tego poplotkowaliśmy z tak wielonarodową ekipą, że nawet nie podejmę się wymieniania narodowości naszych kompanów. Drugi dzień, dla odpoczynku po KP i w ramach podtrzymania formy przed atakiem na Wildgarst, spędziliśmy na „małej górce” czyli Brau. Brau jest najniższym z axalpowych górek, ale podejście na nią od strony kolejki niejednemu dało bardziej w kość niż wejście na KP. Fotografowanie z tej perspektywy to znowu coś nowego. Niby te same pokazy, ale kilkaset metrów dalej i niżej dało zupełnie inne efekty. Byłem ciekaw przynajmniej dwóch momentów, które zawsze obserwowałem czy to z KP, czy z Tschingel’a. Mianowicie lądowania śmigłowca przed pokazem Patrouille Suisse i nalotu solisty zespołu, który tę górkę upatrzył sobie wyjątkowo. Eurocopter lądował tuż przy nas, a my w zamian za usunięcie z jego lądowiska swoich plecaków, nie omieszkaliśmy sobie przy nim zrobić zdjęcia grupowego. Z kolei solista Patrolu wyskoczył na nas z takim impetem, że udało się go zarejestrować może na dwóch klatkach z serii:) Wracając do Eurocoptera należy dodać, że w tym roku byliśmy świadkami przejścia szwajcarskiego lotnictwa ze śmigłowców Alouette III na Eurocoptery TH05. Na koniec pokazów każdego dnia odbywała się pożegnalna parada Alouette III, które zakończyły służbę w szwajcarskich siłach powietrznych. Nasz atak na Wildgarst tak naprawdę rozpoczął się we wtorek wieczorkiem, kiedy to zrobiliśmy sobie coś w rodzaju odprawy przed środową wspinaczką. MarS, który jako jedyny z nas już na Wildgarst był, opowiedział nam o swoich doświadczeniach z 2009 roku. Dopiero wtedy wielu z nas uświadomiło sobie, że to nie będzie spacer po dolince ani zwykła wspinaczka jak na KP. Kilka godzin później jedenastu śmiałków pokonywało w ciemnościach nocy kolejne metry podejścia pod tę potężną górę. Jak zwykle najlepiej się szło w ciemnościach. Nie widzi się wtedy ile jeszcze pozostaje do przejścia, nie widzi się głębokości przepaści rozpoczynających się kilka metrów od szlaku a jedynie walczy się z kolejno nachodzącymi kryzysami. W połowie drogi zaczęło się przejaśniać i Wildgarst pokazał nam swoje zęby. Stromizna podejścia była tak duża, że z góry co chwilę spadały kamienie luzowane przez kolegów, którzy tamtędy przechodzili. Było dość niebezpiecznie, ale daliśmy radę. Wraz z pojawieniem się słoneczka i zdobywaniem kolejnych metrów wysokości, zaczęły się nam ukazywać kapitalne wysokogórskie widoki, które dosłownie zapierały dech w piersiach. Końcówka drogi to już tylko pokryte śniegiem skały i niezliczona ilość kamieni. W końcu doszliśmy na sam szczyt! Niesamowite wrażenie! Wleźliśmy na 2892 metry! Na szczycie międzynarodowe towarzystwo wygrzewało się w słoneczku. W dole, hen gdzieś daleko widać było znane nam z zupełnie innej perspektywy szczyty KP i Tschingel. Wpisaliśmy się do wildgarstowej „Księgi Gości”, posililiśmy i… czekaliśmy na loty. KP oddalone było na tyle od szczytu Wildgarst, że wszystko co się działo w jego pobliżu, było od nas bardzo daleko. Nawet przy użyciu obiektywu o ogniskowej 500mm (na formacie DX - 750mm) ciężko było przyfocić coś ciekawego. Wszyscy czekaliśmy na te momenty, kiedy samoloty wykonywały strzelanie do tarcz umieszczonych na zboczu naszej góry. Wtedy wrażenia były niesamowite! Widziałem w życiu dużo, przeżyłem niejednego „kosiaka”, ale to co się działo na Wildgarst nie da się z niczym porównać. Daleko nad chmurami było widać samolot w postaci małego punkcika, który leciał w stronę KP. W pewnym momencie punkcik robił zadymę pozostawiając za sobą obłoczki szarego dymu, czym wyraźnie zaznaczał oddanie serii z broni pokładowej. Później kierował się w naszą stronę i niewyobrażalnie szybko rósł w oczach. Z punkcika przeistaczał się w sylwetkę pięknego F/A-18! W końcowej fazie lotu, gdy wydawało się już, że wbije się niechybnie prosto w nas, samolot przekręcał się na plecy i dosłownie nad nami z potężnym hukiem przewalał się przez grań! Nie było tam odważnych! W momencie przewrotki każdy z nas kulił się jak mógł i tylko kątem oka widział pilota w kabinie i rozpostarty nad sobą płatowiec maszyny niczym dach! Po sekundzie można się było podnieść i o ile nic nie leciało od strony KP – przyfocić Horneta manewrującego między skałami na tyłach Wildgarst. Podobna zabawa była z F-5, ale te latały już dużo wyżej i dużo bardziej zachowawczo. Po tych nalotach focenie na Wildgarst dla nas w zasadzie się skończyło. Oczywiście ładnie prezentowały się przeloty całych formacji F/A-18 i F-5 oraz bliskie spotkania z zawracającymi akurat nad nami samolotami z Patrouille Suisse. To już jednak nie było to samo. Mimo to wrażenia ze strzelań były tak potężne, że wszyscy jak jeden mąż zapisali się na akcję Wildgarst 2011 :) W momencie przygotowywania się do zejścia mieliśmy jeszcze jedną przygodę lotniczą. Jedna z dziewczyn będących na szczycie prawdopodobnie skręciła kostkę i przyleciał po nią śmigłowiec ratowniczy. Pięknie wyglądało lądowanie i start na szczycie. Oczywiście była to też wyjątkowa okazja do zrobienia zdjęć z bliska tej pięknej maszyny. Schodząc z Wildgarst miałem masę czasu na przemyślenia, gdyż nawet przy szybkim tempie marszu zejście zajęło nam 4 godziny. Najważniejsze z przemyśleń dotyczyło tego, że dopiero teraz zobaczyłem jak potężna i piękna jest ta góra! Nie mogłem się nadziwić temu, że udało mi się tam na górę wdrapać. Myślałem też o tym, że mimo iż było to moje czwarte Axalp, to podobnie jak w latach poprzednich, również i teraz odkryłem coś nowego. Za każdym razem Axalp mnie czymś zaskakuje i za każdym razem wyjeżdżając mocno postanawiam, że wrócę tu za rok! I wrócę :)

Sławek "hesja" Krajniewski

TACTICAL LEADERSHIP PROGRAMME – ALBACETE 2010 (Hiszpania, LEAB)

Płaszczyzna przygotowania samolotów w Bazie Albacete w Hiszpanii tego popołudnia wypełniona jest po brzegi samolotami z kilkunastu państw NATO. Dziesiątki techników kręcą się przy polskich, tureckich i belgijskich F-16, brytyjskich Hawkach, francuskich Mirage 2000, niemieckich Tornado czy włoskich Eurofighterach. Huk silników przygotowywanych maszyn każe sądzić, że za chwilę na naszych oczach rozegra się genialny spektakl. Z budynków TLP (Tactical Leadership Programme) wychodzą gotowi do lotu piloci. Najlepsi z najlepszych z tak wielu krajów! Na twarzach widać pełną koncentrację. Trwają ostatnie konsultacje nad szybko i sprawnie skonstruowanym planem zadania bojowego, które za chwilę będą realizować. Planem, który uwzględnił zarówno zagrożenia jak i różnorodność środków bojowych będących w dyspozycji członków kursu TLP. Wspaniały widok. Mieszanka pilotów z tak różnych państw. Z krajów, które niejednokrotnie w przeszłości stały po przeciwnych stronach barykady! Łączy ich teraz tak wiele. Unia Europejska, NATO, wspólna taktyka, wspólne dowództwo, wspólny język, wspólne zadania bojowe. W zasadzie różnią ich tylko naszywki na mundurach! Pikanterii temu zjawisku dodaje fakt, że najważniejsi z nich to… Polacy! Mają najnowocześniejszy sprzęt i zastępują każdego kto tylko nie podoła zadaniu w każdym elemencie walki! Co więcej, piloci z innych krajów też uważają, że Polacy są the Best! Już siedzą w kabinach, już wykołowują. Robi się tłok na drogach dojazdowych do pasa startowego. Jeszcze moment i już wszyscy, jeden po drugim, startują zalewając tę piękną okolicę wibracjami powietrza od pracujących dopalaczy! Niesamowity obraz, niesamowite wrażenia, niesamowite emocje! Mogły być… gdyby nie to, że... pogoda tego dnia pokrzyżowała szyki wszystkim!!! Piękne i zawsze słoneczne Albacete właśnie dziś spowite jest gęstymi chmurami i co gorsza skąpane jest w strugach zimnego deszczu. Warunki pogodowe nad Bazą oraz w strefach nie zezwalają na wykonywanie lotów. To się nazywa mieć pecha! Przygoda z Albacete od początku wyglądała niesamowicie :) Gdy dostałem zaproszenie z Dowództwa Sił Powietrznych do udziału w tej wyprawie to morda mi się cieszyła niesamowicie. Plan był hardcore’owy. Wylot o świcie z Okęcia samolotem C-295 CASA, około 7 godzin lotu przez całą Europę, fotografowanie na terenie bazy i w nocy powrót do Polski :) Oczywiście po zaproszeniu, które otrzymałem z DSP a dokładniej z rąk Rzecznika Prasowego 2SLT nie zastanawiałem się nawet sekundy. Co więcej, moja natura kazała mi od razu podpytać, czy nie dałoby się wkręcić jeszcze kogoś z naszego stowarzyszenia. Po kilku godzinach załatwiania i paru telefonach udało się. Wybór padł na kicha. Och jak ja lubię takie chwile, gdy zadzwoniłem do niego i ogłosiłem mu nowinę :) Zastanawiał się nad wyjazdem tak długo jak ja – czyli oczywiście wcale! :) Lot CASĄ, wbrew wcześniejszym podejrzeniom, okazał się dość komfortowy. 7 godzin siedzenia byłoby o wiele gorsze do zniesienia gdyby nie kapitalna atmosfera wynikająca z podniecenia całą tą akcją, genialne widoki za oknem samolotu czy odrobina ColiL, którą się szczodrze darzyliśmy :) Razem z nami na pokładzie sama śmietanka polskich mediów lotniczych. Nasze podniecenie było wyhamowywane wraz ze zbliżaniem się do celu. Piękna pogoda w Warszawie wraz z trwaniem lotu oddawała pola coraz gęstszym chmurkom, by podczas lądowania w Albacete przejść w dość spory  opad deszczu. Tego dnia przechodził nad tą okolicą front deszczowy. Wczoraj było pięknie i… jutro ma być pięknie, lecz dziś… loty zostały „zcancelowane”. Taką wiadomością już na płycie lotniska powitał nas Irek Nowak (dowódca eskadry z 32Blot i dowódca naszego komponentu w Hiszpanii). UUUUaaa… Zabolało. Mieliśmy jeszcze nadzieję, że może coś się wydarzy, że niebo się przetrze, że nie wrócimy tak całkiem na tarczy… Korzystając z okazji przystąpiliśmy do poznawania TLP. Spotkaliśmy się z dowódcą TLP oraz z pilotami i technikami biorącymi udział w kursie. Wzięliśmy udział w briefingu przedlotowym. Wszystko było bardzo wyjątkowe. Nasuwało się tylko jedno porównanie, że TLP to nic innego jak takie europejskie TOP GUN! Nawet i tu Hawki odgrywały rolę agresorów udając MiGi-21 :) Brakowało tylko tej przysłowiowej kropki nad „i” – LOTÓW! Pogoda z chwili na chwilę stawała się coraz gorsza. Lało niemiłosiernie. Mimo to poszliśmy na statykę zrobić trochę zdjęć. Widok był niesamowity. Tyle maszyn gotowych do lotu! Fotografowałem i cieszyłem się każdą chwilą, choć gdzieś tam we mnie, w środku lały się łzy jeszcze bardziej rzęsiste niż strugi tego deszczu na zewnątrz! Przemoknięci totalnie postanowiliśmy wykonać jakieś ruchy, by zostać tu do jutra. Na jutro bowiem prognozy były idealne i loty odbędą się na pewno. Niestety nie mieliśmy wsparcia wśród organizatorów wyjazdu. Zaczęliśmy liczyć na cud :) Pierwszy pojawił się wieczorem. Mieliśmy wystartować o 23.00, a o 21.30 padła wiadomość, że lecimy jutro o 8.00 bo podobno we Francji trwa jakiś protest kontrolerów. Mieliśmy nadzieję, że protest się nieco przedłuży, tak choćby na całe jutro jeszcze. Niestety protest nie przedłużył się i żadnego więcej cudu nie było. Gdy rano wyszliśmy z hotelu, na niebie nie było żadnej chmurki i cudownie wschodziło hiszpańskie słońce. Czy to nie ironia losu? – zapytałem kicha wsiadając do lotniskowego autokaru. Los zadrwił ze mnie jeszcze bardziej – w autokarze z głośników rozbrzmiewał kawałek Alanis Morissette – Ironic. Od tego dnia będzie mi się zawsze kojarzył z tą „typową hiszpańską pogodą” i bazą Albacete :) Isn’t it ironic? Oczywiście moja szklanka jest zawsze do połowy pełna. Była to genialna i totalnie niespodziewana przygoda. Już sam lot CASĄ był dla mnie wspaniałym przeżyciem. Na otarcie łez w drodze powrotnej zrobiliśmy piękną rundkę nad Warszawą. Cały wyjazd był super okazją do poznania nowych osób czy pogłębienia już istniejących kontaktów. Jestem szalenie wdzięczny Rzecznikowi Prasowemu 2SLT i w ogóle DSP za pamięć i zabranie nas na tę wyprawę. Szkoda, że nie możemy się odwdzięczyć tym, po co nas zaproszono – najlepszymi fotkami lotniczymi. Musimy to jakoś szybko nadrobić :)

Sławek "hesja" Krajniewski

OSTRAVA NATO DAYS 2010 (Czechy, LKMT)

Krzaki czy lotnisko? Dziś lotnisko! Ot, zwykłe ustalania miejsca, z którego będziemy focić podczas pokazów. Jesteśmy w czeskiej Ostrawie i wybieramy się na imprezę zwaną Dniami NATO. Ta do niedawna mała, piknikowa impreza z biegiem lat przeistoczyła się w duże pokazy i tu ciekawostka – nie tylko lotnicze! To mój trzeci raz w Ostrawie i muszę przyznać, że bardzo lubię panujący tu klimat. Dni NATO trwają prawie cały tydzień, a uwieńczone są pokazami na lotnisku, które od dwóch lat odbywają się w sobotę i w niedzielę. Wcześniej był to tylko jeden dzień. Nigdy nie zapomnę mojej pierwszej wizyty na tym lotnisku. W 2008 roku był nieco inny układ pokazów – nazwijmy to klasyczny, tzn. pokazy lotnicze odbywały się równolegle do linii pasa startowego, a wszelkie pozostałe atrakcje na pasie zieleni pomiędzy pasem a publicznością. Jakie atrakcje? Ano pokazy straży granicznej, odbijanie zakładników czy choćby symulacja walk z użyciem broni pancernej i śmigłowców. Nigdy nie zapomnę jak w 2008 roku staliśmy przy barierkach, a przed nami, za betonką, stały samochody na parkingu. Do głowy mi nie przyszło by przyglądnąć się tym pojazdom dokładniej. Później zorientowałem się, że to nie był zwykły parking. A wpadłem na to w momencie… gdy na ten „parking” wjechał jakiś rozjuszony czołg! Szaleństwo totalne, rozjechał wszystkie samochody, a że były one (lub tylko tak wyglądały) normalnie używane to leciały szyby, strzelały opony, no masakra normalnie. Gdy czołg likwidował pionowy wymiar ostatnim maszynom, z boku rozległa się potężna salwa z trzech samobieżnych haubic! Nie znam się na tym sprzęcie kompletnie, ale po tym huku pozostawał charakterystyczny pisk w uszach, szał alarmów w prawdziwych samochodach i… płacz dzieci :) W 2009 roku nastąpiło przeorganizowanie imprezy. Pokazy naziemne odbywały się z drugiej strony lotniska, a kierunek pokazów lotniczych wytyczono prostopadle do pasa startowego! Wszystko ładnie i pięknie ale… będąc na terenie pokazów naziemnych mieliśmy od rana do popołudnia całość pokazów lotniczych pod słońce! W związku z tą niedogodnością w 2009 na lotnisku spędziłem tylko sobotę. W niedzielę należało coś z naszym miejscem do focenia zrobić. Pojechaliśmy na lotnisko od drugiej strony i po zaparkowaniu samochodu w miejscowości Albrechticky i przejściu kilkuset metrów odkryliśmy, że dzięki zmianie kierunku pokazów możemy być dokładnie w osi lotu samolotów albo będąc kilkadziesiąt metrów na południe (w tzw. krzakach) mieć samoloty przed sobą idealnie na talerzu i ze słońcem :) Nie mieliśmy za dużo czasu na myślenie, bo znad lotniska tuż nad nas przyleciał Eurofighter mieszając nam w głowach dopalaczami! Z wcześniejszego załamania wpadliśmy od razu w euforię i jeszcze bardziej pokochaliśmy Ostrawę. Do tego byliśmy tam prawie zupełnie sami! Tak nie było nigdzie wcześniej, na żadnej imprezie na której byłem :) Trochę późno wywlekliśmy się z hotelu. Kierujemy się w stronę lotniska. Już na głównej drodze wita nas potężny korek więc decyzja zmienia się nagle i skręcamy wszystkimi samochodami w lewo w kierunku „krzaków”. O dziwo, tym razem policja nie chce nas wpuścić do Albrechticky. Nie ma sensu pakować się ponownie w korek, więc całym składem zarzucamy sprzęt na plecy i te 3 kilometry dzielące nas od lotniska robimy pieszo. Jeszcze chwila i odnajdujemy nasze zeszłoroczne „krzaki”. Ciekawy klimat. Mały zagajniczek, pole, słoma, piękna pogoda. Z nieopodal położonego lotniska raz po raz dobiegają odgłosy strzelaniny. Impreza jest tak skonstruowana, że pokazy naziemne z lotniczymi odbywają się naprzemiennie. Niestety to normalne podczas Dni NATO, że czasem trzeba i godzinkę poczekać by coś się w powietrzu działo. Po chwili zaczynamy zabawę! Rokrocznie do Ostrawy na wystawę statyczną przylatuje jakiś gigant. W 2008 był to monstrualny An-124 Rusłan, który zaskoczył wszystkich bo w trakcie imprezy ze statycznego stał się bardzo dynamicznym! Wystartował i nawet zrobił low passa :) W 2009 można było zwiedzać potężne wnętrze C-5A Galaxy, a w tym roku Ostrawę nawiedził strategiczny bombowiec B-52H Stratofortress. Sympatyczną tradycją Dni NATO jest też to, że te giganty stoją nieogrodzone. Można podejść, dotknąć, nawet wejść do środka i oczywiście z każdej możliwej strony przyfocić :) Tłumy ludzi korzystają z tej sposobności, co też tworzy ciekawy widok z gigantem niczym Guliwerem w krainie liliputów. Za B-52 rozpościera się wystawa statyczna z wieloma ciekawymi eksponatami. Moją największą uwagę skupia pięknie wymalowany czeski Gripen z dużymi i groźnymi zielonymi oczyma umiejscowionymi na sterach wysokości oraz Mi-24 z cudnym tygrysem na kadłubie. Jak zwykle też przyleciały wg mnie jedne z najpiękniejszych samolotów świata czyli amerykańskie F-15. Niestety po krótkiej wymianie zadań i uprzejmości, amerykańscy lotnicy nie chcieli nam sprzedać F-15 ani za gotówkę ani na kartę VISA – uparli się na American Express i do transakcji nie doszło :) Czesi pokazali jak pięknie można wyeksponować poczciwego Mi-2, który wyglądał na świeżo wyremontowanego i wymalowanego. Pootwierali wszystkie luki i zrobili z niego niezłego transformersa. Podobnie świeżością pachniał C-295 CASA – chyba najnowszy zakup czeskiego lotnictwa wojskowego. Polacy natomiast wystawili tygryska, dopiero co wymalowanego na Su-22. Początek pokazów w locie. Stoimy na jakimś polu idealnie w osi pokazów, która oznaczona jest białymi liniami z wapna. Między nami a pasem startowym pole buraków i dwa płoty. Obok nas kilkudziesięciu spotterów z różnych krajów. Miejscówka wydaje się być idealna! Jak zwykle w Czechach pierwszym elementem pokazów w locie jest przelot wielu maszyn aktualnie eksploatowanych w czeskim lotnictwie wojskowym. Zaraz po przelocie z lotniska startuje Boeing 737 i robi przelot nad lotniskiem. Podejrzewamy, że będzie pełnił rolę samolotu, któremu trzeba „pomóc”. Po chwili z zewnątrz przylatują dwa Gripeny i zmuszają go do lądowania. Z daleka widzimy na pasie startowym kolejną atrakcję. Na pas kołuje Hawker Hurricane w doborowym towarzystwie, w którego skład wchodzą brytyjskie Tornado F3, czeski JAS-39 Gripen oraz słowacki MiG-29! Zaraz po starcie przygotowują się do wykonania serii wspólnych przelotów w różnych konfiguracjach. Bardzo sympatyczny widok – taki pędzący co sił mały Hurricane, a przy nim ledwo dający radę lecieć tak wolno któryś ze współczesnych fighterów. Po wspólnych przelotach Tornado odchodzi na widowiskowym dopalaniu a Hurricane robi indywidualny pokaz latając tuż nad naszymi głowami. Po nim przychodzi czas na o wiele bardziej hałaśliwą maszynę. Czeski JAS-39 Gripen gotów do pokazu. Lata pięknie jak zawsze ale… trzeba być bardzo czujnym by ustrzelić jakieś oderwania. Nie jestem jakoś szczególnie przekonany do tej maszyny. Może to lekki przesyt? Chętnie bym na jego miejscu choć raz w locie zobaczył… Drakena? Zwalniamy tempo i emocje. Na niebie pojawiają się czeski L-39 Albatros i rumuński IAR 99, którego widzę po raz pierwszy. Po Rumunie do pokazu startują dwa Mi-24. Robią swój klasyczny balet z mijankami i… nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie to, że robią to tuż obok, tuż nad nami! Nie można zdjęć robić gdyż całe otoczenie spowite jest dymem z ich smugaczy. Dookoła zapach parafiny i huk silników tych pięknych maszyn! Dla oczyszczenia atmosfery i podniesienia emocji na jeszcze wyższy poziom, miejsce na scenie zajmuje słowacki MiG-29 z pikselowym malowaniem. No! Teraz dopiero się dzieje :) Kapitalny pokaz i również przeloty tuż nad naszymi głowami. Jest na co popatrzeć i czego posłuchać. Nie przebrzmiał jeszcze huk MiGa, a na niebie pojawia się holenderski F-16. Piękne granatowo-błękitne niebo daje cudowne tło dla tego pomarańczowego wariata, który tuż po starcie zapełnia je dynamicznie kręconymi figurami okraszonymi wiązkami wystrzeliwanych flar. Nagle widzę jak Hitec (pilot F-16) przygotowuje się do niskiego przelotu z dużą prędkością. Jego sylwetka rośnie mi strasznie szybko w obiektywie! Leci prosto na nas. Lecz co to? Za nim pomarańczowa marchewa?? Nie wyłącza dopalania? No to za sekundę będzie pięknie! KaBoom! To jest to! Wszyscy jesteśmy pod wielkim wrażeniem :) Krótka przerwa i rozpoczyna się pokaz, na który chyba wszyscy czekamy. Brytyjski Display Team zaprezentuje nam Harriera. Ta wyjątkowa maszyna bardzo sprawnie pokazuje wszystkie swoje walory. Od lotu z dużą prędkością, poprzez wyjątkową manewrowość aż po zawis nad… no na szczęście prawie nad nami! Piszę „na szczęście”, bo miejsce nad którym Harrier robi zawis jest właśnie totalnie demolowane przez strugi gazów wylotowych ze wszystkich jego dysz :) Koniec pokazu Harrier zaznacza wyjątkowym łagodnym lądowaniem. Po tym pokazie zdecydowana większość osób rozpoczyna wędrówkę do swoich samochodów gdyż w planie zostaje już tylko czeski L-159 ALCA. My zostajemy na polu zgodnie z zasadą, by nie przepuszczać żadnej okazji. Już po chwili okazuje się, że bardzo dobrze robimy! ALCA daje kapitalny pokaz i odnoszę wrażenie, że pilot widząc już tylko nas na polu, robi naloty idealnie na miejsce, w którym stoimy. Wrażenie jest niesamowite. Po raz pierwszy tak bardzo podoba mi się pokaz tego samolotu! NATO Days w Ostrawie to zdecydowanie jedne z najciekawszych pokazów w naszym rejonie Europy. Zróżnicowanie prezentowanego sprzętu (nie tylko lotniczego), ilość żołnierzy do jego obsługi oraz szerokie rzesze publiczności czyni je prawdziwym świętem NATO. Dodając do tego zestawu możliwość fotografowania bezpośrednio z osi pokazów sprawia, że jest to impreza na wskroś wyjątkowa. Zastanawia mnie tylko czy w przyszłym roku organizatorzy pozwolą na taką wolną amerykankę jak do tej pory. Pomijając aspekt foto-lotniczy, przebywanie w tym miejscu na pokazach bezpiecznym nie jest. Mam jednak nadzieję, że podobnie jak w wielu innych aspektach, Czesi podejdą do tego tematu z właściwym dla siebie luzem. Tego sobie jak i wszystkim którzy zamierzają odwiedzić Ostrawę w 2011 roku życzę :) Sławek "hesja" Krajniewski

50° ANNIVERSARIO FRECCE TRICOLORI (Włochy, LIPI)

Włoska Narodowa Grupa Akrobacyjna - Pattuglia Aerobatica Nationale – znana wszystkim miłośnikom lotnictwa i fotografii lotniczej jako Frecce Tricolori obchodzi w tym roku 50-lecie swojego istnienia. Choć zespół pod oficjalną nazwą funkcjonuje od 1961 roku, to za początek działalności przyjmuje się rok 1960. Z tej właśnie okazji Siły Powietrzne tego kraju postanowiły zorganizować w dniach 11 i 12 września w Rivolto (macierzystej bazie „Trzech Kolorów”) pokazy lotnicze. Pokazy dość wyjątkowe, albowiem do świętowania tej rocznicy zgłosiły się prawie wszystkie obecne na europejskiej pokazowej scenie lotniczej zespoły akrobacyjne: Polskie - „Biało-Czerwone Iskry”, Wielkiej Brytanii – „Red Arrows”, Hiszpanii – „Patrulla Aguila”, Francji – „Patrouille de France”, Szwajcarii – „Patrouille Suisse”, Chorwacji – „Krila Oluje” oraz z Jordanii - „Royal Jordanian Falcons”. Choć wyjazd do Rivolto planowaliśmy już na początku sezonu, to wraz z jego upływem i wizytami na kolejnych pokazach pojawiały się coraz większe wątpliwości pt. czy warto. Czy program składający się w zasadzie z samych pokazów zespołów akrobacyjnych, tym bardziej takich, które mieliśmy już okazję fotografować na innych imprezach, wykruszający się stopniowo skład jadącej ekipy, zamieszanie z przyznawaniem akredytacji oraz krążące powszechnie opinie, że we Włoszech zorganizowana dobrze jest tylko przestępczość, warte są przejechania połowę Europy. Z drugiej strony bez ryzyka nie ma zabawy, a doświadczenia niedocenianych powszechnie imprez pokazują, że drzemie w nich spory potencjał fotograficzny. Napakowani tymi wszystkimi myślami wsiedliśmy w czwartek 9 września do samochodu. Przed nami deszczowa Polska, następnie niemieckie autostrady, gdzie psuje się większość samochodów (wskazówka prędkościomierza zacina się w okolicach 200 km/h), jednak dopiero, gdy przekroczyliśmy granicę Austrii wszystko się zmieniło… zza horyzontu wyłoniło się słońce i piękny górski krajobraz. Sycąc oczy i karty naszych aparatów tymi widokami (kondolencje dla kierowcy) dojechaliśmy na miejsce, gdzie po tradycyjnej włoskiej kolacji ;) poszliśmy spać. Pierwszy dzień pokazów powitał nas niebieskim niebem, pełnym słońcem i temperaturą rzędu 20 kilku stopni o godzinie 8 rano. Już tradycyjnie postanowiliśmy wyjechać wcześniej aby uniknąć potencjalnych korków i opóźnień związanych z przebijaniem się do lotniska. Gdy po kilku kilometrach zobaczyliśmy zablokowaną drogę i informacje o planowanym objeździe miny nam zrzedły… teraz się zacznie… skrzętnie przypomnieliśmy sobie jednak o przyznanej nam przez organizatorów przepustce na wjazd samochodem… i po jej okazaniu oraz użyciu magicznego słowa, tj. stampa (czyli media) - wszystkie blokady dróg stały przed nami otworem. Do sektora dla prasy zameldowaliśmy się chwilę po rozpoczęciu oficjalnego programu… latał jeden z niewielu solistów (treningowy MB-339CD). W pierwszej części programu zaprezentowały się Biało-Czerwony „Iskry” Tornado, chorwackie „Krila Oluje” oraz AMX. Choć pogoda do zdjęć w tym czasie nie należała do wymarzonych… ostre jak brzytwa słońce, ani jednej chmurki oraz termika skutecznie niweczyła zasięg długich obiektywów, to już sam początek imprezy dał nam sporo do myślenia... że coś tu jest nie tak… że zarówno soliści jak i zespoły lataja jakoś… dziwnie… to znaczy, aż za dobrze. O ile na różnych innych imprezach obserwując pokazy grup tu i ówdzie widać było różne niedociągnięcia o tyle w Rivolto już na samym początku nie można było pozbyć się wrażenie, że każda z grup robi wszystko by wypaść jak najlepiej. Wrażenie to, jak się później okazało, nie opuszczało nas do samego końca. Tylko w Rivolto widzowie mieli jedną z niewielu okazji do bezpośredniego porównania programów tak wielu zespołów. Pokazy skończyły się szybciej niż się na dobre zaczęły, bowiem już około południa organizatorzy ogłosili dwugodzinną przerwę, w czasie której w sektorze dla mediów pojawił się catering. Typowo włoski na dodatek, bowiem nawet w czasie posiłku serwowanego - de facto - w stołówce zorganizowanej pod namiotem nie mogło zabraknąć idealnie przyrządzonego espresso. Jak się później okazało pomysł z przerwą nie był taki zły, pozwolił w przyjemnych warunkach przeczekać operujące wysoko słońce… z czasem pojawił się lekki wiatr oraz pojedyncze chmurki, które mieliśmy nadzieję zdołają choć trochę przegonić wszechobecną termikę. W niedzielę, drugiego dnia pokazów, posiłek przerwało większości zgromadzonym przybycie grupy Red Arrows, która jako jedyny zespół uczestniczący w imprezie zaprezentowała się zgromadzonym tylko raz. Druga część pokazów to już samo „mięso”… zespołów latających na odrzutowcach. Zaczęli Hiszpanie z Patrulla Aguila, których miałem okazje obserwować po raz pierwszy. Mimo rzadszej obecności na pokazach, niż inne zespoły, poziomem wcale nie odstawali, a dosłownie szczęka wszystkim opadła, gdy cała siedmioosobowa formacja jednocześnie wylądowała – ten manewr to ich znak firmowy. W Rivolto nie mogło zabraknąć także Spartana, który umiejętnościom akrobacyjnym dorównuje nierzadko swoim mniejszym braciom. Tu ciekawostka… jeszcze na RIAT wszyscy po obejrzeniu pokazu stwierdzili, że czas najwyższy aby Spartan zaczął robić w trakcie pokazu pętlę. Jak się okazało na Wegrzech i potwierdziło we Włoszech... już robi. Pokaz na tradycyjnym wysokim poziomie zaprezentowali zarówno Szwajcarzy ze swoim Grande Finale (rozejście samolotów połączone z wyzwoleniem sporej ilości flar) jak i Patrouille de France. W niedziele zaprezentowali się także Brytyjczycy z Red Arrows, których pokaz, choć jak zawsze perfekcyjny trochę mnie rozczarował - był bowiem zbyt krótki. O ile część „statyczna” (formacje) wyglądała jak zawsze, o tyle część dynamiczna została, w porównaniu do tego, co oglądaliśmy np. na RIAT dość mocno okrojona. W tak miłej sielankowej atmosferze upływała nam większość dnia. Wszystko jednak zmieniło się po godzinie 16, gdy do rozstawionych kilkadziesiąt metrów przed nami samolotów Tricolori zaczęli podchodzić technicy oraz chwilę pozniej, gdy pojawili się piloci. W powietrzu kończyli właśnie pokaz Arrowsi robiąc rozejście do lądowania,  nikogo jednak, lub też prawie nikogo ze zgromadzonych osób już to nie interesowało. Entuzjazm jaki wzbudziło pojawienie się Trojkolorowych przy maszynach przyćmił wszystko. To już nie były pokazy lotnicze zorganizowane z okazji, to wszystko było gdzieś z boku. Teraz liczyli się tylko oni, to była ich godzina, ich dzień i ich święto. Przed nami rozgrywał się wspaniały spektakl: obchód maszyn, zajmowanie miejsc w kabinach przez pilotów, przygotowania do uruchomienia silników, czy też wreszcie kołowanie bezpośrednio spod sektora VIP/PRESS na pas startowy. To wszystko połączone z piłującym uszy  dźwiękiem 10 pracujących silników, reakcją publiczności sprawiało piorunującej wrażenie. Kompletnie wówczas zapomnieliśmy o jednym z punktów programu przewidzianego przez organizatorów,  pokazu - jak go Włosi nazywają – Tifone (EF-2000 Typhoon). Jeszcze gdy startował nie spodziewaliśmy się rewelacji, pokaz w tym świetle, przy tej odległości od pasa fotograficznie szału nie robi. Wszystko zmieniło się, gdy myśliwiec chwile po oderwaniu się od pasa włączył „Smokewindery”. Wtedy już wiedzieliśmy, że tak, to jest nasze bingo. Zanim jednak wystartowali Trójkolorowi odegrano włoski hymn, a rundę honorową z podwieszoną włoską flagą (i nie tylko) zrobiła włoska kopia Huey’a czyli AB 212. O samym pokazie wiele pisał nie będę… zaproszę do obejrzenia zdjęć i przypomnę tylko słowa Hesji z relacji w Kecskemet, który stwierdził, że to co Włosi pokazują… figury, ich rozmach, stopień trudności i precyzja powodują, że ręce same składają się do oklasków. Nic jednak nie zastąpi emocji, które można było obserwować u pilotów, gdy już wylądowali, wyłączyli silniki, wyszli z samolotów… zmęczenie połączone z radością, owacje publiczności, gratulacje od kolegów z zespołu, przełożonych, a także pilotów innych grup akrobacyjnych. Widać wtedy było, że Pattuglia Aerobatica Nationale - Frecce Tricolori - to nie tylko maszyny, figury czy układy, ale przede wszystkim ludzie. Dwa dni wyjątkowych pokazów… zupełnie innych niż kolejna edycja imprezy X lub Y… miejsce, klimat, język, ludzie i jak zwykle doborowe towarzystwo. Czy było warto? Objerzyjcie zdjęcia i odpowiedzcie sobie sami :P

Krzysztof „kichu” Baranowski

CIAF CZECH INTERNATIONAL AIR FEST 2010 (Czechy, LKHK)

Czechy zafundowały nam w ten wrześniowy weekend piękną, chociaż już lekko jesienną pogodę. Przelotne deszcze wymieniały się leniwie z gorącym słońcem. Pokazy na lotnisku w Hradec Kralove zaplanowane zostały na dni 4-5 września, stawiliśmy się tam jednak wcześniej spragnieni wrażeń, jakich dostarczają przyloty oraz – nie ukrywajmy – czeskich przysmaków kulinarnych. Przed nami dwa dni, dni obiecujące wiele emocji. Pokazy rozpoczęły się dość łagodnie od przelotu Boeinga 737 w asyście dwóch maszyn JAS-39 Gripen, a następnie pokazu Delfina (L-29). Na przystawkę w sam raz. Nasze apetyty zaczęły się jednak zaspokajać, gdy na niebie ujrzeliśmy Grupę Breitling Jet Team na Albatrosach L-39 (w sobotę w sześcioosobowym składzie, w niedzielę była już pełna siódemka). Rozgrzane emocje zostały… jeszcze bardziej rozgrzane, gdy na zakończenie pokazu na niebie pojawiły się Albatrosy w deszczu flar. Kolejną atrakcją wywołującą dreszczyk był Mig-29 w pikselowym malowaniu; groźnie pohuczał, pięknie rozświetlił niebo dopalaczami, a co najważniejsze – zszedł na wysokości pozwalające swobodnie fotografować. Nie mogliśmy zmarnować tej okazji. W programie imprezy znalazł się również pokaz The Royal Jordanian Falcons. Te cztery maszyny Extra 300L przy dźwiękach muzyki wywodzącej się wprost z Jordanii potrafią oczarować i skupić na sobie uwagę widza do tego stopnia, że momentami zapominaliśmy o fotografowaniu. Nie można nie wspomnieć o niemieckiej grupie Fliegerrevue, której pokaz nie był może wyjątkowo emocjonujący, ale malowania ich Jaków z pewnością zaciekawiły niejednego obserwatora. Na pokazach zabrakło niestety polskiego akcentu na niebie, co pozostawia pewien niedosyt. Podsumowując, imprezę należy uznać za udaną. Jej tempo było dość szybkie, z pewnością nie można było się nudzić.

Marek "Amon" Staciwa

KECSKEMET AIRSHOW 2010 (Węgry, LHKE)

Na wyjazd na międzynarodowe pokazy lotnicze i wojskowe armii węgierskiej odbywające się na Węgrzech w miejscowości Kecskemét, zwane także Kecskemét Airshow, ostrzyłem sobie zęby już od 2009 roku. Niestety z powodu kryzysu impreza w 2009 roku została odwołana. Apetyt urósł strasznie, podsycany pojawiającymi się na oficjalnej stronie pokazów kolejnymi potwierdzeniami uczestnictwa w imprezie różnych atrakcji. Nie przez przypadek piszę „potwierdzeniami”, bo strona pokazów jest swojego rodzaju ciekawostką. Na dłuuugo przed imprezą na stronie goszczą same światowe gwiazdy, które podobno są zapraszane przez organizatorów. Zazwyczaj znajdziecie tam choćby Blue Angels czy Thunderbirds :) Z czasem pojawiają się potwierdzenia bądź dane pozycje są kasowane. W tym roku było naprawdę dużo potwierdzeń i to takich atrakcji, jakie nie są zbyt często spotykane na pokazach. Może dlatego, że tegoroczna impreza miała między innymi upamiętniać setną rocznicę powstania lotnictwa węgierskiego. Zapowiedzi były naprawdę interesujące. W Kecskemét Airshow udział miały wziąć topowe, europejskie zespoły akrobacyjne z włoskim Frecce Tricolori na czele, który to zespół w tym roku obchodzi swoje 50-cio lecie. Dynamiczne pokazy pojedynczych samolotów również zapowiadały się ciekawie. Przegląd był pełny – od najnowocześniejszych maszyn klasy Rafale, Eurofighter czy F/A-18 aż po konstrukcje już wychodzące z użycia jak MiG-21 czy Mirage F-1. Także i statyka miała być przepełniona atrakcjami z ukraińskim Su-27 na czele. Przy takim planie pokazów nie sposób było nie podjąć decyzji o wyjeździe na Węgry. Oczywiście nie organizowałem się sam, lecz jak zawsze z ekipą ze Stowarzyszenia Air-Action (spfl.pl). Postanowiliśmy wyjechać wcześniej, by wziąć udział w piątkowych przylotach i treningach. Liczyliśmy na upolowanie przylotu ukraińskiej Su-27 no i zapoznanie się z topografią lotniska, tak by być w jak najlepszym miejscu już podczas samych pokazów. Nie mieliśmy akredytacji prasowych, postanowiliśmy uderzyć tak jak to się kiedyś robiło – pod barierki :) Ma to przecież swój niepodważalny urok. Na piątek zapowiadano bardzo nieciekawą pogodę i niestety prognozy się sprawdziły. Było po prostu szaro ze sporadycznymi przejaśnieniami i przejściowo padającym deszczem. W takie dni fotografuje się bardzo trudno z uwagi na panujące ciemności. „Za to”, gdy już uda się coś ustrzelić w miarę ostro, to zdjęcia są nieciekawe. Skupiliśmy się zatem na poznaniu topografii lotniska i… dobrej zabawie :) Lotnisko do pokazów usytuowane jest idealnie. Całość pokazu w zasadzie odbywa się ze słońcem w plecy. Można podejść blisko obydwu końców pasa startowego oraz objechać lotnisko dookoła. My zatrzymaliśmy się po jego północnej stronie, gdzie generalnie operują trenujące samoloty. Normalnie stalibyśmy pod słońce ale… w piątek słońca prawie nie było, więc to żadna przeszkoda. W powietrzu działo się dość sporo. Najciekawszy był trening francuskiego Rafale i oczywiście… przylot Su-27! Ta wyjątkowa maszyna przyleciała w asyście węgierskich dwóch MiG-29 i dwóch Gripenów. Wszystkie samoloty leciały w bardzo ciasnym szyku jakby takie rozwiązanie od dawna trenowały. Uwielbiam linię Su-27.  Zawsze robi na mnie super wrażenie. Szkoda tylko, że nie zobaczymy jej podczas pokazu dynamicznego. Sobota rano. Co ja piszę – rano… bardzo rano! :) Mieszkamy w hotelu oddalonym o jakieś 30 km od lotniska, trzeba więc trochę wcześniej wyjechać by zająć dobre miejscówki na lotnisku. Podczas pakowania sprzętu następuje jednak zmiana decyzji. Jedziemy nie na, ale za lotnisko, tam gdzie w wczoraj! Zapowiadana jest słoneczna pogoda. Czy to dobry pomysł? Całość pokazów pod słońce? Jak się później okazało – bardzo dobry! Wiąże się to z podejściem do fotografii lotniczej. Nam bardziej zależy na fotografii z zacięciem artystycznym, więc kontra jest jak najbardziej mile widziana. Fotografowanie pod słońce ma bowiem tą zaletę, że na kontrze wszelkie oderwania i inne zjawiska występujące na płatowcu zyskują na widowiskowości. Kosztem szczegółów samego płatowca. Do tego za lotniskiem wszystkie latające maszyny będziemy mieli jak na dłoni. W związku z naszą absurdalną godziną wyjazdu i tym, że pokazy zaczynają się tak naprawdę około godziny 10.30 mamy dużo czasu dla siebie. Oczywiście w dobrym towarzystwie czas płynie bardzo szybko. Dobra zabawa w smak Coli Light (rozjaśniona wersja tego napoju jest już chyba naszym patentem) sprawia, że nawet nie zauważamy jak zaczynają się pokazy. Na miejscówce za lotniskiem niestety omijają nas niektóre atrakcje, ale za to jak już jakaś maszyna wylatuje w naszą strefę, mamy ją pięknie na widelcu. Największe wrażenie lotniczo robi na mnie rumuński MiG-21. Ile wspomnień z dawnych lat wiążę z tą piękną maszyną. Pięknie też lotniczych dziadków reprezentuje Mirage F-1. Rafale – genialny samolot. Uwielbiam jego pokaz. Jest strasznie dynamiczny. Jego manewry, a głównie to co się dzieje na jego płatowcu w połączeniu ze światełkiem na kontrze daje niesamowite efekty. Hiszpański F/A-18 może nie lata rewelacyjnie, ale ta jego figura, w której lata niejako po prostokącie w pionie nad lotniskiem, usłana jest pięknymi zaburzeniami powietrza, szczególnie w narożnikach prostokąta… smaczny kąsek do sfotografowania. Szwajcarski Hornet lata o wiele ciekawiej. Zaskakuje nas totalnie, gdy podczas przelotu z dużą prędkością wylatuje na nas tuż znad lasu! Nikt nie zdążył mu zrobić zdjęcia ale wrażenie kapitalne! Przychodzi też czas na stały fragment wszystkich ostatnich pokazów w Europie czyli holenderskie i belgijskie demo na F-16. Nasze usytuowanie za lotniskiem sprawia, że jesteśmy bardzo blisko niektórych znanych nam na pamięć figur i mamy możliwość ustrzelenia ich z niewielkiej odległości. Holender pięknie wyprowadza z nurkowania ciągnąc za sobą długie wąsy oderwań. Belg natomiast ma najlepszy ze wszystkich przelot z dużą prędkością, po którym wyrywa świecą w górę nie zdejmując „ręki” z gazu. Zawsze zastanawia mnie, jak silne naprężenia panują w tym momencie na konstrukcji samolotu. Ewidentnie widać bowiem spore wygięcie skrzydeł w tym manewrze. Zespoły akrobacyjne z miejscówki za lotniskiem również wyglądają zupełnie inaczej. Możemy zapomnieć o figurach wykonywanych nad samym lotniskiem, ale niskie przeloty tuż nad nami robią niesamowite wrażenie. Końcówka pokazów to prezentacja węgierskiego lotnictwa. Strzelanina z udziałem Mi-24, nalot Gripenów na lotnisko, walka Migów z Gripenami sprawiają, że nie odrywamy aparatów od oczu. Wszystko okraszone tym, o czym do tej pory nie napisałem – dziesiątkami wystrzeliwanych flar prawie z każdej maszyny biorącej udział w pokazach! Wreszcie pokazy, które można nazwać festiwalem flar! Najpiękniej wyglądają wiązki flar odpalone z węgierskiego Mi-24, który prezentuje się hen daleko nad lotniskiem w rewelacyjnym malowaniu! Jutro go ustrzelimy :) Niedziela. Dziś, co by się nie działo, jedziemy na lotnisko. Już o godz. 6.30 stoimy w kolejce przed bramą. To pierwsze chyba pokazy, gdzie program jest tak naszpikowany atrakcjami, że trzeba tak wcześnie atakować teren. Po odstaniu w kolejce i kupieniu biletów wbijamy się jak najbliżej środka pasa pod barierki. Jest 7.30, a my zablokowaliśmy ostatnie wolne miejsca. Jest nas kilkunastu więc trochę tego miejsca potrzebujemy :) Barierki są dość wysokie, ale nie tak jak w Brnie, więc do przeżycia. Pogoda jest o wiele gorsza niż zapowiadano. Poranek był piękny, a teraz nadciągają chmury, które zasłaniają prawie całe niebo. Układ lotniska jest taki, że pomiędzy publicznością a pasem startowym znajduje się płaszczyzna przygotowania samolotów, które biorą udział w pokazach oraz droga kołowania, po której kołują maszyny przed i po pokazie. Z godziny na godzinę na lotnisko napiera coraz więcej narodu. Robi się ciasno ale… sympatycznie. Niestety znowu mamy panującą na niebie szarość i tak piękne maszyny jak MiG-21 czy cudnie pomalowany i strzelający flarami Mi-24 wychodzą nieciekawie. Główną atrakcją staje się fotografowanie kołujących samolotów i pozdrawianie pilotów. Nie zawodzi nas Capt. R. Amstutz z Patrouille Suisse, któremu jak zawsze podczas kołowania towarzyszy Flat Eric ;) Ciekawie wygląda MiG-21, którego elementy płatowca są chyba przez swój wiek tak beznadziejnie spasowane, że można odnieść wrażenie, iż samolot został zrobiony przez dzieci na zajęciach praktyczno-technicznych :) Jeszcze przed południem sporo zamieszania na publiczności robią nasze Biało-Czerwone Iskry, które defilują przed wygłodniałymi wrażeń widzami i podrywają się do pokazu jako pierwszy zespół akrobacyjny. Od południa zaczyna dopiero być słonecznie i zdjęcia nabierają kolorków. W porównaniu do sobotnich lotów nic się nie zmienia, ale… z perspektywy publiczności wszystko wygląda zupełnie inaczej. Oglądamy kapitalny pokaz Zoltana Veresa, choć mam wrażenie, że jest mniej widowiskowy niż ten w Piestanach. Świetnie prezentuje się węgierski C-17 Globemaster. O dziwo, rewelacyjny pokaz za sprawą kapitalnego pilotażu i gęstych smugaczy robi też czeska L-159 ALCA. Wreszcie można podziwiać zespoły akrobacyjne i zapolować na mijanki. Pokibicować obu zespołom latającym na F-5 czyli Patrouille Suisse i Turkish Stars. Po raz kolejny w tej konkurencji wygrywają Turcy. Na największe jednak uznanie z zespołów zasługują Frecce Tricolori. To co pokazują w swoim show, nawet takim starym wygom pokazowym jak my, składa ręce do oklasków! Mają w swoim repertuarze sporo nowych figur. Ich rozmach, stopień trudności i ta wyjątkowa precyzja sprawiają, że chwilami odkładam aparat i… podziwiam! Polecam wszystkim! To co FT wyprawiają w 2010 roku jest po prostu bajką :) Na koniec show węgierskiego lotnictwa. Z bliska wygląda to jeszcze bardziej przekonywująco. Salwa flar z przelatującego jako ostatniego MiGa-29 w swoim pięknym charakterystycznym malowaniu kończy pokazy. Pokazy, po których wszyscy długo jeszcze mieliśmy otwarte buzie. Trzeba przyznać, że Węgrzy spisali się znakomicie! Nie przez przypadek sami na swojej stronie piszą o Kecskemet Airshow jako jednej z pięciu największych imprez lotniczych w Europie. O których czterech pozostałych myślą, nie napisali :) Były to jedne z najlepszych pokazów, na jakich byłem w tym roku. Porównuję je do RIAT w Fairford. Jak się później okazało nie tylko ja. Jeden z moich kolegów z brytyjskiego forum poświęconego tematyce lotniczej określił węgierskie pokazy jako Kecskemet International Air Tattoo i… podoba mi się ten tok rozumowania :) Oby tak solidnie udało się przeprowadzić Air Show w Radomiu A.D. 2011.

Sławek "hesja" Krajniewski

XI MAZURSKI FESTYN LOTNICZY 2010 (Polska, Giżycko)

W dniach 6 - 8 sierpnia po raz jedenasty odbył się mazurski festyn lotniczy. Miejscem tegorocznej imprezy było malownicze Jezioro Niegocin, a same pokazy można było podziwiać z giżyckiej plaży. Nad mazurską wodą zaprezentowały się wspaniałe maszyny, a miejsce pokazów było pięknym dodatkiem do całości imprezy. Na niebie nie zabrakło akrobacji indywidualnych i zespołowych, pokazowych przelotów zabytkowych samolotów, na których latali piloci podczas I i II wojny światowej. Na festynie mogliśmy podziwiać m.in.: The Flying Bulls na czterech samolotach Zlin 50LX, Christen Eagle II i Marka Szufę, który również zaprezentował się w symulowanej walce na samolocie Curtiss Jenny, pilotów litewskiego aeroklubu Kauno Aeroklubas na radzieckich maszynach szkolnych Jakowlew Jak-52, Dakotę DC-3 - legendarny amerykański samolot transportowy, 3AT3 Formation Flying Team na ultralekkich samolotach AT-3, a także Cessnę 172 na pływakach z pokazowym lądowaniem na wodzie. Niekwestionowaną atrakcją pokazów był niezawodny Marek Szufa i jego Christen Eagle II, który po raz kolejny udowodnił, iż jest obecnie jednym z najlepszych pokazowych pilotów w Polsce. Jego niskie przeloty na taflą wody, a także slalom pomiędzy masztami jachtów zapierały dech w piersiach i dostarczały niesamowitych wrażeń, które długo zostaną w pamięci. Nie można również nie wspomnieć o pokazach zrzutu wody z samolotu Dromader. Tegoroczne mazurskie pokazy lotnicze uznajemy za wyjątkowo udane i z niecierpliwością czekamy na kolejne.

BIAŁO-CZERWONI W MIROSŁAWCU (Polska EPMI)

Dnia 30 lipca 2010 w 12 Bazie Lotniczej w Mirosławcu miało miejsce niecodzienne wydarzenie - na lotnisku wylądował zespół akrobacyjny Biało-Czerwone Iskry w celu tankowania i przygotowania samolotów do przelotu nad Kostrzynem. Przelot, a właściwie „namalowanie” na niebie biało-czerwonej flagi, było jednym z najważniejszych punktów programu otwarcia Przystanku Woodstock, zorganizowanego już po raz szesnasty przez Jurka Owsiaka. Jadąc do bazy liczyliśmy na niewiele, traktując wyjazd raczej kronikarsko, i jako okazję do wyrwania się z codziennych obowiązków. Jednak dzięki Biało-Czerwonym Iskrą, jak i wspomagającej technicznie imprezę załodze Casy, spotkało nas bardzo miłe rozczarowanie. Biało-Czerwoni, nadlecieli w szyku i po ładnym rozejściu wylądowali. W trakcie obsługi technicznej maszyn, mogliśmy bliżej się przyjrzeć samolotom. Podczas wylotu nad Kostrzyn podziwialiśmy efektowny start całej formacji. Już w tym momencie byliśmy bardzo zadowoleni, jednak przyszłość pokazała iż największe atrakcje były dopiero przed nami. Po przelocie nad Kostrzynem samoloty powróciły do Mirosławca, aby ponownie uzupełnić paliwo. Przed wylądowaniem piloci zaprezentowali próbkę swoich akrobacyjnych umiejętności obsłudze bazy, co skrzętnie fotograficznie wykorzystaliśmy. Przeloty w szyku, z użyciem dymów, jak i bardzo efektowne rozejście do lądowania, zrobiły na nas niesamowite wrażenie. Ukoronowaniem tego dnia był start Casy, transportującej obsługę techniczną „Iskier”.  Piloci zaprezentowali nam, próbkę własnych umiejętności, jak i możliwości technicznych samolotu. Mała foto-relacja z tego dnia jest poniżej.

Mariusz "MarS" Suwalski

PIKNIK LOTNICZY W NOWYM TARGU (Polska, EPNT)

W sobotę 24 lipca 2010 wybraliśmy się na Piknik Lotniczy w Nowym Targu. Prognozy zapowiadały ulewne deszcze, pogoda jednak zaskoczyła nas na plus i zaserwowała słoneczny dzień. Było ciepło, a przewijające się na niebie chmury tworzyły ciekawe tło do fotografowania licznych statków powietrznych. Dzięki temu miłośnicy lotnictwa zgromadzeni w Nowym Targu mogli zaliczyć tę imprezę do udanych. Główną gwiazdą pokazów był Marek Szufa, który jak zwykle dał popis swoich niesamowitych umiejętności na samolocie Christen Eagle II. Sporych emocji dostarczyły widzom również akrobacje na samolocie Extra 330 - za sterami Artur Kielak. Poza tym uczestnicy pikniku mieli okazję zobaczyć w locie również śmigłowce: Robinsona R44 oraz policyjną Kanię. Desant z samolotu Casa-295 nie doszedł niestety do skutku ze względu na niesprzyjające warunki meteorologiczne w Krakowie. Nie zabrakło jednak szybowców i standardowych ‘piknikowców’ takich jak m.in.: AN-2; RWD-5 czy Jak-12.
Back to Top