Search

CZECH INTERNATIONAL AIR FEST (Czechy, LKHK)

W dniach 1-2.09.2018 r.  na lotnisku w Hradec-Kralove odbyła się kolejna edycja CIAF. Nie zabrakło atrakcji dla miłośników maszyn śmigłowych, które licznie prezentowały się w pokazach dynamicznych, a wśród których niewątpliwie gwiazdą był Spitfire Mk.XVIE . Także fanom samolotów odrzutowych nie zabrakło atrakcji. SU-27 i Baltic Bees pokazały, co potrafią w powietrzu wyczyniać. Szczególnie SU-27 Ukraińskich Sił Powietrznych, który tyko tu dał pokaz z flarami. Bardzo polubiłem tu przyjeżdżać i jest to mój stały punkt w planach wyjazdowych. Ryszard "Rychu" Dwojak

SIAF 2018 (Słowacja, LZSL)

Czyli znane i lubiane największe pokazy lotnicze na Słowacji, które jak co roku oferowały całkiem sporo atrakcji. Niestety tegoroczną edycję można zaliczyć do nieco uboższych jeśli chodzi o program, za to zdecydowanie bogatszą jeśli chodzi o warunki atmosferyczne, zapewniając całkiem spory przegląd zdarzeń od upalnego słońca przez silny wiatr po małą ulewę i burzę. W kwestii  atrakcji  powietrznych zdecydowaną ciekawostką był pokaz możliwości słowackich MiG-29 latających parą z efektami pirotechnicznymi Piotr "Rzepka" Kostur

DESZCZOWY RADOM (Polska, EPRA)

Radom… to miasto znane, wśród przeróżnych figlarzy i innych żartownisiów, przede wszystkim z przemysłu stoczniowego, lotniska o największej przepustowości, które ma w przyszłości zastąpić port lotniczy w Modlinie i w Warszawie i gdzieś tam jeszcze… A tak poważnie, dla nas, fotolotniczych wariatów, Radom to przede wszystkim Air Show, organizowany od 2000 r. na wojskowym lotnisku Sadków. W tym roku była to już XVI edycja tej imprezy mająca upamiętniać 100-lecie powstania polskiego lotnictwa wojskowego oraz odzyskania niepodległości. W pokazach dynamicznych i statycznych uczestniczyły statki powietrzne z ponad 20 państw. Niestety, ale niesprzyjająca aura, od wczesnych, sobotnich godzin porannych popsuła szyki organizatorom. Skutkowało to wstrzymywaniem pokazów oraz ciągłą zmianą harmonogramu pokazów. Niedziela pod tym względem była jeszcze gorsza. Mimo to, iż głównym rozgrywającym była pogoda, nie odstraszyła ona ani pilotów, ani fanów lotnictwa. Oficjalna inauguracja pokazów Air Show 2018 została wykonana przez zespół akrobacyjny „Biało Czerwone Iskry” we wspólnym przelocie z Boeingiem 737 PLL LOT noszącym okolicznościowe malowanie "Dumni z niepodległości Polski". Ze względu na niską podstawę chmur i co chwila padający deszcz, przez kilka pierwszych godzin program był zmieniany kilkukrotnie, aczkolwiek na nudę nikt nie mógł narzekać. Swój kunszt pilotażu pokazali w międzyczasie Artur Kielak, chorwacki zespół akrobacyjny „Krila Oluje” oraz trzy samoloty PZL Orlik do spółki z dwoma amerykańskimi Harvardami. W przelocie zaprezentował się także Boeing E3-Sentry, czyli popularny AWACS - samolot wczesnego ostrzegania i kontroli. W późniejszym czasie deszcz nadal kropił, ale fakt podniesienia się podstawy chmur pozwolił na wykonywanie akrobacji również samolotom odrzutowym. Zaprezentowały się m.in. czeski JAS Gripen, brytyjski i niemiecki Eurofighter Typhoon, polski, belgijski, turecki i grecki F16, czy ukraiński Su27. Między pokazami solistów serca publiczności kradli łotewscy piloci z formacji „Baltic Bees”, fińscy z "Midnight Hawks," szwajcarscy z „Patrouille Suisse ”, czy hiszpańscy z „Patrulla Aguilla”. Niekwestionowanymi gwiazdami zostali jednak Włosi z „Frecce Tricolori”. W ich wypadku to jednak nie nowość, gdyż dzieje się to zawsze, gdzie by się nie pojawili. Włoscy piloci, po zakończeniu swojego prawie półgodzinnego pokazu, zebrali  brawa i owacje od publiczności niemal na stojąco, a kołujących po pasie pilotów pozdrawiały setki osób. Mimo słabej pogody, Air Show – edycja 2018 możemy uznać za udany i zapewne ponownie zagościmy na radomskim lotnisku i ulicy Skaryszewskiej. Piotr "Brovarsky" Łykowski

GDYNIA AEROBALTIC 2018 (Polska, EPOK)

W dniach 17-19 sierpnia b.r. odbyła się kolejna edycja pokazów lotniczych „Gdynia Aerobaltic”. Dwie areny pokazów, w jakże odmiennych od siebie miejscach, (lotnisko Gdynia – Kosakowo oraz gdyńska plaża), piękna, sprzyjająca pogoda przyciągnęły tłumy widzów. W piątkowy i sobotni wieczór niebo nad Zatoką Gdańską zamieniło się w scenę, a gdyńska plaża i nadmorski bulwar w widownię. W tym podniebnym teatrze światła i dźwięku głównymi aktorami byli piloci, którzy w zapadających ciemnościach rozświetlali nadmorską przestrzeń za pomocą pirotechniki i oświetlenia led’owego zamontowanego na samolotach. Dzień drugi i trzeci gdyńskiego airshow to dynamiczne pokazy na lotnisku, w których to mogliśmy podziwiać grupy akrobacyjne, jak i występy solistów. Piotrek "brovarsky" Łykowski

ATAM PO RAZ PIĄTY (Polska, EPOK)

Morze, piaszczysta plaża i piękne Słońce, czy można pragnąc czegoś więcej. Tak wspaniała sceneria towarzyszyła nam w trakcie kolejnej odsłony ATAM. Tym razem ekipa ATAM’u wraz z naszym mobilnym centrum operacyjnym powożonym przez Piotra Jafernika i Edytę Bulowską opuściła swą macierzystą bazę i udała się nad skapany w Słońcu Bałtyk. Jest piękny słoneczny piątkowy poranek, powoli zbliżamy się do bram gdyńskiego lotniska pełni niepewności i wątpliwości czy wszystko zagra, czy Skyvan doleci na czas, grafik lotów napięty jak plandeka na Żuku, a przed nami jeszcze masa roboty, przygotowanie Skayvana, uzbrojenie aparatów, sprawdzenie zabezpieczeń. Dojeżdżając do lotniska dociera do nas pierwsza fantastyczna wiadomość, Skayvan właśnie wylądował. Nasz dyliżans właśnie kołuje i za chwile będziemy mogli zabrać się za przygotowania do lotu. Czas się kurczy. Pełni optymizmu, zabieramy się za robotę. Z 10-cio minutowym opóźnieniem wznosimy się w powietrze i znowu to wspaniałe uczucie. Otwarta rampa, zwiększający się ryk silników, szum wiatru i coraz szybciej umykający pas startowy. Po chwili już wznosimy się nad gdyńskim lotniskiem, ostry zwrot w prawo i pod naszymi nogami ukazuje się szmaragdowa tafla Bałtyku a tuz za nami do lotu podrywają się pierwsi aktorzy najwspanialszego lotniczego spektaklu… Maciej "szamal" Szamałek

LOTNICZA SZARŻA W GRUDZIĄDZU (Polska, EPGI)

Because I was inverted! Czyli Lotnicza szarża w Grudziądzu – wyczyn Artura Kielaka, który na stałe zapisze się na kartach lotniczej historii. 15 sierpnia corocznie w całym kraju odbywają się pikniki militarno-patriotyczne. W tym dniu Aeroklub Nadwiślański na czele z Panią Prezes Hanną Gołuńską i UM Grudziądza – miasta z lotniczymi tradycjami zorganizowały niezwykły pokaz wpisany w uroczystości związane ze 100-leciem odzyskania przez Polskę niepodległości. Publiczność zgromadzona nad brzegiem Wisły miała możliwość podziwiania akrobacji samolotowej na mistrzowskim poziomie w wykonaniu Artura Kielaka, który przygotował dla widzów niezwykłą niespodziankę, rozpoczynając swój pokaz od efektownych przelotów pod najdłuższym w Polsce mostem drogowo-kolejowym. Artur wykonał 3 przeloty za każdym razem zwiększając stopień trudności poprzez ustawienie swojego XA-41 w “lot trawersem” podczas drugiego przelotu, a trzeci przelot wykonał w pozycji odwróconej. Tomasz "Qna" Chochół

W KRAINIE JANNE ANDERSSONA, CZYLI A2A PO SZWEDZKU (Szwecja, ESKD)

Ponownie w Västerås. Nawigacja prowadzi nas do muzeum, gdy tuż nad nami, nad skrzyżowaniem przelatuje znajomy P-51D Jana Anderssona! Niezamierzone, acz piękne powitanie. Morda się śmieje na kolejną przygodę. Przyjeżdżamy do muzeum. W środku nie znajdujemy nikogo. Spokojnie i cicho jak nigdy. Potężny, ponad 100-letni drewniany hangar wypełniony tylko leciwymi konstrukcjami. W tej ciszy tym bardziej słychać każdą opowieść, każdej z tych maszyn o ich podniebnych przygodach. Byłoby prościej gdyby nie opowiadały tego po szwedzku ;) Tymczasem pod hangar podkołowuje Janne. Pojawia się też jego ekipa. Witaj przyjacielu i ponownie dziękuję za zaproszenie do Szwecji! Plan jest taki, a przynajmniej do tej pory był, że pakujemy się do jego nowego nabytku, czyli pięknej acz leciwej DC-3 Dakoty „Kongo Queen”, która dumnie stoi przed hangarem i lecimy do Dala-Järna na pokazowy weekend. Tymczasem okazuje się, że póki co warunki pogodowe nie pozwalają na lot, gdyż w połowie trasy do Dala-Järna pułap chmur jest niższy niż wysokość okolicznych pagórków, co zmusiłoby nas do lotu bez widoczności ziemi, a na taki lot DC-3 nie ma zgody. Decyzja ma zapaść do godziny 15.00. Mamy zatem dużo czasu. Towarzystwo rozsiadło się w hangarze w miejscu do odpoczynku. Nie po to jednak tu przyjechaliśmy, by siedzieć ze wszystkimi przy stole i rozmawiać. Jest ładne światełko, mam ze sobą wspaniałą modelkę i niebanalne tło w postaci stojącej przed hangarem potężnej Dakoty. Trzeba te punkty połączyć. Może później nie będzie takiej okazji? Proszę Ewę, by założyła tę czerwoną spódnicę, gorset i wzięła czerwony tiul. Po chwili, ku zdziwieniu wszystkich, zaczynamy zabawę w sesję. Niech Janne widzi, że zaprosił fotografa z modelką, a nie tylko ludzi, którzy chętnie z nim posiedzą i bezproduktywnie pogadają o wszystkim i niczym. Sesja niestety bez lamp i bez blendy, ale za to z fantazją. Pomysły powstają jeden za drugim. Nie jest łatwo, gdyż przy samolocie kręci się też jakaś ekipa. No właśnie, robienie zdjęć dość konkretnie uśpiło moją czujność. Nawet przez chwilę nie pomyślałem, że oni mogą przygotowywać Kongo Queen do lotu! Nie minęło 10 minut, gdy jeden z nich (sam Åke Jansson) pyta się nas czy my przypadkiem nie mamy z nimi lecieć do Dala-Järna? Odpowiadam, że i owszem. No to pospieszcie się, bo startujemy za dwie minuty! Jak to za dwie minuty? Rozglądam się za Janne, by poprosić o przynajmniej 15 minut celem przebrania się, przepakowania rzeczy z samochodu, przygotowania sprzętu, gdy widzę, że on już siedzi gotowy do lotu w swoim P-51D! Od tej sekundy wszystko toczy się błyskawicznie. Ewa przebieranie, ja przerzucanie naszych bagaży do Dakoty i przygotowywanie sprzętu, gdyż to nie będzie zwykły lot, ale lot połączony z sesją air-to-air i to z pokładu DC-3! Ale jazda. Dwie minuty i już siedzimy w środku i kołujemy na pas. Co za emocje! A jaki ładny jest ten samolot też i w środku! Duże wygodne fotele, wszystko stare, ale pięknie zadbane. Tylko my dwoje w całej kabinie pasażerskiej! Nagle silniki przechodzą na zakres startowy. Moje zmysły wariują od tego niesamowitego, tak klasycznie pięknego dźwięku! Powoli rozpędzamy się po pasie, coraz szybciej i szybciej, by majestatycznie oderwać się od ziemi. To się dzieje naprawdę! Lot samolotem zbudowanym w bodajże 1943 roku to niesamowite przeżycie. Tuż za oknem potężne, cudnie grające silniki i te wielkie błyszczące skrzydła odbijające promienie słoneczne i ciężko pracujące w strugach powietrza. Panuje piękna pogoda z błękitnym niebem okraszonym tu i ówdzie białymi chmurkami. Niesamowita chwila. Nie ma jednak za dużo czasu na rozkoszowanie się samym lotem, gdyż mamy do wykonania poważne zadanie. Zmieniam ustawienia aparatów, które jeszcze kilka minut temu fotografowały magiczne sceny z Ewą i z DC-3 w tle, by już za moment te same aparaty fotografowały z pokładu tegoż samego DC-3 kolejną modelkę tego dnia – P-51D. Wszystko od momentu przyjazdu do Västerås dzieje się masakrycznie szybko. Technik samolotu pomaga mi poskładać fotele tak, by było dojście do okien ewakuacyjnych. Problem z tymi oknami polega na tym, że nie można ich całkowicie zdjąć, a jedynie odchylić, i to na zewnątrz. Do tego nie ma przy nich żadnej podpórki. Proszę zatem Ewę, żeby mi w tym temacie pomogła, gdyż już w oddali widzę zbliżającą się do nas sylwetkę Mustanga. Warunki do fotografowania straszne. Biedna Ewa trzyma ręką okno, a ja próbuję robić zdjęcia między jej ręką, a oknem i to w pędzących strugach powietrza, które nie tylko szarpią skórę na Ewy przedramieniu, ale jeszcze nieźle rzucają moim aparatem. Chwilami ciężko jest w ogóle uchwycić P-51D w kadrze. Zabawa na całego, gdyż muszę przecież robić zdjęcia na długim czasie ekspozycji. Szybko orientuję się, że dopiero 1/80 całkowicie rozmywa śmigło. Niezły hardcore w tych warunkach. Żeby było jeszcze ciekawiej, samolotem dość konkretnie rzuca. Lecimy stosunkowo nisko, słoneczko świeci, więc termika jest potężna. Janne podlatuje raz z jednej raz z drugiej strony. Co skutkuje naszym przewalaniem się z lewa na prawo i z powrotem. Nie ma szansy na normalne przechodzenie. Do tego Mustang wykonuje co chwilę jakieś odejścia, zwroty, które przy tych czasach otwarcia migawki i warunkach do fotografowania nie mają prawa wyjść ostre zdjęcia. Mimo wszystko walczymy nieprzerwanie. Nie ma czasu na podziwianie okolicy. W wizjerze aparatu i kątem oka widzę jednak, że lecimy nad naprawdę piękną okolicą. Lasy, pochowane w nich mniejsze i większe jeziora, pagórki. Jest pięknie. Po około 40 minutach sesji widzę, że Ewa robi się coraz bardziej blada. Bidulka nieźle dostaje w kość. Co innego jest lecieć siedząc wygodnie w fotelu w kierunku lotu, a co innego walczyć z oknem ewakuacyjnym siedząc na tak niestabilnym podłożu i do tego bokiem do kierunku lotu. Na szczęście w kieszeniach w fotelach znajdują się papierowe torebki. Technik zauważył nasz problem i od tej chwili on stara się trzymać okno. Wytrzymuje tylko 5 minut! Najlepszy dowód na wyczyn Ewy. Od tej chwili zostaję sam na froncie. Trzymanie okna jedną ręką i robienie zdjęć dwoma aparatami z obiektywami o zmiennej ogniskowej – bajka :) Na szczęście po kilku chwilach technik informuje nas, że za chwilę będziemy schodzić do lądowania. Janne odlatuje. Koniec sesji. Siadamy w fotelach i zapinamy pasy. Przede mną siedzi wymęczona Ewa, której w tym momencie nikt by nie przekonał, że cudownie jest lecieć poczciwą DC-3. Ja jestem konkretnie oszołomiony. Nie ukrywam, że i w moim błędniku trwa niezłe zamieszanie. Jestem ciekaw czy mam jakiekolwiek ostre zdjęcia. Nie mam siły ich teraz przeglądać. To co mam zapisane na karcie będzie na niej też i za pół godziny. Nic już nie poprawię, nie zmienię. Rozkoszuję się ostatnimi chwilami lotu w Kongo Queen. Ilu takich jak ja tu siedziało przede mną? Jakąż potężną historię musi mieć ta konstrukcja? Lądujemy w Dala-Järna. Sławek „hesja” Krajniewski

BRAY AIR DISPLAY (Irlandia, Bray)

Lipcowe pokazy lotnicze w Bray to nie lada gratka dla irlandzkiej publiczności. 13 już edycja tej imprezy zyskała taką popularność, że nawet ciemne chmury nie powstrzymują przyjeżdżających tu tłumów. Atrakcyjności tego przedsięwzięcia - całkowicie darmowego - dodaje świetna lokalizacja. Bowiem pokazy możemy oglądać z lądu - szerokiej, kamienistej plaży, z wody - coś extra dla właścicieli jachtów, których w Irlandii nie brakuje i z góry - dla tych, co większą siłę mają w nogach, bo trzeba się trochę wspinać na klifowe wzniesienie z panoramą na miasteczko i morze. To właśnie tu samoloty przelatują na wysokości naszych oczu. Czy to nie brzmi jak idealne miejsce? Idealnie by było, gdyby nie pogoda, która usilnie chciała pokrzyżować plany. Ostatecznie z lekką obsuwą, ale już na sucho wszystko ruszyło z kopyta. No - może z silnika. Bray Air Display, w tym roku, jak co roku miało bogaty repertuar. Ekipy z Irlandii miały piękne towarzystwo między innymi z Wielkiej Brytanii, Jordanii, Francji, Szwecji. Przedstawienie rozpoczęte zostało przez tegoroczną gwiazdę pokazów czyli Messerschmitta 109. Jest to oryginalna maszyna z roku 1950, która przelatała w służbie 15 lat. 2 lata po przejściu na emeryturę zagrała w filmie Guya Hamiltona „Bitwa o Anglię”. W Bray do ME109 dołączył jedyny latający na wyspach Mustang TF-51D z 1945 roku. Przeprowadzili oni symulowaną bitwę nad głowami zgromadzonych na plaży widzów. Zaraz po nich na niebie pojawił się szwedzki myśliwiec szturmowy Saab JA 37 Viggen. Tyle możliwości zaprezentowania się, jednak tym razem odległość była barierą ciężką do pokonania. Swój przelot miał zdecydowanie zbyt daleko dla oka. Nie musieliśmy długo czekać na wielkie wow. Pochmurne irlandzkie niebo przecięły czerwone strzały w swoim 11 występie na zielonej wyspie. Aplauz zebrały jak zwykle największy, a piękne trzykolorowe smugi nareszcie dodały koloru pokazom. Na niebie zaprezentowały się również maszyny pasażerskie takie jak Douglas DC-3 z pierwszej połowy XX wieku oraz jedna z najpopularniejszych maszyn Airbus A321. Oba modele w barwach Aer Lingusa – irlandzkiego przewoźnika. Irlandzka publiczność, irlandzkie barwy – wszystko zagrało jak należy. Wizytówka Jordańskiego króla Husseina Bin Talala „Royal Jordanian Falcons” w swoim precyzyjnym i profesjonalnym przelocie czterech Extra-300 L, po raz trzeci zachwyciła zebranych. Kolejna zagraniczna czwórka – Patrouille Groupe Tranchant, tym razem z Francji już na odmiennych maszynach Fouga CM.170 Magister również pokazała klasę jak poprzednicy. A wisienką na torcie w ich dynamicznym pokazie były smugi w kolorach Irlandzkiej flagi. W tym roku na swoje 75 urodziny zaszczyciła nas swoją obecnością „Catalina” latająca łódź, która od 1943 roku latała dla kanadyjskich sił powietrznych. Irish Air Corps w tym roku zaprezentowało się w licznym składzie. Dwie Casy - CN-235 latające w ciasnym szyku, cztery Pilatusy - PC-9M, które na co dzień latają jako maszyny treningowe. Kolejno dwa śmigłowce wielozadaniowe AgustaWestland AW139 i Eurocopter EC135P2 w trakcie swojego przelotu pokazały jak wyglądają akcje gaśnicze z powietrza. Najbardziej rozpoznawalny śmigłowiec w Irlandii Sikorsky S-92 zaprezentował jak wygląda akcja ratownicza na wodzie. Jak zwykle niezawodny okazał się Rich Goodwin w swoim silnie zmodyfikowanym Pitts Special S2S. Jego akrobacje skutecznie podnosiły ciśnienie widzom. W show uczestniczyli również Eddie Goggins z fundacji „Make a Wish” w swoim CAP 232 i Gerry Humphrey z jego Vans RV7 „Latającą krową”. Z północnej Walii przyleciały do nas również dwa Strikemastery z Strikemaster Flying Club (SFC). Air show zakończyła lokalna grupa spadochronowa. Jedyne czego możemy sobie życzyć w przyszłym roku to… lepsza pogoda. Jakub "Qba" Kupczyk

IV PODKARPACKIE POKAZY LOTNICZE (Polska, EPML)

W ostatnią sobotę lipca w Mielcu odbyła się IV  edycja Podkarpackich Pokazów Lotniczych. Program rozpoczął się od prezentacji w locie samolotu Fieseler Fi-156 ”Storch”,  później mogliśmy zobaczyć w locie  między innymi : CSS-13,  Piper Cub L-4H,RWD-5R, Jak-18  i oczywiście samolot, który był  produkowany przez wiele lat w mieleckich zakładach lotniczych (powstało tu prawie 12 000, a ostatnie cztery sztuki w 2002r. ) czyli An-2. Popularny „Antek”  to jeden z wielu samolotów które można było zobaczyć na mieleckim niebie  historycznie związanych z PZL Mielec. Oprócz wspomnianego tu „Antka” obserwowaliśmy PZL M-28 „Bryza”, którego pilot zademonstrował możliwości tego płatowca oraz TS-11 Iskra z Fundacji Biało Czerwone Skrzydła. Nie zabrakło oczywiście pary „Dromaderów”, które dały efektowny  pokaz zrzutu środków gaśniczych. Jedną z gwiazd tegorocznych pokazów był łotewski zespół „Baltic Bees”, który tego dnia wykonywał pokazy dwa razy, a licznie zgromadzona publiczność gromko oklaskiwała podniebne akrobacje łotewskich „Pszczółek”. Oczywiście Łotysze to nie jedyny zespół akrobacyjny jaki widzieliśmy. „Celfast Flying Team”, „FireBirds” to dwa kolejne zespoły, które zaprezentowały się na tegorocznych pokazach. Maciej Pospieszyński, Mateusz Strama i Artur Kielak to piloci których nazwiska pasjonatom lotnictwa nie trzeba przybliżać. W sobotę każdy z nich pokazał co można „wycisnąć’ z samolotu, który był przez nich pilotowany. Szczególne pokaz akrobacji w wykonaniu Artura Kielaka wzbudził - jak zawsze – zachwyt zgromadzonej  publiczności. Niewątpliwą atrakcją tego dnia był pokaz F-16 Tiger Demo Team Poland, nawiasem mówiąc był to powrót na mieleckie niebo po 21 latach. Kapitan Dominik "Zippity" Duda zaprezentował nowy program pokazowy, który obfitował w to co lubimy najbardziej – flary. Na pewno na długo zapadnie widzom w pamięci element pokazu „Slow pass” z flarami, który moim zdaniem jest najefektowniejszym elementem nowego programu. Do zobaczenia w przyszłym roku Piotr "pepic" Tomczyk

FLYING LEGENDS 2018 (Wielka Brytania, EGSU)

Co roku w lipcu jesteśmy w Duxford aby delektować się widokiem i posłuchać dźwięku maszyn z lat trzydziestych i czterdziestych poprzedniego wieku. 14 i 15 lipca 2018 roku nie mogło być inaczej. W tych dniach odbyła się kolejna edycja kultowego „Flying Legends”. Oczywiście kolejna udana. Już sama lista maszyn, które wzięły udział w pokazach powoduje szybsze bicie serca u osób zakochanych w warbirdach. Okoł 50 maszyn – 15 Spitfire’ów, 4 Hurricane’y, 4 Mustangi, 4 Buchony, 3 Corsair’y , 3 Hawki, 2 Sea Fury, Thunderbolt, Lightning, Bearcat, Wildcat, B-17, Lancaster, Mitchell, Blenhaim, 2 Dakoty, 3 Baech 18, DC-6 i Jungmann. Był też wspólny przelot najnowszego F-35 Lightning w asyście Mustanga i Spitfire’a. To tak w skrócie. A jakieś szczegóły? Jak co roku program obydwu dni pokazowych jest prawie taki sam. Od godziny 8 można zwiedzać hangary i budynki Imperial War Museum i jak ktoś jeszcze nie był to szczerze polecam. Na terenie pokazów dla amatorów lotniczych pamiątek jest kilkadziesiąt stoisk z bogatą ofertą. Nie można też nie pójść na Flight Line Walk, gdzie bliżej przyjrzymy się samolotom, które będą brały udział w pokazach. Koło samolotów kręcą się rekonstruktorzy w strojach z epoki, co dodatkowo potęguje efekt przenosin w czasie. W tym roku na Flight Line mogliśmy dodatkowo zobaczyć dwupłatowy włoski myśliwiec z II wojny światowej – Fiata CR 42. Maszyna jest odrestaurowywana do stanu lotnego i miejmy nadzieję, że za rok zobaczymy ją w powietrzu. Wszystkie wymienione wcześniej samoloty ustawiono w jednym szeregu (poza F-35 i Lancasterem, które dolatywały z innych lotnisk), więc spacer od DC-6 do B-17 zajmował trochę czasu. Z ciekawostek warto może jeszcze odnotować fakt ozdobienia samolotów Red Bulla, a konkretnie P-38 i B-25 „nowymi” godłami. Na samolotach tych czerwonego byka dosiadają w tej chwili pin-up girls. Ciekawe, czy to na stałe, czy tylko na czas Flying Legends? O 14 rozpoczynają się pokazy w locie, ale już na jakiś kwadrans przed tą godziną w powietrze wzbija się 11 Spitfire’ów, aby równo o 14 wykonać wspólny przelot. Potem formacja dzieli się na pół i rozpoczyna się powietrzna gonitwa. Chociaż w poprzednich latach wyglądało to dokładnie tak samo, widok ten na pewno szybko się nie znudzi. Nie będziemy tu może relacjonować dokładnie przebiegu pokazów, skupmy się bardziej na ciekawostkach. Na co warto zwrócić uwagę, to udział aż 3 samolotów Corsair. Kolejna „kumulacja” to 4 Buchony. Samoloty te wzięły udział w „walce powietrznej” z trzema Spitfire’ami, a wszystko działo się przy akompaniamencie muzyki z kultowego filmu „Battle of Britain”, w którym zresztą chyba wszystkie występowały. Również 4 Hurricane’y mogliśmy oglądać w powietrzu razem z Blenhaimem i dwoma Baby Spitfire, jak często określa się te samoloty w pierwszej wersji. Po kilku latach przerwy na europejskie niebo (na razie tylko angielskie) powrócił Thunderbolt i jak przed laty wystąpił w roli eskorty B-17. Mustangi tym razem zajęte były kosiakami nad lotniskiem. Każdy z wymienionych na wstępie samolotów miał swoje „5 minut” i w zasadzie każdemu należałoby poświęcić chociaż jedno zdanie. Może więc zamiast opisu wystarczą zdjęcia? A jeżeli nie to zapraszamy na Flying Legends za rok. Na pewno większość z tegorocznych uczestników tam się pojawi. Lucjan "Acroluc" Fizia
Back to Top