Search

A PO NOCY PRZYCHODZI DZIEŃ, A PO BURZY… SŁOŃCE (Polska, EPMM)

Parafrazując słowa utworu Budki Suflera nie przyszedł po porannej ulewie i  burzy spokój... wręcz przeciwnie - działo się dużo, było głośno, a słońce piekło niemiłosiernie. 10 sierpnia b.r. to był dzień, w którym odbywał się jeden z kilku zaplanowanych w tym tygodniu treningów do uroczystej defilady, mającej  się odbyć 15 sierpnia w Dniu Wojska Polskiego. Na mińskim lotnisku podziwialiśmy starty w różnych konfiguracjach samolotów MiG-29 oraz Su-22, śmigłowców PZL W3 Sokół, Mi-24 i Mi-8, jak również późniejsze przeloty w formacjach. Jak zwykle słowa podziękowania kierujemy w stronę dowództwa 23. Bazy Lotnictwa Taktycznego, które umożliwiło nam pobyt w gościnnych, mińskich progach. Piotrek "brovarsky" Łykowski

XTREME SKY FORCE A.D. 2017 (Polska, EPMM)

W dniach 7 -9 sierpnia treningi wznowił zespół akrobacyjny Xtreme Sky Force. W jego skład w tym roku wchodzą Artur Kielak, pilotujący XA-41 oraz por. pil Jacek Stolarek, który zasiada za sterami MiGa-29 z 23. Bazy Lotnictwa Taktycznego. Jacek jest również pilotem pokazowym Fulcrum Solo Display Team na samolocie MiG-29. Chłopaki przygotowali na sezon nowa wiązankę, z kilkoma elementami, które zaskoczą niejednego fotograficznego wyjadacza. Latają precyzyjnie i widowiskowo. Nowe figury i elementy pilotażu są szybkie, agresywne i to co fotografowie lubią najbardziej - blisko na mijankach. Na pewno będą atrakcją imprez lotniczych w Polsce, a miejmy nadzieję, że również za granicą kraju. Konrad "kifcio" Kifert

MAZURY AIR SHOW 2017 (Polska, EPKE)

W dniach 5-6 sierpnia 2017r. nad jeziorem Niegocin w centrum Giżycka odbyła się kolejna edycja pokazów Mazury Air Show. Na niebie pojawiła się plejada samolotów wszelkiego rodzaju, począwszy od małych awionetek, cywilnych helikopterów, skończywszy na zespołach akrobacyjnych i wojskowych akcentach w postaci 2. GPR oraz zespołu akrobacyjnego ORLIK. Oprócz największej atrakcji w postaci Miga-29 z bazy w Malborku, którego zwielokrotniony huk roznosił się po jeziorze, warto też wspomnieć o szaleństwach Uwe Zimmermanna, oślepiającym blasku Dakoty DC-3 Daisy, czy też Litwinach na Jakach-50 i 52 i licznych wodnosamolotach. Napięty program pokazów, liczne atrakcje oraz przepiękna sceneria pokazów na tle lasów i białych żaglówek sprawia, że są jednym ze stałych punktów w naszym kalendarzu. Warto wybrać się na Mazury, żeby przekonać się na własne oczy. Justyna "Gonitwa" Hodźko

AIR-TO-AIR MEETING… PO RAZ TRZECI (Polska, EPPT)

Lipiec. Piękna słoneczna pogoda, żar lejący się z nieba, dookoła przepiękne sosnowe lasy, błękitna tafla jeziora, białe łopoczące na wietrze płótna żagli…czy można pragnąć czegoś więcej?
Otóż można a nawet trzeba, bo dla wymagającego fotografa, aby kadr był zadawalający potrzebny jest dobry pierwszy plan.
A gdzie najłatwiej do tej bajkowej scenerii znaleźć interesujący pierwszy plan? Oczywiście na gościnnej ziemi piotrkowskiej, latając na Zalewem Sulejowskim. Kolejny już raz wraca to wspaniałe uczucie, kiedy spod rampy rozpędzonego Skyvana umyka pas startowy, aby za chwilę wznieść się w górę, przechył na skrzydło i już pod nami pojawiają się drzewa i błękitne wody Zalewu. Ostatnie sprawdzenie sprzętu, czy wszystko gotowe, ustawienia się zgadzają i oto na horyzoncie pojawia się Bolkow Bo105, na widok którego wszyscy zapominają o koszmarnym upale i niewygodach przebywania na rampie. Z każdej strony zaczyna dochodzić dźwięk szybkostrzelnych migawek i oto jesteśmy wszyscy w fotolotniczym raju. Po Bolkowie pojawiają dwa samoloty w „byczym” malowaniu Zivko EDGE 540. To zespół RedBull Air Race mozolnie zbliża się do rampy Skayvana. W dole piękne widok na wody Zalewu, w tle widać żaglówki, motorówki i skutery co w połączeniu z pięknie prezentującymi się niebiesko-żółto-czerwonymi „Byczkami”, latającymi w świetle zachodzącego Słońca stwarza wręcz bajkowy klimat. I tak, przed nami statki powietrzne prezentują się na przemian w formacjach, albo solo, są i dymy, kręcimy ósemki, wznosimy się i opadamy a wszystko po to by pokazać na zdjęciach zarówno piękno maszyn jak i otaczającego nas krajobrazu. Kulminacją sesji jest fantastyczny low pass nad pasem startowym lotniska Aeroklubu Ziemi Piotrkowskiej i zaraz po nim rozejście maszyn, ostatni krąg i już koła Skayvana uderzają o pas, droga kołowania, silniki stop i kolejna przepiękna fotoprzygoda za nami.
Maciej "szamal" Szamałek

WIECZORNE POKAZY W OLD WARDEN (Wielka Brytania, EGTH)

Właściwie to poleciałem na RIAT (Royal International Air Tatoo). 3 dni pokazów. Nowoczesna technika. Państwa z całego świata wysyłają  swoje ekipy. Między innymi ze Stanów przylatuje grupa Thunderbirds i demo na Raptorze. W niedzielę niespodziewanie pojawia się nawet B-2. Generalnie bardzo udana impreza. Przeglądając jednak listę imprez lotniczych, które zaplanowane były między 14 a 16 lipca tego roku zwróciłem uwagę na wpis „Shuttleworth Classic Evening Airshow: WWI – Old Warden – 15-07-2017”.  Byłem w Old Warden rok wcześniej i bardzo dobrze wspominam pokazy, które wtedy tam się  odbywały. Powstał plan: „Jeżeli w piątek i w niedzielę pogoda nie uziemi pokazów na Air Tatoo, to w sobotę jadę odwiedzić  Shuttleworth Collection.” Jest 15 lipca. Dzień wcześniej byliśmy w Fairford, a dzisiaj jedziemy do Old Warden. Z miejsca w którym nocujemy jedzie się tam nieco ponad godzinę. Całą drogę pada. Wierzymy jednak w prognozy, które mówią, że po południu deszcz powinien zanikać. To nic, że niskie chmury będą utrzymywały się do wieczora i będzie dość silny wiatr. Pokazy w locie mają rozpocząć się dopiero o 18, więc może do tego czasu coś się poprawi. Bramy lotniska otwarte są od godziny 12. Zjawiamy się jakieś pół godziny później. Widzimy, że takich optymistów jak my jest jeszcze kilku. Samochód parkujemy jakieś 30m od niskiego płotu oddzielającego publiczność od pola wzlotów. Przestaje padać, otwierają się hangary i samoloty powoli są wytaczane.  The Shuttleworth Collection, to muzeum, w którego zbiorach znajdziemy głównie maszyny z pionierskiego okresu lotnictwa, I wojny światowej i okresu międzywojennego, ale jest też kilka eksponatów z II wojny światowej i okresu powojennego. Większość „na chodzie”. Nas oczywiście najbardziej interesują samoloty, ale w kolekcji znajdują się również samochody, ciągniki, motocykle, rowery, hulajnogi. Wszystko można pooglądać odwiedzając kilka hangarów. Część maszyn ustawiona zostaje na terenie lotniska, inne zostają w hangarach.  Jak na razie ruchy wokół samolotów wyglądają na przygotowania do lotów, chociaż patrząc w niebo można nie podzielać optymizmu organizatorów. W pewnym momencie pojawia się informacja, że niestety z powodu zbyt silnego wiatru w dzisiejszych pokazach nie wezmą udziału samoloty z okresu pionierskiego. Za to w zamian na niebie pojawi się de Havilland Comet. To znaczy, że pokazy będą?! Tu należy się trochę wyjaśnień. Każde pokazy w The Shuttleworth Collection mają jakiś temat przewodni. Dzisiejszy, to maszyny z I wojny światowej. Nie oznacz to jednak, że na niebie pojawią się tylko samoloty z tego okresu. Owszem, mamy zobaczyć takie maszyny jak Sopwith Pup, Dove i Triplane, RAF S.E. 5 i B.E. 2, Bristol F2b i B1c, ale w powietrzu zaprezentują się również Hurricane, Lysander, Po-2, kilka szybowców oraz samoloty szkolne i sportowe. Jak już wiemy konstrukcje pionierskie Deperdussin, Bristol Boxkite, Avro Triplane, czy Blackburn Monoplane z powodu wiatru pooglądamy dzisiaj tylko w hangarach. W hangarach, z przyczyn technicznych pozostaną niestety dzisiaj również Sopwith Camel i Snipe oraz Avro 504. Chwilę po ogłoszeniu informacji o zmianie w programie słyszymy dźwięk uruchamianego silnika. Lysander kołuje na start, robi próbę silnika, ustawia się do startu i rusza. Nabiera wysokości i odlatuje w siną dal. Nie wiem, może pogodę poleciał sprawdzić? W każdym razie, sadząc po wysokości jaką nabrał, chmury nie wiszą aż tak nisko. Tyle, że nadal mocno wieje. Obawiam się, czy za chwilę nie ogłoszą, że jednak „pierwsza wojna” też wypada z programu. Organizatorzy jakby wyczuli moje obawy. Na pozycję startu zostaje wyholowany Sopwith Dove, uruchamia silnik i za chwilę jest w powietrzu. Chyba jakiś oblot techniczny. Po kilku minutach samolot podchodzi do lądowania. Nagle silnik jakoś kaszle i prycha. Samolot przyziemia i śmigło staje. Ekipa naziemna zajmuje się odholowaniem samolotu, a pilot spokojnie idzie obok. Kolega woła (oczywiście po polsku): „I co? Zepsuło się?” Pilot chyba nie zrozumiał, podchodzi do nas i prosi o powtórzenie pytania. Po krótkiej rozmowie wiemy już że silniki rotacyjne (a ten samolot ma najprawdziwszy silnik rotacyjny) tak pracują. „Rotary, it’s normal”. Generalnie kręcimy się po terenie lotniska i muzeum. W pewnym momencie widzę, że wśród samolotów i szybowców, które mają dzisiaj latać kręcą się nie tylko piloci i obsługa, ale również zwykli widzowie. Idziemy tam więc i my. Można podejść do każdego samolotu, nawet dotknąć. Nie ma żadnych płotów, czy taśm oddzielających. Osoby „do pilnowania” zajmują się raczej udzielaniem informacji niż pilnowaniem porządku. Jakiś inny świat. Stopniowo samoloty zabierane są na pozycję startu. Samoloty z I wojny światowej nie miały kółka ogonowego i hamulców, więc kołowanie nimi jest trochę problematyczne. Aby ułatwić organizację startu wszystkie starsze samoloty ustawia się od razu na pozycji startu. Dopiero tam będą uruchamiane silniki i każdy samolot z tego miejsca, w którym stoi rozpocznie rozbieg. Podobnie sprawa wygląda po wylądowaniu. Pilot stara się tylko zjechać z pasa lądowań i wyłącza silnik. Podjeżdża traktor i maszyna na holu odprowadzana jest do hangaru. Zbliża się 18. Hurricane (w zasadzie Sea Hurricane) uruchamia silnik, ustawia się do startu i rusza. Rozpoczynają się pokazy. Niebo nadal szaro-bure. W Old Warden samoloty latają tak jak lubimy, dość nisko, w lekkim zakręcie z przechyleniem w stronę publiczności, albo wykonują nalot od czoła. Raczej mało jest akrobacji, gdzieś daleko i wysoko. Fajnie robi się tu zdjęcia. Po Hurrym na niebie pojawiają się  szkolne dwupłaty: Hawker Tomtit, DH Tiger Moth, Avro Tutor i Blackburn B2 oraz  jednopłaty DHC Chipmunk i Miles Magister. Szczególnie ciekawy jest pokaz Chipmunka. Pilot wznosi się na kilkaset metrów, po czy wyrzuca z kabiny długą papierową wstęgę. Następnie wykonuje kilka „ataków” na opadającą w dół wstęgę, przy czym za każdym razem skraca ją śmigłem o kilkadziesiąt centymetrów. Potem widzimy jak kilka osób wychodzi na środek lotniska z kilkumetrowym drągiem. Do tyczki przymocowana jest czerwona szarfa, która pod wpływem wiatru tworzy coś w rodzaju litery „D”. Pilot podczas lotu koszącego próbuje „złapać” skrzydłem szarfę. Udaje mu się to za trzecim razem. W planie było jeszcze złapanie na drugie skrzydło kolejnej szarfy, ale panowie z obsługi nie poradzili sobie z jej rozplątaniem i ostatecznie żółty Chipmunk kręcił akrobacje z czerwoną wstęgą tylko na jednym skrzydle. Ciekawe, co na taki pokaz powiedziałby nasz ULC? Aha, gdzieś w międzyczasie na niebie pojawił się bezogonowy szybowiec Fauvel AV-36, który wykonał nawet kilka pętli. W końcu zaczynają startować główni aktorzy dzisiejszego airshow. Jako pierwszy w powietrze wzbija się myśliwiec Sopwith Pup. Wkrótce po nim rozbieg rozpoczyna jego dwumiejscowa cywilna wersja (Dove), ale silnik pracuje jakoś nierówno i pilot przerywa start. Gdzieś nadal słyszę słowa pilota: „Rotary, it’s normal”. Pup samotnie prezentuje nam swe wdzięki, a gdy kończy jego miejsce zajmuje kolejny myśliwiec Sopwitha – Triplane. Trójpłatowiec, jak dla mnie wygląda trochę pokracznie i nie ma tak rasowej sylwetki jak bardziej znany Fokker Dr.I, cieszę się jednak że w końcu udało mi się go zobaczyć w locie. Po samolotach Sopwitha na niebie pojawiają się przedstawiciele lotnictwa sportowego z okresu międzywojennego: szybowiec Kirby Kite i samoloty Aeronca C3, Southern Martlet i DH88 Comet. Szczególnie cieszę się z występu tego ostatniego. Miałem okazje tydzień wcześniej oglądać go w Duxford, w czasie Flying Legends i trochę się zawiodłem. Comet miał wspólny pokaz z kilkoma innymi samolotami i latał daleko i wysoko, na dodatek prawie po prostej. Tutaj, w Old Warden było zupełnie inaczej. Samolot latał jak przystało na zwycięzcę wyścigu z Anglii do Australii z 1934 roku. Dynamiczne przeloty, podczas których pilot przechylał samolot demonstrując jego rasowa sylwetkę i nurkowania, podczas których samolot wył prawie tak jak P-51 Mustang. To trzeba zobaczyć i usłyszeć! Szkoda tylko, że niebo podczas tego pokazu nadal było szare. Występ Cometa oczarował chyba nie tylko nas, bo wkrótce natura się zlitowała i słońce wyszło zza chmur. Najwyższy czas, bo ponownie na scenę wkroczyły samoloty z I wojny światowej. Najpierw pokraczny RAF BE 2. Wkrótce po nim myśliwce RAF SE5a i Bristol F2.b i na koniec, „trzmielowaty” Bristol M1C. Podczas występu tego ostatniego, gdy samolot podchodził do lądowania przeżyliśmy chwile grozy. Jednopłat był na prostej do lądowania, ale pilot albo podszedł za płasko, albo miał jakieś problemy z silnikiem („Rotary, it’s normal”), bo nagle widzimy, jak prawie chowa się za żywopłotem, który rośnie przed lotniskiem. Dosłownie słychać było jak wszyscy wstrzymali oddech. Samolot zawisł nad polem, po czym jakimś cudem przeniknął przez żywopłot i twardo przyziemił na lotnisku. Wyglądało, że zarówno pilot jak i samolot są cali, więc pokazy trwały nadal. Słońce było już nisko nad horyzontem, gdy na niebie prezentował się jeszcze sportowy samolot Comper Swift a po nim szybowiec Schneider SF38. Gdy do pokazu startowały „nocne zjawy”, Westland Lysander i Polikarpow Po-2 słońce już zaszło, a niebo zrobiło się najpierw złote, a potem pomarańczowo-purpurowe. Zrobiło się bardzo klimatycznie. Wieczorne pokazy mają swój urok. Lysander ląduje z zapalonymi reflektorami. Chwile wcześniej wylądował „Pociak”. Pora wracać, ale jeszcze kiedyś tu wrócimy.
Lucjan „Acroluc” Fizia

RIAT – ROYAL INTERNATIONAL AIR TATTOO 2017 (Wielka Brytania, EGVA)

Royal International Air Tattoo należy do największych i najważniejszych wydarzeń w kalendarzu lotniczym w Europie. Setki tysięcy entuzjastów lotnictwa, setki maszyn, dziesiątki najlepszych występów każdego dnia - RIAT to prawdziwe święto dla każdego miłośnika lotnictwa. Głównym motywem tegorocznej edycji było świętowanie 70-lecia US Air Force. Sprawiło to, że tak wyczekiwana przez wszystkich impreza zapowiadała się jeszcze bardziej atrakcyjnie. W dniach 14- 16 lipca 2017 r., blisko 160 000 widzów z całego świata przybyło do bazy RAF Fairford, by cieszyć się widokiem najlepszych maszyn lotniczych w statyce i oczywiście podziwiać pokazy dynamiczne najlepszych pilotów na świecie. W sumie w tym wydarzeniu wzięło udział 246 maszyn z 26 krajów. Może to nie była największa dotychczasowa edycja Air Tattoo (w roku 2003 zebrało się 535 samolotów i stanowi to światowy rekord Guinnessa w największych pokazach wojskowych), ale obecność takich gwiazda jak U.S.A.F. Thunderbirds, ukraińskiego Su-27, czy niesamowitego USAF F-22 Raptor zdecydowanie podniosły oczekiwania zgromadzonych fanów lotnictwa. Piątkowe rozpoczęcie pokazów przy ładnej słonecznej pogodzie zapowiadało udany weekend. Niestety sobota (pierwszy pełny dzień lotów) przyniosła nam typową angielską pogodę. Deszcz, niska podstawa chmur i ograniczona widoczność powodowały bardzo wiele odwołanych występów. W tym dniu pojawiło się cała masa negatywnych opinii i komentarzy skierowanych do organizatorów. Rozumiemy niezadowolenie ludzi (tym większe, że biorąc pod uwagę cenę biletów i hoteli RIAT śmiało można uważać, za jedną z najdroższych imprez w całym sezonie), ale oczywiście zgadzamy się, że bezpieczeństwo pilotów i widzów jest najważniejsze! Na szczęście niedziela przyniosła częściową poprawę pogody i wszyscy mogli cieszyć się wszystkimi planowanym i nieplanowanymi pokazami. Poza ciekawymi maszynami na statyce (np. Lockheed U-2s) Amerykanie postanowili zademonstrować swoją siłę wojskową w dynamicznych przelotach. Po latającej cysternie KC135 Tankers przeleciały formacje myśliwców F-15 Strike Eagle, F-16 Fighting Falcon i F-22 Raptor. Lepsza widoczność umożliwiła słynnym Thunderbirdsom wykonać swój pełen pokaz. W tym dniu też F-22 Demo Team w pełni zademonstrował możliwości Raptora - jak zwykle byliśmy pod wrażeniem. Jednak największą niespodzianka całych tegorocznych pokazów było pojawienie się niewidzialnego bombowca – B-2 Spirit w eskorcie myśliwca F-15. Wprost z bazy w Whiteman Air Force w Missouri po 23 godzinnym locie wprawiał w podziw wszystkich zgromadzonych. Liczymy, że w przyszłości będzie więcej takich miłych niespodzianek od Amerykańskich Sił Powietrznych. Jednak najbardziej oczekiwany przez wszystkich był powrót Ukraińskich Sił Powietrznych i po raz pierwszy od 1999 roku demonstracja możliwości i siły Sukhoi Su-27 'Flanker'. Po tych wszystkich latach nieobecności Ukraińcy postanowili udowodnić, co potrafi ich pilot i do czego zdolna je ta wspaniała maszyna. Naszym skromnym zdaniem zdecydowanie im się to udało! Tak więc Royal International Air Tattoo 2017 mimo swoich lepszych i gorszych momentów okazało się dużym sukcesem. Kolejna edycja tych pokazów będzie głównymi obchodami 100-lecia Królewskich Sił Powietrznych. Zapraszamy wszystkich do spotkania, bo na pewno w 2018 r. będzie się dużo działo!!! Marek ‘Maras’ Gembka

MOKRO W KRZESINACH (Polska, EPKS)

Spragnieni naszych F-16, w środę 12.07.2017 roku wybraliśmy się do 31. Bazy Lotnictwa Taktycznego w Krzesinach. Prognozy zapowiadały się znakomicie, w planach był trening Tiger Demo Team. Po przybyciu na miejsce, okazało się że pogoda ma trochę inne zdanie niż my i rozpętała się ulewa. Na szczęście wojsko nie zawiodło i trening Tiger Demo oraz starty odbyły się zgodnie z planem. Ryszard "Rychu" Dwojak

YEOVILTON INTERNATIONAL AIR DAY (Wielka Brytania, EGDY)

Planując wyjazdy na pokazy lotnicze najpierw bierzemy pod uwagę te najbardziej popularne i wielodniowe wydarzenia. Jednak czasem trzeba zaryzykować i wybrać się gdzieś bardzo daleko i tylko na kilka godzin. Właśnie dlatego wybraliśmy się do uroczego zakątka Somerset na południu Anglii, gdzie w bazie Królewskiej Marynarki Wojennej RNAS Yeovilton odbyły się coroczne, już siedemdziesiąte, pokazy Yeovilton International Air Day. W sobotę, 8 lipca 2017, prawie 40 000 entuzjastów lotnictwa udało się na popularne "Fly Navy" airshow z nadzieją na piękną pogodę oraz dużo wrażeń. Trzeba przyznać, że organizatorom dopisało szczęście i mogli zapewnić widowni moc atrakcji. Bo właśnie to przyciąga ludzi w ten odległy zakątek - dużo akcji na niebie. Wybuchy, flary i szybkie myśliwce z włączonymi dopalaczami to właśnie wyróżnia Yeovilton wśród innych pokazów w Wielkiej Brytanii. Tegoroczna lista zaproszonych gości też przedstawiała się bardzo ciekawie. Z tych najciekawszych możemy wymienić: duńskie F-16 Solo Display, belgijskie F-16 Solo Display, RAF Typhoon Display, czeski Gripen, z francuskiej marynarki Rafale, Patrouille Suisse, Red Arrows i kilka innych ciekawych pokazów. Skromne, kilkugodzinne pokazy z bogato upchanym programem- to musiało się udać! Jesteśmy przekonani, że każdy zgromadzony był zadowolony. Tegoroczna, siedemdziesiąta, edycja Yeovilton International Air Day była dużym sukcesem. Będziemy bardzo miło wspominać ten dzień i już myślimy o ponownym udziale w 2018 roku. Mamy nadzieję, że okaże się jeszcze bardziej ekscytujący od tegorocznej. Jest szansa, że wchodzące w 2018 roku do służby brytyjskiej Royal Navy, Lockheed Martin F-35B Lightning II zadebiutuje na tych pokazach. Tymczasem zapraszamy do obejrzenia galerii zdjęć z Yeovilton International Air Day 2017. Marek "Maras" Gembka

FLYING LEGENDS 2017 (Wielka Brytania, EGSU)

W tym roku miałem nie jechać…
Byłem już 5 razy, zawsze mi się podobało, ale mój plan pokazowy na ten rok przewidywał tylko jeden lipcowy weekend w Anglii. Termin RIATu, który u mnie konkurował z Flying Legends przypadał na następny weekend a tam zapowiedzieli się Thunderbirds. Wybór padł więc na RIAT. Początkowo wszystko potwierdzało słuszność wyboru. Lista uczestników Flying Legends – prawie to samo, co w poprzednich latach. Pewien niepokój wprowadziła informacja o udziale w pokazach amerykańskiej grupy The Horsemen Flight Team – trzech pilotów wykonujących akrobację zespołową na warbirdach. W 2013 roku latali w Duxford na Spitfire’ach, w tym roku mieli to robić na Mustangach. Na pokazach w Stanach można też było podziwiać ich m. in. na Bearcat’ach, Corsair’ach, Lightning’ach i odrzutowych Sabre’ach.
Wytrzymałem. Za rok na pewno też będzie coś ciekawego…
Jednak im bliżej było imprezy, tym chęć ponownego oglądania stada Spitów, Mustangów, Hurricanów i innych takich przybierała na sile. Nie wytrzymałem, kiedy pojawiła się informacja o udziale w pokazach Mustanga „Berlin Express”. Jest to jeden z nielicznych latających tego typu samolotów w wersji P-51B z osłoną kabiny typu „Malcolm Hood”. Dokładnie na takich samolotach latali w czasie II wojny światowej piloci w 4 polskich dywizjonach. Kiedy jeszcze okazało się, że samolot ten przeleci z Texasu do Duxford na własnych skrzydłach, to wątpliwości już nie miałem. Trzeba lecieć. Mój zapał mogła ostudzić tylko wysoka cena biletów lotniczych, ale na szczęście okazało się, że koszt przelotu jest „do pokonania”.
Plan zakładał jednodniową wyprawę, 8 lipca – wylot z Katowic o 6:15 i powrót z Luton tego samego dnia o 20:35 (ichniejszego czasu, czyli o 21:35 patrząc na nasze zegarki). Z Luton do Duxford jest ok 55 km, więc „rzut beretem”. Misterny plan mogła oczywiście popsuć pogoda albo opóźniony samolot,  ale „jest ryzyko, jest zabawa”.
Nadszedł 8 lipca. Około 10 lokalnego czasu jesteśmy z żoną w Duxford. Oczywiście wszystkie co lepsze miejscówki dawno już są zajęte. Generalnie należało się z tym liczyć, więc nawet nie próbujemy rezerwować jakichś drugorzędnych miejsc, tylko idziemy odwiedzić „starych znajomych”. Wstępujemy oczywiście do American Air Museum. W tym roku mam „do pogadania” z Liberatorem, ale Blackbirda też tradycyjnie trzeba pozdrowić. Potem szybki rekonesans wśród pokazowych straganów. W jednym z nich promują „Squadron 303 vodka”. Pan w mundurze lotnika z 1940 roku, nie mówiący (chyba) po polsku pyta czy znamy historię „tych chłopców”. Pokazuje przy tym reprodukcję słynnego zdjęcia pilotów 303 dywizjonu na tle Hurricane’a. Odpowiadam: „We are from Poland”. Pan pokiwał ze zrozumieniem głową i zaprosił na degustację. Inny pan w mundurze lotnika z 1940 roku o wyraźnie ciemniejszym kolorze skóry częstuje trunkiem. Trudno ocenić wyrób po wypiciu śladowej ilości, ale wydaje się, że nie jest to złe.
A teraz szybko na Flight Line Walk. Około 40 maszyn stoi w szeregu, który ciągnie się przez większą długość lotniska – 5 Hurricane’ów, 12 Spitfire’ów, 5 Mustangów (no dobra, 3 ale o jeszcze o dwóch będzie dalej), 4 Hawki (P-36 i P-40), Blenheim, Buchon, Wildcat, Bearcat, Corsair, Sea Fury, Jungmann, 2 Dakoty, 2 C-45, Catalina i B-17 „Sally B”. Samoloty jak zwykle oddziela od zwiedzających jedynie granica miedzy betonem drogi kołowania a nawierzchnią trawiastą lotniska. No może nie do końca. Przed samolotami stoi kilka osób w strojach z lat czterdziestych XX wieku. Są amerykańscy i brytyjscy piloci, mechanicy, panie ze służb pomocniczych. Generalnie pozują do zdjęć na tle samolotów, ale gdy tylko jakiś zauroczony pięknem maszyn spacerowicz za długo przebywa na trawie, proszą grzecznie o nie przekraczanie granicy. Oczywiście, jeżeli chcemy sobie z nimi robić zdjęcie na tle samolotów nie ma najmniejszego problemu. Większość zwiedzających jednak jest zdyscyplinowana i ogólnie jest wesoło i przyjaźnie. Dwa Mustangi stoją po przeciwnej stronie. Są to wspomniany „Berlin Express” i „Frenesi”. Ten drugi również jest gościem zza wielkiej wody, ale ocean pokonał w kontenerze. Kilka dni wcześniej został w Duxford zmontowany i oblatany. Frenesi to Mustang w najbardziej popularnej wersji P-51D. Obydwa samoloty noszą malowanie 357 Fighter Group. Razem z dobrze znanym z europejskich pokazów Mustangiem „The Shark” mają dzisiaj być pilotowane przez panów z Horsemen Flight. Również po drugiej stronie drogi kołowania ustawiono wyścigówki z lat 30 XX wieku. Słynny de Havilland Comet stoi razem z samolotami Percival Mew Gull i Travel Air Type R “Mystery Ship”. Towarzyszy im również nieco młodsza konstrukcja – niewielki LeVier Cosmic Wind z 1947 roku.
Czas wśród latających legend szybko mija. O 12:30 zamykają Flight Line Walk, bo samoloty trzeba przygotować do pokazów. Idziemy poszukać jakiegoś miejsca do założenia „bazy”. Niestety od dwóch lat najbardziej atrakcyjna miejscówka na terenie Imperial War Museum, tzw. „Tank Bank” w zachodniej części lotniska nie jest dostępna dla publiczności w czasie pokazów. Jest za blisko pasa i osi pokazów. Wielka szkoda.
W miejscach, gdzie do osi pokazów jest najbliżej jest już dosyć tłoczno. Jakoś nie chce nam się tam kisić, więc wybieramy trawnik niedaleko muzeum „Land Warfare”. Trochę dalej, nie bardzo widać startujące samoloty, ale nie nastawiamy się już na „zdjęcia roku” (jak się później okazało nie była to miejscówka nawet  na „zdjęcia miesiąca”).
Pokazy o 14 tradycyjnie rozpoczyna parada 9 Spitfire’ów, która wkrótce przeradza się w powietrzną gonitwę. Potem latają kolejno pozostałe samoloty, w grupach kilkusamolotowych lub solo. I tak nieprzerwanie do godziny 18. Pokazy kończy Balbo - grupowy przelot maszyn biorących wcześniej udział w pokazach. W tym roku było ich 19. Szczegółowo nie będę opisywał przebiegu pokazów, ale o jednym trzeba napisać. Jako jeden z pierwszych w powietrze wzbił się Mustang „Berlin Express”. Myślę sobie „O! Super!”. Nie tylko będzie go można zobaczyć w trójce Horsemen Flight ale również solo. Za jakiś czas widzimy, jak od wschodniej strony lotniska (my jesteśmy po zachodniej), w płytkim nurkowaniu zbliża się nasz gwiazda. Przemyka nad lotniskiem na takiej wysokości, że znika nam z oczu za stojącymi w pewnej odległości kamperami, nabiera wysokości, na pozycji „z wiatrem” wypuszcza podwozie i podchodzi do lądowania. Nawet jednego zdjęcia nie zrobiłem. Pomyślałem „pewnie to tylko oblot techniczny przed grupowym pokazem” i nie za bardzo słuchałem, co mówił komentator. Przez całe pokazy czekałem na występ „horsmenów” i dopiero kiedy samoloty zaczęły kołować do Balbo dotarło do mnie, że nic z tego nie będzie. Trudno. W trakcie Balbo, po pierwszym grupowym przelocie wychodzimy z terenu pokazów i jeszcze z drogi strzelamy klika zdjęć podczas kolejnego przelotu. Spieszymy się na samolot. Na lotnisku okazuje się, że samolot ma oczywiście 1,5 godziny opóźnienia.
Następnego dnia przeglądając w domu forum UKAR dowiaduję się, że w czasie pokazu Mustanga „Berlin Express” o mało nie doszło do tragedii. W czasie owego szybkiego przelotu nad lotniskiem zerwana została osłona kabiny. Odłamki pleksi oraz rama osłony uderzyły w usterzenie samolotu. Szczęśliwie uszkodzenia nie miały wpływu na sterowanie i pilot bezpiecznie wylądował.
Gdy niedzielny dzień zbliżał się ku końcowi gruchnęła kolejna smutna wiadomość. W czasie Balbo, podczas podchodzenia do lądowania, na pola przed lotniskiem spadł Mustang „Miss Velma”. Na szczęście pilot wyszedł z wypadku bez szwanku, a uszkodzenia samolotu wydają się możliwe do naprawienia. Ta, to przynajmniej wygląda na zdjęciach w internecie.
Jeżeli chodzi o zdjęcia, które przywieźliśmy to w zasadzie nie ma się czym chwalić. Odległość i gorące powietrze zrobiły swoje. Jest za to, jak dla mnie, fajna pamiątka miło spędzonego dnia. Może komuś też się spodoba?
Aha, za rok też jadę. Taki mam plan.
Lucjan „Acroluc” Fizia

AIR-TO-AIR MEETING PO RAZ DRUGI (Polska, EPPT)

Mawiają, że czas jest pojęciem względnym, ale jedno jest pewne: upływa szybciej niż nam się wydaje. Jeszcze pamiętam, jak opuszczaliśmy gościnne progi Aeroklubu Ziemi Piotrkowskiej po pierwszej sesji a2a, a już pędzę samochodem w kierunku Piotrkowa, aby znów wznieść się w powietrze na rampie Skyvana do kolejnej przygody z Air-To- Air Meeting. Tym razem szykuje się trochę inny skład, ale jakże interesujący. Niestety pogoda rujnuje troszkę nasze plany i to niekoniecznie u nas. Silne fronty atmosferyczne gdzieś nad terytorium północnych Niemiec uniemożliwiają podróż do Polski Jacoba Hollandera, który przez dwa dni próbuje przebić się do Polski, by ostatecznie poinformować nas o konieczności powrotu do Szwecji. No cóż fotografia lotnicza niestety mocno zależna jest od pogody, która niejednokrotnie pokrzyżowała już najbardziej misternie utkane plany. Ale prawdziwe Świry Lotnicze nigdy nie kapitulują, wszak do powietrznego pozowania już szykują się wspaniali piloci, Artur Kielak, Mateusz Strama i zespół akrobacyjny Cellfast Flying Team. Przygotowania zakończone, sprzęt sprawdzony więc czas do samolotu. Jednakże pogoda znów nas zatrzymuje, tuz przed wylotem pojawiają się czarne ołowiane chmury nad lotniskiem i znowu zwątpienie, uda się, zdążymy przed zachodem wznieść się w powietrze? Po 15 min niepewności jest decyzja, lecimy. I znów to wspaniałe uczucie, kiedy odrywamy się od pasa i za chwilę widać już wody Zalewu Sulejowskiego by po kilku minutach ujrzeć w dole piękną sylwetkę Boeinga Stearmana, a po nim „zakręconego” Artura Kielaka i Cellfast Flying Team… Eh, już nie mogę doczekać się kolejnej sesji a2a. Maciej "szamal" Szamałek
Back to Top