Search

PUCHAR ŚWIATA W VIKERSUND (Norwegia, Vikersund)

W dniach 12-13.02.11 w Vikersund, odbyły się zawody Pucharu Świata w skokach narciarskich. Nowa norweska skocznia mamucia nie zawiodła, już podczas piątkowych treningów, Johan-Remen Evensen poszybował na odległość 246,5m pokonując rekord świata. Podczas sobotnich zawodów, Evensen (240 m, 234,5 m), musiał podzielić się pierwszym miejscem z Gregorem Schlierenzauerem (243,5 m, 232,5 m), obaj zawodnicy uzyskali 498,6 pkt i dosłownie znokautowali pozostałych skoczków. Niedzielne zawody to już majstersztyk lotów narciarskich. Wygrywa Gregor Schlierenzauer (227m i 237,5m), drugie miejsce zajmuje Johan Remen Evensen (230,5m i 226m), Adam Małysz (213m i 230,5m) bije rekord Polski i znów staje na podium (po raz 91). Zawody na najwyższej skoczni świata (HS-225) dosłownie rozpruły worek z krajowymi rekordami: Norwegia - Johan Remen Evensen 246,5m. Nowy rekord świata. Austria - Gregor Schlierenzauer 243,5m Finlandia - Janne Happonen 240m Szwajcaria - Simon Ammann 238,5m Słowenia - Robert Kranjec 232m Polska - Adam Małysz 230,5m Włochy - Andrea Morassi 208,5m Grzegorz "eskimos" Kozak

ROMANTYCZNY WIECZÓR NA GÓRCE (Polska, EPKK)

Jest wtorek 8 lutego 2011. Wobec dużych szans na pięknie zachodzące słońce wymieniamy kilka maili i smsów i już wiemy gdzie spędzimy popołudnie. Postanawiamy w myśl hasła, że "na bezrybiu i rak ryba" skrzyknąć się na kultowej dla miłośników lotnictwa "górce" przed progiem pasa startowego na krótki trening w fotografowaniu lotniczych zachodów słońca. "Górka" stanowi jeden z najatrakcyjniejszych punktów do fotografowania na krakowskim lotnisku. Doskonale widać stąd cały pas startowy a lądujące samoloty przemykają kilkanaście metrów nad głową. Jest zimno, ale nasze cierpienia zostają nagrodzone znakomitymi ujęciami lądujących rejsowych maszyn i ciepłymi kolorami kończącego się dnia. Przemarznięci obiecujemy wrócić tu w marcu gdy tarcza słońca będzie dokładnie w osi krakowskiego pasa startowego.

ZIMOWY ZLOT LOTNICZY SPFL – KOŚCIELISKO 2011

W dniach 20-24 stycznia 2011 ekipa SPFL oraz zaproszeni goście licznie stawili się w Kościelisku. Mimo iż w tym terminie nie odbywał się tam żaden Air Show, nasz zlot miał również lotniczy charakter. Przecież w pobliskim Zakopanem „latał” Adam Małysz, a konkursy Pucharu Świata na Wielkiej Krokwi odbyły się aż trzykrotnie między 21 a 23 stycznia. Na skoczni stawiliśmy się podczas piątkowego konkursu. Ku naszej olbrzymiej radości właśnie tego dania, niesiony również naszym dopingiem, Adam zdobył pierwsze miejsce. Oprócz dopingowania zawodników, naszym celem było również uwiecznienie na zdjęciach tego niesamowitego widowiska. Umiejętności fotograficzne nabyte na pokazach lotniczych niewątpliwie bardzo się przydały i w tym przypadku. Panoramowania na długich czasach podczas „lotów” zawodników nadawały zdjęciom dynamiki i wyrazistości głównego motywu. Następnego dnia „polecieliśmy” kolejką na Kasprowy Wierch. Tego dnia Kuźnice oraz całe Zakopane było spowite mgłą. Na szczęście po dojechaniu do końcowej stacji okazało się, iż górskie szczyty wznoszą się ponad chmurami, dzięki czemu mogliśmy podziwiać wspaniałą panoramę Tatr. Oczywiście ten iście bajkowy pejzaż został uwieczniony na naszych fotografiach. Kolejną atrakcją tego dnia był wieczorny kulig z pochodniami oraz obowiązkowym ogniskiem. Podczas pieczenia kiełbasek przygrywała cały czas góralska kapela, a całej grupie towarzyszył wyśmienity nastrój. Ukoronowaniem wieczoru było spotkanie członków SPFL z Panem Wiktorem Sobolewskim z Nikon Professional Services. Chociaż SPFL nie stawia swoim członkom wymagań dotyczących używania konkretnej marki, to zdecydowana większość członków stowarzyszenia posługuje się produktami firmy Nikon. Rozmowa z Panem Sobolewskim przeciągnęła się do późnych godzin nocnych. Poruszyliśmy wiele zagadnień, począwszy od sprzętu, poprzez serwis oraz, co najważniejsze, temat przystąpienia SPFL do programu NPS. Niedziela była dniem wolnym, ale bynajmniej nie bezczynnym. Grupki uczestników naszego zlotu można było spotkać od Morskiego Oka poprzez Krupówki po ponowną wizytę na Wielkiej Krokwi. Oczywiście wszędzie „towarzyszyła” nam fotografia. Podczas całego zlotu atrakcji było wiele, ale co najważniejsze, królowała fotografia, dobra zabawa i wyśmienite humory.

MRRROOOŹŹŹNEEE EPLK :) (Polska, EPLK)

W dniu 16 grudnia 2010 roku po raz kolejny mieliśmy przyjemność gościć w 32 Bazie Lotniczej w Łasku. Wstępne prognozy meteo zapowiadały piękną słoneczną pogodę i delikatny mróz. Już po przyjechaniu na miejsce po raz kolejny doszło do nas, że wszystko zależne jest od warunków pogodowych, które na tamtą chwilę nie rokowały zbyt dobrze. Chmury, ograniczona widoczność i brak lotniska zapasowego sprawiły że wszystkie loty stanęły pod znakiem zapytania. Mimo niepewności humory nam dopisywały, a oczekiwanie w bazie jeszcze bardziej zaostrzyło apetyt na zdjęcia. Szczęście jednak nas nie opuściło i tuż po godzinie 12 mogliśmy fotografować starty sześciu eF-szesnastek. Huk silników i dopalaczy zrekompensował w stu procentach małe opóźnienie. Gdy piloci wykonywali swoje zdania w powietrzu, my mogliśmy spokojnie zrelaksować się i ogrzać w budynku wieży oraz ustalić szczegóły późniejszych możliwości fotografowania. Dzięki uprzejmości i przychylności dowództwa lotniska już o godzinie 13.30 mieliśmy zgodę na fotografowanie lądowania Jastrzębi z drugiej strony pasa startowego. I choć ani przeprawa przez głęboki śnieg, ani późniejsze oczekiwanie na podchodzące samoloty przy -17ºC nie były łatwe, a fotografowanie dodatkowo utrudniała nam lekka mgiełka, narzekać na pewno nie możemy. Ze względu na poranne opóźnienie startów wieczorne loty zostały przesunięte na godzinie 16.30, co pod względem fotograficznym o tej porze roku nie dawało żadnych szans na dobre zdjęcia. Szybka zmiana koncepcji, krótka rozmowa z Dowództwem Bazy i już o 15.30 w towarzystwie dyżurnego strefy mogliśmy oglądać i fotografować maszyny przygotowujące się w hangarach do wieczornych lotów. Pięknym zwieńczeniem dnia była możliwość oglądania z bliska kołowania i nocnych startów Jastrzębi. Dla kilku członków SPFL była to pierwsza, wymarzona okazja do tak bliskiego obcowania z polskimi F-16. Z tego miejsca pragniemy serdecznie podziękować dowództwu i pilotom z 32 blot, a także Biver’owi ze Stowarzyszenia Miłośników Lotnictwa Ziemi Łaskiej za poświęcony nam czas i opiekę w bazie. Jako że była to najprawdopodobniej nasza ostatnia wizyta w tym roku w Łasku, pragniemy życzyć dowództwu, pilotom oraz całemu personelowi zdrowych, spokojnych Świąt Bożego Narodzenia, a w Nowym 2011 Roku spełnienia marzeń oraz tyle samo startów, co lądowań.

Katarzyna "katarina" Szczech

SPFL.PL KONTRA SPOTTER.PL – MECZ SIATKÓWKI (Polska, EPMM)

W dniu 27 listopada 2010 roku plany rozegrania meczu piłki siatkowej pomiędzy ekipami SPFL i Spotter.pl przerodziły się w rzeczywistość. Z całej Polski przyjechali przedstawiciele obu stowarzyszeń, aby uczestniczyć w pierwszym tego typu wydarzeniu sportowo–fotograficznym. Spotkaliśmy się o godzinie 16.30 na sali gimnastycznej Zespołu Szkół Zawodowych nr 2 im. Powstańców Warszawy w Mińsku Mazowieckim i po krótkiej rozgrzewce sędzia odgwizdał początek meczu. Walka w pierwszym secie była bardzo wyrównana od samego początku, drużyny „badały się”, co przełożyło się na wynik, którego do samego końca nie można było przewidzieć. Ostatecznie po zaciętej końcówce zwycięstwo dobrymi zagrywkami zapewniała sobie ekipa SPFL. Drugi set rozpoczął się od serii udanych zagrywek ze strony SPFL, co niejako ustawiło grę w późniejszej jego fazie. Niestety, zbytnie rozluźnienie dużym prowadzeniem, spowodowało, że zawodnicy Spotter’a zmniejszyli dystans punktowy i w grę SPFL wkradło się lekkie zdenerwowanie. Wtedy sprawę w swoje ręce wziął duet hesja-Dyziek, którzy swoimi atomowymi atakami zapewnili zwycięstwo w drugim secie. W trzecim secie obie ekipy dokonały zmian w swoich składach. Od samego początku gra była zacięta i wyrównana, a wraz  upływem czasu Spotterzy zaczęli uzyskiwać coraz wyraźniejszą przewagę, do gry SPFL natomiast wkradało się coraz więcej błędów. W samej końcówce seta drużyna SPFL zmobilizowała się i po serii udanych zagrywek i ataków, ostatecznie wygrała seta, a wraz z nim cały mecz. Ze strony Spotter.pl w grze udział wzieli: Drzemi, Nowiutki, Nexus, Gryniek, Karolcia, voltariel,  Masa oraz Borys. Po stronie SPFL na parkiet wyszli: hesja, Dyziek, redak, mariorz, upadek, popek, FunBoy i kifcio. Nie można w tym miejscu nie wspomnieć o wkładzie w zwycięstwo wniesionym przez głośno dopingującą zespół i zagrzewającą do boju w ciężkich chwilach część ekipy SPFL. Po meczu wszyscy wspólnie udaliśmy się z ekipą Spottera na małe co nieco, by wspólnie uczcić możliwość spotkania się, porozmawiać o meczu, fotografii i wielu innych rzeczach, które nas łączą.

ROYAL AIR FORCE MUSEUM (Wielka Brytania, Londyn)

Muzeum Królewskich Sił Powietrznych (Royal Air Force Museum) to miejsce, którego żaden pasjonat lotnictwa będący w Londynie i planujący zwiedzanie tego miasta nie może pominąć. Przedstawia ono historię brytyjskiego i światowego lotnictwa – od pierwszego samolotu braci Wright, poprzez zmagania lotników w II wojnie światowej, aż do konstrukcji największych pasażerskich odrzutowców. Muzeum mieści się w dzielnicy Hendon na terenie byłego lotniska wojskowego i cywilnego. W pięciu ogromnych halach umieszczono ponad 130 oryginalnych samolotów, śmigłowców, balonów, lotni i innych statków powietrznych. Wiele z nich można zwiedzać także od wewnątrz. Jest to bez wątpienia miejsce, gdzie czas płynie zdecydowanie zbyt szybko, warto więc mieć to na uwadze i chcąc zobaczyć wszystko dokładnie, zarezerwować sobie około 4 godzin. Co warto zobaczyć? Hmm… wszystko :) Swoje zwiedzanie zacząłem od tzw. „osi czasu” czyli około 50-metrowej ściany przedstawiającej chronologicznie najważniejsze wydarzenia w ponad 100-letniej historii lotnictwa. Kolejne moje kroki to hala Milestones of Flight – istny  raj dla miłośników lotnictwa, gdzie możemy podziwiać takie okazy jak P-51D Mustang, Me 262, Bleriot XI czy Harrier, a pod samym dachem – Eurofighter Typhoon. Kolejna hala wystawowa – Bomber Hall – wywarła na mnie największe wrażenie nie tylko swoją powierzchnią, ale przede wszystkim eksponatami, które udało się tam zmieścić. Na początek widzimy Vulcana, którego długość sięga ponad 30-tu metrów. Pozostałe kolosy to B-17G, B-24 Liberator, Avro Lancaster, Blackburn Buccaneer, a to wszystko w ciekawych aranżacjach oddających klimat tamtych czasów. Bardzo interesująca jest także hala Battle of Britain z imponującą liczbą i różnorodnością zgromadzonych eksponatów, takich jak Bristol Blenheim IV, CASA E3B, Fiat CR42 Falco, Hawker Hurricane 1, Messerschmitt Bf 109E-3, Supermarine Spitfire I i wiele innych. Pozostałe warte odwiedzenia hale to Historic Hangars (będące oryginalnymi hangarami z czasów I Wojny Światowej, kiedy to stanowiły część dawnego lotniska Hendon – kolebki brytyjskiego lotnictwa) oraz Grahame-White Factory (budynek, w którym kiedyś znajdowała się pierwsza w Zjednoczonym Królestwie fabryka samolotów, obecnie z ekspozycją najstarszych samolotów RAF Museum). Nie jest łatwo spisać relację z muzeum – trzeba je po prostu zobaczyć samemu, do czego mam nadzieję zachęcą Was zdjęcia. Setki maszyn latających podanych w ciekawy sposób, filmy i prezentacje 3D, symulatory lotu to atrakcje, które sprowadzają setki odwiedzających każdego dnia. Strona RAF Museum: www.rafmuseum.org.uk

Tomasz "Dyziek" Szostak

100-LECIE MAŁOPOLSKIEGO LOTNICTWA (Polska, EPKK)

11 Listopada zostaliśmy zaproszeni na uroczyste podsumowanie obchodów 100 - lecia małopolskiego lotnictwa organizowane przez Fundację Nawigator i Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie. Impreza, która obyła się w niedawno otwartym Gmachu Głównym Krakowskiego Muzeum, była świetną okazją do spotkania ludzi których połączyła wspólna pasja. Część oficjalna zaczęła się od przemówień Iwony Parzyńskiej z Fundacji Nawigator i Krzysztofa Radwana dyrektora MLP. Muzeum zaprezentowało wystawę "Lotnicze dziedzictwo Małopolski". Podczas zwiedzania ekspozycji zgromadzeni z uwagą słuchali zawiłych historii opowiadanych przez Krzysztofa Mroczkowskiego, który zatrzymując się przy każdym eksponacie w najdrobniejszych szczegółach dzielił się z nami jego losami. Jedną z atrakcji była prezentacja filmu "Odloty Hesji", który stanowi swoiste preludium do wędrówki po magicznym świecie fotografii lotniczej przelanej na karty albumu o tej samej nazwie. Niewątpliwą gratką była możliwość zdobycia albumu „Odloty Hesji” sygnowanego autografem autora. Sporym zainteresowaniem cieszył się komiks zaprezentowany przez Panów Andrzeja Zaręba i Piotra Górka. Czas spędzony w muzeum upływał w atmosferze rozmów (oczywiście "wysokich lotów") i błyskających fleszy, niestety symulator lotu był wyłączony, dlatego na koniec ekipa SPFL zorganizowała własny symulator... niekoniecznie udanego lądowania ;)

Tomasz "Qna" Chochół

DZIENNO-NOCNE EPLK (Polska, EPLK)

W dniu 27 października 2010 roku grupa fotografów z Air-Action, korzystając z zaproszenia Stowarzyszenia Miłośników Lotnictwa Ziemi Łaskiej, fotografowała na lotnisku EPLK. Piękna jesienna pogoda sprawiła, że nastroje w grupie odwiedzających lotnisko były rewelacyjne. Niestety pierwszy (dzienny) wylot został ograniczony do startu tylko jednego samolotu. Prawdziwa uczta miała jednak miejsce tuż po zachodzie słońca, gdy w górę poszło 5 maszyn rozświetlając mrok jęzorami dopalaczy. W przerwie między wylotami mieliśmy możliwość wykonania zdjęć samolotów w hangarach oraz poznaliśmy nową prezentację multimedialną F-16, przedstawioną jak zawsze niezawodnie przez mjr. pil. Marcina Modrzewskiego. Wizytą w Łasku SPFL rozpoczęło miejmy nadzieję bogaty, sezon fotografowania naszego lotnictwa wojskowego w bazach.

AXALP 2010 (Szwajcaria, LSMM)

Pokazy lotnicze w Alpach w pobliżu miejscowości Axalp w Szwajcarii to zapewne jedno z najbardziej wyjątkowych wydarzeń w europejskim kalendarzu imprez lotniczych. Aby wziąć w nich udział, trzeba wspiąć się na wysokość ok. 2400 metrów i być tam już wcześnie rano z racji niebezpieczeństwa, jakim dla wspinających się turystów byłyby latające od godz. 9.00 myśliwce strzelające z ostrej amunicji do tarcz, rozmieszczonych tuż obok turystycznych szlaków. Wspinaczka od wczesnego świtu daje niesamowitą możliwość oglądania wschodu słońca w jakże pięknej scenerii szwajcarskich Alp. Podczas treningów strzeleckich i samych pokazów wyjątkowość Axalp nabiera na sile! Wszystko dzieje się jakby w przyspieszonym i totalnie zwariowanym tempie! Jakby w zupełnie innym świecie! Mieszanka odgłosu strzelających tuż nad głowami działek! Huk dopalaczy maszyn, które po oddanej serii wspinają się tuż ponad ostrymi jak brzytwa zboczami gór! Niesamowite wręcz oderwania strug na płatowcach w tych karkołomnych manewrach! Efektowne akrobacje okraszone odpalaniem dziesiątek flar! Wszystko to sprawia, że rokrocznie Axalp przyciąga na zbocza cudownych Alp setki fanów lotnictwa z całego świata. To już moje czwarte Axalp i za każdym razem od strony lotniczej dzieje się prawie to samo. Zawsze pokazy rozpoczyna grupa samolotów F/A-18, które wlatując z dużą prędkością w dolinkę odpalają serię flar, a następnie prowadzą pokazowy trening, strzelając do rozmieszczonych w pobliżu publiczności tarcz. Po F/A-18 przychodzi czas na F-5, które również strzelają do tych samych tarcz wykonując najścia z tych samych kilku kierunków. Po treningu następują przeloty całych formacji, zarówno Hornetów jak i F-5. Następnie przychodzi pora na desant spadochroniarzy oraz akrobację Pilatusa PC-21. Gdy Pilatus kończy latać nad szczytami Alp, rozpoczyna swój pokaz solista na F/A-18 Hornet. Po myśliwcu na scenę wkraczają śmigłowce. Zdarza się pokaz lotniczego ratownictwa górskiego, z reguły odbywa się też zrzut wody z dwóch śmigłowców Super Puma, ale murowanym elementem pokazów śmigłowcowych w Axalp jest Eurocopter TH89 Cougar, który rozpoczyna swój show od górki, podczas wykonywania której odpala 128 flar. Rokrocznie w tym samym momencie pokazów i rokrocznie w prawie dokładnie tym samym miejscu. Po Cougarze nad axalpową dolinkę przylatują Patrouille Suisse na samolotach Northrop F-5E Tiger II i po ich pokazie, który jak zawsze w Axalp wygląda wyjątkowo pięknie, następuje koniec pokazów. Biorąc pod uwagę powyższe, można dojść do przekonania, że pojmując Axalp tylko pod kątem lotniczym i nie biorąc pod uwagę zdziwienia, jakie za każdym razem wywołują strzelające z ostrej amunicji, tuż nad publicznością samoloty, to są to jedne z najnudniejszych pokazów lotniczych. Gdyby pokazy te odbywały się na jakimś zwykłym, płaskim lotnisku, to poza lokalnymi miłośnikami lotnictwa i pewną grupą spotterów, którzy z zasady jeżdżą na wszelkie możliwe imprezy lotnicze, nie wywołałyby zapewne takiego zainteresowania. A jednak co roku Axalp elektryzuje tysiące fanów lotnictwa nie tylko w Europie. Wszystko za sprawą niesamowitej lokalizacji tych pokazów. Wysokogórskie ukształtowanie terenu i wyjątkowo zmienna pogoda sprawiają, że każdego roku, a nawet każdego dnia pokazów w danym roku, mimo powtarzalności samych działań lotnictwa, jesteśmy w stanie przeżyć coś innego, coś niepowtarzalnego, zrobić zupełnie różne i za każdym razem wyjątkowe zdjęcia! Na strzelnicy w Axalp-Ebenfluh, na terenie której odbywają się treningi i same pokazy, znajdują się trzy miejsca, na których może oficjalnie przebywać publiczność. Są to szczyty nazwane KP, Tschingel i Brau. Zostały one już niejednokrotnie opisane w relacjach z lat poprzednich. Jest jednak w Axalp jeszcze jedna góra. Góra potężna i groźnie wyglądająca. Góra, przy której wymienione przed chwilą wyglądają jak zwykłe pagórki. Góra, na którą wykonywana jest większość nalotów. Góra, po której zboczach „wspinają” się myśliwce po oddaniu serii do tarcz, by następnie przelecieć nad jej szczytem w locie plecowym niczym skoczkowie wzwyż nad poprzeczką. Góra, o której każdy, kto choć raz był w Axalp, myśli, marzy i zastanawia się, jak by to było wspaniale się na niej znaleźć. Góra, która jest prawie na wszystkich zdjęciach z Axalp! Ta góra to Wildgarst! Wildgarst został zdobyty rok temu przez naszych najlepiej kondycyjnie przygotowanych przyjaciół, którzy jednak nie mieli niestety dobrej pogody, a po powrocie z tej wspinaczki, która zaczęła się głębokim świtem a zakończyła już po zachodzie słońca, byli totalnie skatowani. Ich wygląd po powrocie nieźle przestraszył resztę grupy, bo skoro oni byli na granicy swoich możliwości, to co dopiero reszta? Nic to. Plan zdobycia Wildgarst większą grupą zakreśliłem sobie w głowie na 2010 rok. W związku z tym pilnie śledziłem wszelkie informacje pogodowe. Ku mojemu zadowoleniu na czas pokazów w 2010 roku prognozowano bardzo stabilną, prawie bezchmurną pogodę z temperaturami minimalnie powyżej zera. Była to bardzo dobra wiadomość i Projekt Wildgarst nabrał realnych szans na realizację. Niestety nie poszły za tym żadne moje przygotowania kondycyjne, gdyż przegrały z natłokiem innych spraw i najzwyczajniejszym na świecie lenistwem :) Prognoza pogody sprawdziła się na miejscu, choć nie do końca. Bo o ile w Axalp i powyżej było zgodnie z prognozami piękne niebo i cudnie świeciło słońce, tak wszystko poniżej spowite było gęstymi chmurami. Efekt niesamowity, nieznany nam z lat poprzednich. W zasadzie przez cały nasz pobyt znajdowaliśmy się powyżej linii chmur i odnosiło się wrażenie, że będąc na górze, jesteśmy na jednej z wysp na rozciągającym się po horyzont oceanie chmur. Gdy w czwartek chmury podniosły się na tyle, by spowić całą wioskę Axalp, a my jechaliśmy na pokazy wyciągiem krzesełkowym, to w pewnym momencie wychodząc z chmur prosto w jaskrawe słońce, za nami wokół naszych cieni zaobserwowaliśmy cudowne widmo Brockenu! Niesamowity moment i wyjątkowe zjawisko! Szkoda że trwało tylko chwilę i nie zdążyłem przezbroić aparatu. Mając na względzie chęć wdrapania się na Wildgarst, pierwszego dnia postanowiliśmy aklimatyzacyjnie spróbować swoich sił na KP. O dziwo, weszliśmy wszyscy bez problemów, skupiając się głównie na kompanach, którzy byli z nami w Axalp po raz pierwszy. Miło było patrzeć jak przeżywali to, co ja 4 lata temu. Wejście, pobyt na KP i później zejście ociera się o jakąś magię. To naprawdę wyjątkowe miejsce, taka niby świątynia dla wszystkich lotniczych świrów! Dla nas na pewno! Krajobrazy, latające i strzelające nad głowami samoloty, panująca tam atmosfera są nie do podrobienia! Do tego poplotkowaliśmy z tak wielonarodową ekipą, że nawet nie podejmę się wymieniania narodowości naszych kompanów. Drugi dzień, dla odpoczynku po KP i w ramach podtrzymania formy przed atakiem na Wildgarst, spędziliśmy na „małej górce” czyli Brau. Brau jest najniższym z axalpowych górek, ale podejście na nią od strony kolejki niejednemu dało bardziej w kość niż wejście na KP. Fotografowanie z tej perspektywy to znowu coś nowego. Niby te same pokazy, ale kilkaset metrów dalej i niżej dało zupełnie inne efekty. Byłem ciekaw przynajmniej dwóch momentów, które zawsze obserwowałem czy to z KP, czy z Tschingel’a. Mianowicie lądowania śmigłowca przed pokazem Patrouille Suisse i nalotu solisty zespołu, który tę górkę upatrzył sobie wyjątkowo. Eurocopter lądował tuż przy nas, a my w zamian za usunięcie z jego lądowiska swoich plecaków, nie omieszkaliśmy sobie przy nim zrobić zdjęcia grupowego. Z kolei solista Patrolu wyskoczył na nas z takim impetem, że udało się go zarejestrować może na dwóch klatkach z serii:) Wracając do Eurocoptera należy dodać, że w tym roku byliśmy świadkami przejścia szwajcarskiego lotnictwa ze śmigłowców Alouette III na Eurocoptery TH05. Na koniec pokazów każdego dnia odbywała się pożegnalna parada Alouette III, które zakończyły służbę w szwajcarskich siłach powietrznych. Nasz atak na Wildgarst tak naprawdę rozpoczął się we wtorek wieczorkiem, kiedy to zrobiliśmy sobie coś w rodzaju odprawy przed środową wspinaczką. MarS, który jako jedyny z nas już na Wildgarst był, opowiedział nam o swoich doświadczeniach z 2009 roku. Dopiero wtedy wielu z nas uświadomiło sobie, że to nie będzie spacer po dolince ani zwykła wspinaczka jak na KP. Kilka godzin później jedenastu śmiałków pokonywało w ciemnościach nocy kolejne metry podejścia pod tę potężną górę. Jak zwykle najlepiej się szło w ciemnościach. Nie widzi się wtedy ile jeszcze pozostaje do przejścia, nie widzi się głębokości przepaści rozpoczynających się kilka metrów od szlaku a jedynie walczy się z kolejno nachodzącymi kryzysami. W połowie drogi zaczęło się przejaśniać i Wildgarst pokazał nam swoje zęby. Stromizna podejścia była tak duża, że z góry co chwilę spadały kamienie luzowane przez kolegów, którzy tamtędy przechodzili. Było dość niebezpiecznie, ale daliśmy radę. Wraz z pojawieniem się słoneczka i zdobywaniem kolejnych metrów wysokości, zaczęły się nam ukazywać kapitalne wysokogórskie widoki, które dosłownie zapierały dech w piersiach. Końcówka drogi to już tylko pokryte śniegiem skały i niezliczona ilość kamieni. W końcu doszliśmy na sam szczyt! Niesamowite wrażenie! Wleźliśmy na 2892 metry! Na szczycie międzynarodowe towarzystwo wygrzewało się w słoneczku. W dole, hen gdzieś daleko widać było znane nam z zupełnie innej perspektywy szczyty KP i Tschingel. Wpisaliśmy się do wildgarstowej „Księgi Gości”, posililiśmy i… czekaliśmy na loty. KP oddalone było na tyle od szczytu Wildgarst, że wszystko co się działo w jego pobliżu, było od nas bardzo daleko. Nawet przy użyciu obiektywu o ogniskowej 500mm (na formacie DX - 750mm) ciężko było przyfocić coś ciekawego. Wszyscy czekaliśmy na te momenty, kiedy samoloty wykonywały strzelanie do tarcz umieszczonych na zboczu naszej góry. Wtedy wrażenia były niesamowite! Widziałem w życiu dużo, przeżyłem niejednego „kosiaka”, ale to co się działo na Wildgarst nie da się z niczym porównać. Daleko nad chmurami było widać samolot w postaci małego punkcika, który leciał w stronę KP. W pewnym momencie punkcik robił zadymę pozostawiając za sobą obłoczki szarego dymu, czym wyraźnie zaznaczał oddanie serii z broni pokładowej. Później kierował się w naszą stronę i niewyobrażalnie szybko rósł w oczach. Z punkcika przeistaczał się w sylwetkę pięknego F/A-18! W końcowej fazie lotu, gdy wydawało się już, że wbije się niechybnie prosto w nas, samolot przekręcał się na plecy i dosłownie nad nami z potężnym hukiem przewalał się przez grań! Nie było tam odważnych! W momencie przewrotki każdy z nas kulił się jak mógł i tylko kątem oka widział pilota w kabinie i rozpostarty nad sobą płatowiec maszyny niczym dach! Po sekundzie można się było podnieść i o ile nic nie leciało od strony KP – przyfocić Horneta manewrującego między skałami na tyłach Wildgarst. Podobna zabawa była z F-5, ale te latały już dużo wyżej i dużo bardziej zachowawczo. Po tych nalotach focenie na Wildgarst dla nas w zasadzie się skończyło. Oczywiście ładnie prezentowały się przeloty całych formacji F/A-18 i F-5 oraz bliskie spotkania z zawracającymi akurat nad nami samolotami z Patrouille Suisse. To już jednak nie było to samo. Mimo to wrażenia ze strzelań były tak potężne, że wszyscy jak jeden mąż zapisali się na akcję Wildgarst 2011 :) W momencie przygotowywania się do zejścia mieliśmy jeszcze jedną przygodę lotniczą. Jedna z dziewczyn będących na szczycie prawdopodobnie skręciła kostkę i przyleciał po nią śmigłowiec ratowniczy. Pięknie wyglądało lądowanie i start na szczycie. Oczywiście była to też wyjątkowa okazja do zrobienia zdjęć z bliska tej pięknej maszyny. Schodząc z Wildgarst miałem masę czasu na przemyślenia, gdyż nawet przy szybkim tempie marszu zejście zajęło nam 4 godziny. Najważniejsze z przemyśleń dotyczyło tego, że dopiero teraz zobaczyłem jak potężna i piękna jest ta góra! Nie mogłem się nadziwić temu, że udało mi się tam na górę wdrapać. Myślałem też o tym, że mimo iż było to moje czwarte Axalp, to podobnie jak w latach poprzednich, również i teraz odkryłem coś nowego. Za każdym razem Axalp mnie czymś zaskakuje i za każdym razem wyjeżdżając mocno postanawiam, że wrócę tu za rok! I wrócę :)

Sławek "hesja" Krajniewski

TACTICAL LEADERSHIP PROGRAMME – ALBACETE 2010 (Hiszpania, LEAB)

Płaszczyzna przygotowania samolotów w Bazie Albacete w Hiszpanii tego popołudnia wypełniona jest po brzegi samolotami z kilkunastu państw NATO. Dziesiątki techników kręcą się przy polskich, tureckich i belgijskich F-16, brytyjskich Hawkach, francuskich Mirage 2000, niemieckich Tornado czy włoskich Eurofighterach. Huk silników przygotowywanych maszyn każe sądzić, że za chwilę na naszych oczach rozegra się genialny spektakl. Z budynków TLP (Tactical Leadership Programme) wychodzą gotowi do lotu piloci. Najlepsi z najlepszych z tak wielu krajów! Na twarzach widać pełną koncentrację. Trwają ostatnie konsultacje nad szybko i sprawnie skonstruowanym planem zadania bojowego, które za chwilę będą realizować. Planem, który uwzględnił zarówno zagrożenia jak i różnorodność środków bojowych będących w dyspozycji członków kursu TLP. Wspaniały widok. Mieszanka pilotów z tak różnych państw. Z krajów, które niejednokrotnie w przeszłości stały po przeciwnych stronach barykady! Łączy ich teraz tak wiele. Unia Europejska, NATO, wspólna taktyka, wspólne dowództwo, wspólny język, wspólne zadania bojowe. W zasadzie różnią ich tylko naszywki na mundurach! Pikanterii temu zjawisku dodaje fakt, że najważniejsi z nich to… Polacy! Mają najnowocześniejszy sprzęt i zastępują każdego kto tylko nie podoła zadaniu w każdym elemencie walki! Co więcej, piloci z innych krajów też uważają, że Polacy są the Best! Już siedzą w kabinach, już wykołowują. Robi się tłok na drogach dojazdowych do pasa startowego. Jeszcze moment i już wszyscy, jeden po drugim, startują zalewając tę piękną okolicę wibracjami powietrza od pracujących dopalaczy! Niesamowity obraz, niesamowite wrażenia, niesamowite emocje! Mogły być… gdyby nie to, że... pogoda tego dnia pokrzyżowała szyki wszystkim!!! Piękne i zawsze słoneczne Albacete właśnie dziś spowite jest gęstymi chmurami i co gorsza skąpane jest w strugach zimnego deszczu. Warunki pogodowe nad Bazą oraz w strefach nie zezwalają na wykonywanie lotów. To się nazywa mieć pecha! Przygoda z Albacete od początku wyglądała niesamowicie :) Gdy dostałem zaproszenie z Dowództwa Sił Powietrznych do udziału w tej wyprawie to morda mi się cieszyła niesamowicie. Plan był hardcore’owy. Wylot o świcie z Okęcia samolotem C-295 CASA, około 7 godzin lotu przez całą Europę, fotografowanie na terenie bazy i w nocy powrót do Polski :) Oczywiście po zaproszeniu, które otrzymałem z DSP a dokładniej z rąk Rzecznika Prasowego 2SLT nie zastanawiałem się nawet sekundy. Co więcej, moja natura kazała mi od razu podpytać, czy nie dałoby się wkręcić jeszcze kogoś z naszego stowarzyszenia. Po kilku godzinach załatwiania i paru telefonach udało się. Wybór padł na kicha. Och jak ja lubię takie chwile, gdy zadzwoniłem do niego i ogłosiłem mu nowinę :) Zastanawiał się nad wyjazdem tak długo jak ja – czyli oczywiście wcale! :) Lot CASĄ, wbrew wcześniejszym podejrzeniom, okazał się dość komfortowy. 7 godzin siedzenia byłoby o wiele gorsze do zniesienia gdyby nie kapitalna atmosfera wynikająca z podniecenia całą tą akcją, genialne widoki za oknem samolotu czy odrobina ColiL, którą się szczodrze darzyliśmy :) Razem z nami na pokładzie sama śmietanka polskich mediów lotniczych. Nasze podniecenie było wyhamowywane wraz ze zbliżaniem się do celu. Piękna pogoda w Warszawie wraz z trwaniem lotu oddawała pola coraz gęstszym chmurkom, by podczas lądowania w Albacete przejść w dość spory  opad deszczu. Tego dnia przechodził nad tą okolicą front deszczowy. Wczoraj było pięknie i… jutro ma być pięknie, lecz dziś… loty zostały „zcancelowane”. Taką wiadomością już na płycie lotniska powitał nas Irek Nowak (dowódca eskadry z 32Blot i dowódca naszego komponentu w Hiszpanii). UUUUaaa… Zabolało. Mieliśmy jeszcze nadzieję, że może coś się wydarzy, że niebo się przetrze, że nie wrócimy tak całkiem na tarczy… Korzystając z okazji przystąpiliśmy do poznawania TLP. Spotkaliśmy się z dowódcą TLP oraz z pilotami i technikami biorącymi udział w kursie. Wzięliśmy udział w briefingu przedlotowym. Wszystko było bardzo wyjątkowe. Nasuwało się tylko jedno porównanie, że TLP to nic innego jak takie europejskie TOP GUN! Nawet i tu Hawki odgrywały rolę agresorów udając MiGi-21 :) Brakowało tylko tej przysłowiowej kropki nad „i” – LOTÓW! Pogoda z chwili na chwilę stawała się coraz gorsza. Lało niemiłosiernie. Mimo to poszliśmy na statykę zrobić trochę zdjęć. Widok był niesamowity. Tyle maszyn gotowych do lotu! Fotografowałem i cieszyłem się każdą chwilą, choć gdzieś tam we mnie, w środku lały się łzy jeszcze bardziej rzęsiste niż strugi tego deszczu na zewnątrz! Przemoknięci totalnie postanowiliśmy wykonać jakieś ruchy, by zostać tu do jutra. Na jutro bowiem prognozy były idealne i loty odbędą się na pewno. Niestety nie mieliśmy wsparcia wśród organizatorów wyjazdu. Zaczęliśmy liczyć na cud :) Pierwszy pojawił się wieczorem. Mieliśmy wystartować o 23.00, a o 21.30 padła wiadomość, że lecimy jutro o 8.00 bo podobno we Francji trwa jakiś protest kontrolerów. Mieliśmy nadzieję, że protest się nieco przedłuży, tak choćby na całe jutro jeszcze. Niestety protest nie przedłużył się i żadnego więcej cudu nie było. Gdy rano wyszliśmy z hotelu, na niebie nie było żadnej chmurki i cudownie wschodziło hiszpańskie słońce. Czy to nie ironia losu? – zapytałem kicha wsiadając do lotniskowego autokaru. Los zadrwił ze mnie jeszcze bardziej – w autokarze z głośników rozbrzmiewał kawałek Alanis Morissette – Ironic. Od tego dnia będzie mi się zawsze kojarzył z tą „typową hiszpańską pogodą” i bazą Albacete :) Isn’t it ironic? Oczywiście moja szklanka jest zawsze do połowy pełna. Była to genialna i totalnie niespodziewana przygoda. Już sam lot CASĄ był dla mnie wspaniałym przeżyciem. Na otarcie łez w drodze powrotnej zrobiliśmy piękną rundkę nad Warszawą. Cały wyjazd był super okazją do poznania nowych osób czy pogłębienia już istniejących kontaktów. Jestem szalenie wdzięczny Rzecznikowi Prasowemu 2SLT i w ogóle DSP za pamięć i zabranie nas na tę wyprawę. Szkoda, że nie możemy się odwdzięczyć tym, po co nas zaproszono – najlepszymi fotkami lotniczymi. Musimy to jakoś szybko nadrobić :)

Sławek "hesja" Krajniewski

Back to Top