Search

AIR SHOW RADOM 2013 (Polska, EPRA)

Radomskie pokazy są jednymi z najbardziej oczekiwanych wśród braci fotografów lotniczych. To impreza największa w Polsce i jedna z największych w Europie. W tym roku XIII edycja pokazów zbiegła się z 95-leciem Polskiego Lotnictwa Wojskowego. Lotnisko w Radomiu swoją obecnością zaszczyciło około 300 lotników i ponad 200 samolotów z 21 krajów, dlatego też program imprezy był bogaty i dosyć napięty. Do Radomia przyleciało wielu gości chcących zaprezentować z jak najlepszej strony umiejętności swojego pilotażu i możliwości maszyn oraz przypomnieć sylwetki tych ciut starszych, ale jakże imponujących samolotów. Air Show to nie tylko pokazy dynamiczne w powietrzu, ale też statyka, na której prezentują się dumnie maszyny już latające w wielu krajach, ale też producenci z zupełnie nowymi maszynami. Dni poprzedzające Air Show to zarówno przyloty jak i treningi pilotów. Dlatego, by nic nie umknęło naszej uwadze, idąc za przykładem lat poprzednich postanowiliśmy rozbić obóz na znajomej działce tuż przy lotnisku. SPFL Camp stanowi bazę wypadową w różne rejony lotniska, jak i miejsce spotkań, noclegów czy choćby zgrywania zdjęć. Obóz w tym roku rozbiliśmy już w czwartek by móc odpowiednio się przygotować, odpocząć po podróży oraz spotkać się i poplotkować. Obok camperów, namiotów i stolików na trawce stanął basen, który był później przyczyną wielu wesołych sytuacji :). O grillach, ale jeszcze nie tych lotniczych, tylko kiełbasowych nie trzeba chyba wspominać ;). W piątek na treningach bardzo ważnym dla nas zadaniem było przetestowanie platformy nazwanej przez organizatorów Lożą Fotograficzną. Platforma miała za zadanie ułatwić fotografom robienie zdjęć i zapewnić im w tym celu jak najlepszy komfort pracy. Mogli z niej korzystać wszyscy chętni, należało jedynie zarejestrować się u organizatora i dokonać opłaty. Na wzór pokazów lotniczych w innych krajach fototrybuna stanęła więc i w Radomiu. Już od godzin przedpołudniowych w piątek mogliśmy z niej korzystać i robić wspaniałe zdjęcia bez stresu związanego z szukaniem dogodnego miejsca wśród licznej, bo aż 70-tysięcznej widowni. Na platformie byliśmy w zacnym gronie zawodowych fotografów i pasjonatów lotnictwa, a w króciutkich przerwach między lotami słychać było rozmowy w różnych językach. Niektórzy z nas by uniknąć jednakowych ujęć postanowili fotografować z naszej bazy, okolic ulicy Skaryszewskiej i innych zakątków lotniska. Już w czwartek i w piątek w trakcie treningów wiadomo było, że tegoroczny Air Show będzie stanowił dla nas wielką dawkę adrenaliny. Nad Campem przelatywały odrzutowce zrzucające flary niemal na naszą działeczkę. W sobotę większość członków Air-Action udała się na fototrybunę, która zapełniła się czarnymi koszulkami z naszym logo. Razem z innymi fotografami czekaliśmy na dynamiczne pokazy w powietrzu. Zaczęło się łagodnie blokiem Aeroklubu Polskiego. Później pojawiały się m. in. Zlin 526, Piper Cub, akrobacje Roberta Kowalika na Extrze 300, formacja 4 AT3, śmigłowce Mi-24. Następnie zaprezentował się w swoich szalonych akrobacjach Artur Kielak na XA-41 z towarzyszącą mu Iskrą. Tuż po nim Żelazny holujący szybowiec. Dokładnie w południe rozpoczęła się część oficjalna, w której uczestniczył Prezydent Bronisław Komorowski wraz z małżonką. Ciekawym elementem oficjalnego rozpoczęcia pokazów była powietrzna defilada składająca się z 46 maszyn: samolotów i śmigłowców Polskich Sił Powietrznych. Otworzyły ją w ugrupowaniach Grot samoloty TS-11 Iskra, następnie śmigłowce SW-4 Puszczyk z Dęblina, szkolne PZL-130 Orlik, samoloty transportowe M-28 Bryza, C-130 Hercules i Casa C-295M, a następnie szturmowe Su-22 ze Świdwina, myśliwskie MiG-29 z Malborka i wielozadaniowe F-16 z Łasku. Po południu nie było już dla nas chwili wytchnienia. Nasze obiektywy skierowane były w niebo, na którym prezentowały się zespoły akrobacyjne takie jak łotewski Baltic Bees na L-39 Albatros i chorwacki Krila Oluje na turbośmigłowych Pilatusach PC-9M. Ci ostatni znani są z niesamowitej precyzji i bardzo małych separacji między samolotami. Dzielą je często zaledwie 2 metry. Akrobacje kręcili też Szwajcarzy z Patrouille Suisse na samolotach F-5 Tiger z charakterystycznym malowaniem w barwach narodowych, którzy zakończyli swój pokaz efektownym rozejściem z flarami. Wrażeń dostarczyli nam również fiński Midnight Hawks na samolotach Hawk oraz polskie Biało-Czerwone Iskry, Grupa Akrobacyjna Żelazny i Zespół Akrobacyjny Orlik. Na ogromną pochwałę zasłużyły nasze Orliki. Dało się zauważyć, że radomscy piloci zrobili ogromne postępy i ich pokazy są coraz ciekawsze. Synchronizacja, mijanki i wszystkie wykonywane przez nich figury są już na bardzo wysokim poziomie. Szczególnie w pamięć zapadła mi figura „radomskie pazurki” :D. Nasze emocje wzbudziły też wojskowe samoloty takie jak włoski Eurofighter Typhoon, francuski RAFALE, czeski i węgierski JAS-39 Gripen, belgijski, turecki i grecki F-16. Grek pod koniec swojego pokazu okrążył publiczność przesyłając dla niej miłą dedykację. Pojawiły się także myśliwiec MiG-29 i szturmowe Su-22 reprezentujące polskie lotnictwo. Było głośno, a to lubimy najbardziej :). Mocno oczekiwanym przez nas gościem był ukraiński Su-27 w pięknym niebieskim malowaniu. Majestatyczny, ogromny myśliwiec pokazał swoje manewry, wywierając na nas duże wrażenie, również akustyczne. Genialny pokaz dał AH-64D Apache Solo Display Team – holenderski śmigłowiec, który po raz pierwszy pojawił się w Radomiu na Air Show. Apache chyba nie wie, co to prawa fizyki. Jest jednym z niewielu śmigłowców, które wykonują beczki i pętle. Jego wyczyny zapierały dech w piersiach. W trakcie tych akrobacji dołączył do niego holenderski F-16, by razem ramię w ramię zaprezentować się przed nami. Po ich efektownym rozejściu uwieńczonym flarami nie było czasu na odpoczynek. Szykowało się wielkie Bum! A to za sprawą organizatorów, którzy przygotowali nam rekonstrukcję zwalczania celów naziemnych. Polskie Su-22 i F-16 dały pokaz misji bliskiego wsparcia oddziałów na ziemi. Towarzyszyły temu efekty pirotechniczne na ziemi, symulujące wybuchy bomb. Trwało to ułamki sekund, ale jakże emocjonujące! Po błyskawicznym nalocie pary F-16 i Su-22 na ziemi pojawił się szereg ognistych grzybków, a samoloty tak szybko jak się pojawiły, tak szybko zniknęły. Chmury dymu wraz z ogniem uniosły się w górę. Figury w powietrzu prezentował również włoski transportowy C-27J Spartan kręcący, zdawałoby się z wielką lekkością pętle i beczki. Duży, „leniwy” samolot wywołał wśród publiczności głośne „woow”. W powietrzu zaprezentował się też pochodzący z okresu II Wojny Światowej myśliwiec F-4U Corsair, charakteryzujący się składanymi skrzydłami i wydobywającym się z silnika dźwiękiem przypominającym groźne brzęczenie osy. Pokazy zakończył przelot 60-letniego SB Lim-2, czyli polskiej wersji MiG-a-15. W niedzielę podzieliliśmy się na mniejsze grupy by móc jak najciekawiej uzupełnić materiał foto z różnych stron lotniska i z różnych pespektyw oświetleniowych. Jedni chcieli mieć piękne zdjęcia ze słoneczkiem, inni wręcz przeciwnie – szukali pomysłu z wykorzystaniem scen pod słońce. Większość z nas jednak przebazowała się na drugą stronę pasa. Po sobotnich lotach z niecierpliwością oczekiwaliśmy m. in. Holendra, który zrobił nam teraz ogromną niespodziankę. W pewnym momencie swojego pokazu tuż nad pasem wystrzelił flary, które zaczęły się od niego odbijać. Nietrudno było przewidzieć konsekwencje. Zaraz w ruch poszły maszyny do sprzątania pasa i nastąpiła przerwa w pokazach, a Holender za karę musiał wisieć w powietrzu by móc bezpiecznie wylądować na czystym już pasie :). Narobił jednak trochę strachu kolegom, którzy byli po drugiej stronie lotniska za lasem i nie wiedzieli, co się wydarzyło. Belg i Turek jak zwykle dali czadu z dynamicznym startem. Smugacze i piękna „marchewa” na tle lasu to było to. Było głośno. Niski przelot i ponad 1000 km/h robią wrażenie. Nie sposób wymienić tu wszystkich uczestników Air Show. Było ich przecież tak wielu. Organizatorzy stanęli na wysokości zadania i zrobili wszystko by nie dać nam fotografom chwili wytchnienia. Przez cały Air Show pogoda była łaskawa. Chwilami emocje podgrzewało słoneczko, a piękne malownicze chmurki dawały cudowne tło dla naszych zdjęć. Zrobiliśmy ich całe mnóstwo. Sylwia „sila” Zieja

ŚLĄSKI AIR SHOW! (Polska, EPKM)

W gorące sobotnie popołudnie 17 sierpnia na lotnisku aeroklubowym Katowice-Muchowiec odbył się Śląski Air Show. Piknik rozpoczął w samo południe przelot pary myśliwców F-16. Nasze Jastrzębie wykonały dwa kręgi nadlotniskowe i udały się do swojej bazy w Łasku. Wśród publiczności wzbudziły olbrzymi entuzjazm. Huk silników odrzutowych i groźne sylwetki samolotów wojskowych spowodowały szybsze bicie serc. Jedną z wielu atrakcji festynu lotniczego był śmigłowiec marynarki wojennej Kaman SH-2G Seasprite. Przed katowicką publicznością zaprezentował się w okolicznościowym malowaniu przygotowanym na Radom Air Show. Festyn zaszczycili również swoją obecnością znakomici krakowscy goście: dziecko Muzeum Lotnictwa w Krakowie – Jak-18 oraz replika RWD-5, na którym w latach 30-stych Stanisław Skarżyński przeleciał z Senegalu do Brazylii. Swój debiut zaliczyła Śląska Grupa Akrobacyjna latająca na dwóch samolotach Extra 330. Piloci zaprezentowali perfekcyjne latanie w formacji oraz synchroniczne akrobacje. Około godziny 16.00 wzbił się w powietrze Wojciech Krupa. Swoją Extrą 330LC zaprezentował efektowne korkociągi, beczki sterowane, pętle, ślizgi na ogon i wiele innych figur akrobacyjnych. Pilot Grupy Akrobacyjnej Żelazny zademonstrował jak zwykle swoje wielkie umiejętności pilotażu. Kolejną atrakcją jaką zapewnili nam organizatorzy był pokaz gaszenia pożaru przy pomocy samolotu Dromader. Precyzyjny zrzut wody stłumił ogień już po pierwszym nalocie. Wisienką na śląskim torcie był pokaz szybowca MDM-1 FOX, za sterami którego siedział kapitan Jerzy Makula, wielokrotny mistrz świata w akrobacji szybowcowej. Niestety na pikniku zabrakło gospodarza lotniska Muchowiec Artura Kielaka, który w tym czasie występował na Nowotarskim Pikniku Lotniczym. Podsumowując, nazwa Śląski Air Show została użyta nieco na wyrost. Był to tylko zabieg marketingowy, jednak dzięki rozgłosowi w Internecie, prasie, a nawet w telewizji i radiu na piknik przybyły tysiące widzów. W ubiegłych latach organizatorzy nazywali tę imprezę „Śląskim Festynem Lotniczym” lub – jak to było dwa lata temu – „Festynem Służb Mundurowych”. Nazwa ta w pełni opisuje klimat imprezy. Publiczność miała okazję przekonać się jak wygląda m. in. transporter opancerzony Rosomak czy samochód terenowy Hummer. Zaprezentowane zostały także umiejętności bojowe komandosów, służby więziennej, policjantów i Straży Granicznej. Mam nadzieję, że piknik będzie organizowany regularnie, ranga imprezy wzrośnie, a na katowickim niebie będziemy mogli podziwiać wspaniałych pilotów w ich pięknych maszynach. Adrian „Adi” Łach

ŚWIĘTO WOJSKA POLSKIEGO (Polska, EPMM)

15 sierpnia – Święto Wojska Polskiego. Data bliska każdemu wielbicielowi polskich sił zbrojnych. Wszyscy pamiętamy parady z dzieciństwa, uroczyste zmiany warty, czasem przy odrobinie szczęścia – lotnicze popisy. W tym roku postanowiliśmy obserwować obchody od „zaplecza”. Zgodę otrzymaliśmy dzięki uprzejmości Dowództwa Sił Powietrznych i dowództwa 23. Bazy Lotnictwa Taktycznego w Mińsku Mazowieckim, za co serdecznie dziękujemy. Na czas parady w EPMM zgrupowano śmigłowce W-3 Sokół i Mi-24. Start maszyn wyznaczono na godzinę 11.00. Starty w szyku, niskie przeloty nad pasem i odlot w strefę. Po paradzie powrót kluczy w szyku i przelot nad lotniskiem dostarczył nie mniej wrażeń. Kto nie widział Mi-24 wykonujących manewry na niewielkiej wysokości – ma czego żałować! Po południu miały miejsce odloty. Pierwsze odleciały W-3. Klucz wystartował wręcz idealnie. Następne były Mi-24. Lot koszący czterech Mi-24 nie da się z niczym porównać. Zapraszamy do obejrzenia zdjęć. Marcin „bronek” Bronowski

FOTO-LOTNICZA UCZTA W 32 BLT (Polska, EPLK)

We wtorek 6 sierpnia 2013 ekipa SPFL Air-Action wybrała się po raz nie wiadomo już który do zaprzyjaźnionej bazy lotniczej w Łasku. Tego dnia byliśmy wyjątkowo podekscytowani. Ze względu na to, że w bazie lotniczej w Krzesinach trwały prace remontowe, wszystkie krzesińskie Jastrzębie zostały przebazowane i stacjonowały właśnie w Łasku. Wiedzieliśmy więc z góry, że dla większości z nas może być to wyjątkowy dzień – dzień, w którym będziemy mieli okazję zaobserwować tyle startów i lądowań F-16 na raz, ilu część z nas nie widziała na żadnym z naszych dotychczasowych wypadów, a może nawet w całym poprzednim roku ;). Dodatkowo czekały na nas nie tylko popołudniowe ale i wieczorne loty!!! Temperatura naszych emocji sięgała zenitu – podobnie jak temperatura powietrza, która przy wjeździe do bazy wynosiła coś koło 37 stopni Celsjusza, mimo że pojawiliśmy się tam kilka godzin po południu :D. Po przywitaniu się z naszym łaskim dobrym duchem, rzecznikiem Markiem Kwiatkiem udaliśmy się najpierw w okolice płaszczyzny przygotowań czyli tzw. Last Chance. Jednak zanim pojawiły się tam pierwsze myśliwce, musieliśmy się przygotować również i my. Tym razem, oprócz tradycyjnego szybkiego przejrzenia ustawień, przeczyszczenia obiektywów i ubrania się w odblaskowe kamizelki, przygotowania objęły również gruntowne nasmarowanie się wszelkiej maści olejkami i emulsjami przeciwsłonecznymi ;). Upał był niesamowity, jednak to, co za chwilę zobaczyliśmy sprawiło, że przestał on nam doskwierać, gdyż zajęliśmy się tym, co lubimy najbardziej. Przed naszymi oczami pojawiały się co chwilę Jastrzębie, w parach, trójkach, czwórkach… Było ich kilkanaście, część startowała parami, co jeszcze wzmagało emocje. Nie zabrakło też niespodzianek – okazało się, że jeden z pilotów, wiedząc o naszym przybyciu, postanowił ‘osobiście’ przywitać się z naszym prezesem – w kabinie kołującej e-Fki nagle zobaczyliśmy kartkę z napisem ‘HESJA POZDRO!!!” :) Tego jeszcze nie było :). Po startach przenieśliśmy się na drugą stronę lotniska – tam mogliśmy chwilę ochłonąć, wyjąć z samochodów kolejne butelki z wodą i czekać na powroty. Po lądowaniach przenieśliśmy się w okolice wieży, gdzie w świetle zachodzącego słońca czekał na nas rządek kilkunastu samolotów. Cóż za niesamowity widok! Wielbiciele klimatycznych fotek z cyklu ‘aviation romantix’ działali aż do samego zachodu. Na koniec wróciliśmy na drugą stronę pasa, aby przed wyjazdem nacieszyć oczy widokiem kilkunastu nocnych startów, w większości na dopalaniu. Co za dzień! Ewa „FMS” Bartkiewicz

“WĘGRY BIRDS” czyli NEMZETKÖZI REPÜLŐNAP KECSKEMÉT 2013 (Węgry, LHKE)

Air Show w węgierskim miasteczku Kecskemét odbywa się z przerwami już od 1990 roku. Z czasem przekształciło się w dużą imprezę lotniczą, w której udział biorą najlepsze europejskie zespoły akrobacyjne oraz siły powietrzne kilkunastu państw (w tym Polski). O pokazach tych usłyszałem już w 2008 roku, i wreszcie nadarzyła się okazja by tam pojechać. Termin sierpniowy idealnie mi pasował (co prawda kolidował z naszym krajowym Mazury Airshow, lecz po porażce imprezy w 2012 roku nie namyślałem się długo), dawał też duże szanse na świetną pogodę. Moje oczekiwania w tym względzie zostały nawet znacznie przekroczone, gdyż podczas całego weekendu na Węgrzech panowały tropikalne upały z temperaturą 38°C w cieniu. Nasza wyprawa rozpoczęła się już w piątek o świcie. Mieliśmy w planie wprost z „trasy” podjechać na lotnisko by przyjrzeć się treningom oraz przylotom. Niestety droga zajęła nam więcej czasu niż zakładaliśmy, na węgierską ziemię dotarliśmy więc spóźnieni, rozbiliśmy się w lasku naprzeciw lotniska i przez 2-3 godziny oglądaliśmy zmagania pilotów czując przedsmak nadchodzących wydarzeń. W sobotni gorący ranek zajęliśmy tę samą miejscówkę, która miała tę zaletę, że okoliczne drzewa dawały trochę cienia. Pokazy lotnicze już się rozpoczęły, więc wokół nas rozbrzmiewały dźwięki zwalnianych migawek aparatów fotograficznych. Program Air Show był bardzo bogaty i różnorodny, co jednak miało pewien minus – był bardzo rozciągnięty w czasie. Loty pokazowe rozpoczynały się o godzinie 8.00, a kończyły o 19.00. W powietrzu prezentowano szereg samolotów i śmigłowców sił powietrznych z kilkunastu państw, m.in. z Węgier, Rumunii, Polski, Czech, Belgii, Holandii, Austrii, Turcji, Rosji. Wśród zaproszonych gości byli też piloci samolotów historycznych oraz cywilni piloci akrobacyjni z aeroklubów węgierskich. Swoje pięć minut mieli także skoczkowie spadochronowi. Właśnie samoloty historyczne rozpoczęły tegoroczną edycję Air Show w Kecskemét, w powietrzu zobaczyliśmy więc Polikarpowa PO-2, LI-2 (czyli licencyjną DC-3/C-47 Dakotę), serbskiego Galeba G2, polskiego SB Lim-2 (licencyjnego MIGa-15), Saaba 105E w ciekawym pomarańczowo-tygrysim malowaniu. Następnie przyszła kolej na współczesne lotnictwo – zaprezentowały się m.in. Pilatus PC-9, Augusta HH-139A, 5 x Saab JAS-39 Gripen, AN-26, C27J Spartan, Aero L-159 ALCA, MIL Mi-17, MIL MI-35, Suchoj SU-22M4, F-16C Falcon. Wyróżnić tutaj należy pokaz pięciu węgierskich Gripenów, zsynchronizowany z efektami pirotechnicznymi na ziemi. Na kolejne wyróżnienie zasłużyli piloci transportowego C27J Spartan, którego manewry mroziły krew w żyłach. Nie mogę tutaj pominąć także pokazu akrobacji pilotów z belgijskiego i holenderskiego Demo Teamu latających na F-16C Falcon, którzy zaprezentowali bardzo dynamiczne manewry i możliwości tych maszyn. Rzadkim gościem na niebie jest już samolot myśliwski MIG-21 Fishbed – w Kecskemét mieliśmy okazję obejrzeć w dynamicznym pokazie egzemplarz w wersji L (zmodernizowany w Izraelu) używany przez Siły Powietrzne Rumunii. Pomiędzy poszczególnymi prezentacjami indywidualnymi rozplanowano pokazy grup akrobacyjnych. W tym roku na Air Show wystąpiło sześć zespołów: chorwacki Krila Oluje (6 x PC9), turecki Turkish Stars (6 x F-5 Tiger II), hiszpański Patrulla Aguila (7 x CASA C-101), włoski Frecce Tricolori (9 x MB339), łotewski Baltic Bees (5 x L-39 Albatros) oraz gwiazda tegorocznej edycji – rosyjskie Russkie Vityazi (5 x SU-27). Ten powstały w 1991 roku rosyjski zespół akrobacyjny lata w składzie 4-5 maszyn myśliwskich Suchoj Su-27 i jest niezwykle rzadkim gościem na europejskich pokazach lotniczych. Głównie to ich występ na tegorocznej edycji Air Show w Kecskemét zadecydował o mojej wyprawie na Węgry. Nie zawiodłem się, zespół zaprezentował niezwykły pokaz zawierający dynamiczne manewry i mijanki, precyzyjne latanie w szyku, a wszystko to okraszone sporą ilością wystrzeliwanych flar, tworzących na niebie niezwykłe wzory. Występy pozostałych zespołów – zwłaszcza Turkish Stars oraz Frecce Tricolori – były również na niezwykle wysokim poziomie. Sporą niespodzianką zgotowaną przez organizatorów był przylot amerykańskiego ciężkiego samolotu transportowego Boeing C-17 Globemaster III, który stacjonuje w bazie NATO na terenie Węgier. Ten kolos majestatycznie wylądował w Kecskemét, by po chwili odlecieć do swojej bazy macierzystej. Nie wszyscy zaproszeni goście prezentowali się w powietrzu, tradycyjnie część samolotów zaprezentowano na wystawie statycznej. Można było tam zobaczyć m.in. śmigłowce Sea King, MI-17, IAR-330 Puma; transportowce: CASA C-295M, C-130 Hercules, AN-26; samoloty myśliwskie i szkolne: SU-27UB, SU-22M4, SU-25, Panavia Tornado, Hawk, PC-7, JAS 39 Gripen. W oddali na lotnisku „parkowały” także IŁ-76 służb technicznych zespołu Russkie Vityazi oraz samolot dozoru i wczesnego ostrzegania AWACS Boeing E-3 Sentry. Podsumowując, węgierskie Kecskemét okazało się świetną imprezą lotniczą, z bogatym harmonogramem występów i atrakcyjnymi pokazami w powietrzu. Pogoda dopisała aż nadto, upały dały się we znaki, zwłaszcza podczas niedzielnej wizyty na lotnisku oraz kilkukilometrowego marszu na miejscówkę z drugiej strony pasa startowego. Pozostaje mi tylko zaprosić Państwa na kolejną edycję tych pokazów lotniczych... Krzysztof „PC” Łybko

ORLIKOWO (Polska, EPRA)

W tym roku skład Zespołu Akrobacyjnego „ORLIK” powiększył się o dwóch pilotów. Tym samym cała formacja rozrosła się z sześciu do ośmiu samolotów. W takim składzie nasze Orliki będą występowały na pokazach w sezonie 2013. Członkowie zespołu podjęli też decyzję o zmianie wizerunku grupy. Na początek zaplanowano druk nowych materiałów promocyjnych w nowej szacie graficznej. Niezmiernie miło jest nam poinformować, że Orliki zwróciły się do naszego stowarzyszenia z prośbą o zrobienie nowej kolekcji zdjęć z aktualnym składem formacji i pomoc w realizacji nowych broszur promocyjnych. Traktujemy to jako wspaniałe wyróżnienie przez członków zespołu i jednocześnie uznanie dla naszego stylu fotografii, jaki preferujemy od lat. W dniu 22 lipca 2013 na specjalne zaproszenie zespołu, grupa naszych fotografów przybyła do 42. Bazy Lotnictwa Szkolnego w Radomiu na sesję zdjęciową. Byliśmy jedynymi fotografami zaproszonymi w tym dniu na lotnisko i mieliśmy cały zespół Orlików dla siebie. Na ten dzień zaplanowane zostały dwa treningi, pomiędzy którymi miała odbyć się sesja zdjęciowa zespołu przy samolotach. Do jednostki przyjechaliśmy wcześnie rano i mieliśmy sporo czasu na przygotowania. Ponieważ pierwszy trening został przełożony na godzinę 13.00, postanowiliśmy pojechać na drugą stronę pasa startowego i poćwiczyć na samolotach, na których od samego rana odbywały się loty szkoleniowe. Przy wspaniałej pogodzie, pięknym słońcu, w bujnej trawie i przy muzyce płynącej z przenośnego odtwarzacza fotografowaliśmy starty i lądowania młodych pilotów szkolących się na Orlikach i transportowych Bryzach. W tak sielankowej atmosferze spędziliśmy dwie godziny czyniąc przygotowania do głównego celu wizyty – fotografowania zespołu akrobacyjnego w akcji. Przed pierwszym treningiem odbyła się odprawa z pilotami, w czasie której ustaliliśmy wszystkie szczegóły pierwszego treningu oraz miejsce, w którym będzie się znajdować nasza grupa. Było to ważne, gdyż zespół zmienił punkt nalotowy zgodnie z naszymi potrzebami – tak by wykonywane akrobacje były przez nas dobrze widoczne. Pierwszy trening Jedziemy łazikiem na koniec pasa 07, przygotowanie sprzętu i akcja. Start, przedłużony rozbieg i niski przelot nad progiem. Potem dwa niskie przeloty formacji z włączonymi smugaczami. Po przelotach szybko przeszliśmy na bok pasa, skąd był dobry widok na dalszą część treningu. Orliki wykonały pełny pokaz i to wszystko dla nas! Było pięknie! Sesja foto Po pierwszym treningu piloci musieli trochę odpocząć, więc my wykorzystaliśmy ten czas na wybór miejsca i samolotu, przy którym zrobimy sesję zespołu. Po ustaleniu szczegółów z pilotami i przygotowaniu wybranej maszyny, przeprowadziliśmy sesję foto całego zespołu w ustawieniu grupowym i indywidualnym. Było trochę kłopotów z niestabilnym światłem, ale się udało. Drugi trening Drugi trening odbył się już przy sprzyjających warunkach oświetleniowych. Tym razem poprosiliśmy zespół o przekołowanie inną niż zwykle drogą do startu tak by samoloty podczas kołowania znalazły się w dobrze oświetlonej przez popołudniowe słońce strefie lotniska. Nasza grupa przeszła na wcześniej uzgodnioną pozycję i z tego miejsca robiliśmy zdjęcia zespołu podczas kołowania do startu jak i całego pokazu. Na koniec dnia odbyło się spotkanie z pilotami. Mieliśmy okazję swobodnie porozmawiać z członkami zespołu i podziękować za zaproszenie. Pożegnaliśmy się i pod wieczór opuściliśmy lotnisko z kartami w aparatach pełnymi materiału do dalszej obróbki. Robert „robteek” Piasecki

RIAT 2013? AWESOME! (Wielka Brytania, EGVA)

20 i 21 lipca 2013 roku, Fairford: Royal International Air Tattoo – jak twierdzą organizatorzy – największe na świecie pokazy lotnictwa wojskowego. Poza licznymi solistami i zespołami akrobacyjnymi, każdego roku jest jakaś atrakcja, o którą trudno na innych europejskich pokazach. A to Raptory, a to B-2, Osprey czy chociażby występ Tornado Role Demo – niesamowity pokaz pary samolotów Tornado… Zawsze chciałem pojechać, ale dotychczas na chęciach się kończyło. W ubiegłym roku powiedziałem jednak sobie, że w 2013 to już na bank… Kiedy Amerykanie ogłosili, że w 2013 nie będą występować na żadnych pokazach lotniczych i dodatkowo RAF (Królewskie Siły Powietrzne) podały informację o zawieszeniu występów Role Demo, wydawało się, że na RIAT nie ma po co jechać. No bo po co wybierać się do Fairford i wydawać niemałe pieniądze, skoro to samo co na Wyspach mogę zobaczyć na Kontynencie, znacznie bliżej i znacznie taniej? Jednak miałem już plan „Lipiec 2013 w Anglii” i stwierdziłem, że tego planu będę się trzymał. Dodatkowo była okoliczność, która przemawiała za wizytą w Fairford – na liście uczestników pokazów, jako jeden z pierwszych pojawił się ostatni latający egzemplarz bombowca Avro Vulcan, a na stronie właściciela samolotu można było przeczytać, że 2013 będzie ostatnim rokiem latania tej piękności. Co jak co, ale Vulcana w locie musiałem zobaczyć! No i jakoś nie chciało mi się wierzyć, że organizatorzy pozwolą sobie na zepsucie reputacji i rozczarują odwiedzających Air Tattoo :). Na szczęście nie byłem osamotniony w swoim rozumowaniu. Również kilku innych członków SPFL zawitało w tym roku do Fairford. Sadzę, że nikt z nas nie żałuje swej decyzji :). Sama impreza rzeczywiście imponuje rozmiarem. Ciągnąca się kilka kilometrów wystawa statyczna – niezliczone śmigłowce, samoloty współczesne i historyczne, a wśród nich perełka – król Atlantyku, pasażerski Super Constellation. Aż szkoda, że ten samolot nie był prezentowany w locie. Ponadto liczne stoiska z lotniczymi gadżetami, jakże różniące się od spotykanych na naszych pokazach odpustowych straganów. Nawet gdyby nic nie latało, byłoby co robić przez kilka godzin... Ale nie jechaliśmy na Air Tattoo, żeby chodzić wśród straganów, więc przejdźmy do tego co działo się w powietrzu. Jak to w Anglii, pogoda była zmienna – albo szare, niskie chmury nie pozwalające pilotom na wykonanie pełnego pokazu, albo piękny błękit z białymi chmurkami, albo palące słońce. O dziwo nie padało :). Zacznijmy od robiących najwięcej hałasu, solowych występów współczesnych samolotów myśliwskich. Holenderski i belgijski F-16, szwedzki i węgierski Gripen, włoski i brytyjski Typhoon, francuski Rafale i nasz MiG-29 – prawie zawody w akrobacji. „Zwycięzcą” zdecydowanie został Francuz, którego dynamiczne manewry bardzo często powodowały powstawanie na płatowcu efektownych „chmur”. Miał też trochę szczęścia, bo jego loty odbywały przy bardzo dobrej pogodzie, więc mógł zaprezentować pełnię możliwości swojego samolotu. W niedzielę efektowny pokaz przyćmiła trochę awaria samolotu. Pilot po lądowaniu ustawił samolot w poprzek pasa. Zwiększając ciąg silników i hamując koła, wykonywał efektowne „pokłony” w stronę publiczności, która nagrodziła pokaz gromkimi brawami. Pokłony się skończyły, a samolot stał i stał, mimo że od kilku minut na start czekał zespół Red Arrows. W końcu spiker wyjaśnił, że w Rafałku zablokowało się przednie koło i pilot nie może skręcić. Po kilku minutach przyjechała ekipa techniczna. Coś tam pomajstrowali i samolot o własnych siłach zjechał z drogi startowej. Drugie miejsce należało się MiGowi. Ten samolot już na wejściu ma „dodatkowe punkty” za wspaniałą sylwetkę, ale sam pokaz również należał do tych z najwyższej półki. Dodatkowo efektowne malowanie i piękne niebo w niedzielę zrobiły swoje. Zresztą słyszałem wśród „miejscowych”, że to MiG wygrał te „zawody” :). Reszta „zawodników” – dobrze, z klasą, ale „na dalszych miejscach”. Niestety na Wyspach obowiązuje zakaz strzelania flar, przez co występy Belga czy Holendra dużo traciły na efektowności, szczególnie w oczach tych, którzy wcześniej wielokrotnie widywali ich pokazy. A teraz waga ciężka. W tym roku, jako superatrakcje organizatorzy przygotowali przeloty dwóch nowości – pierwszego Airbusa A380 dostarczonego liniom British Airways oraz przyszłości europejskiego transportowego lotnictwa wojskowego – Airbusa A400 Atlas. Przeloty tych samolotów odbywały się razem z zespołem Red Arrows, co dodatkowo podnosiło ich atrakcyjność. Atlas miał w programie również pokaz indywidualny, więc mogliśmy się przekonać, że wcale nie jest opasłym tłuściochem, ale całkiem zgrabną baletnicą, tylko z „lekką” nadwagą :). Pisząc o transportowcach nie można pominąć włoskiego Spartana, który tradycyjnie wprawiał publiczność w osłupienie wykonując pętle i beczki, które kojarzone są raczej z myśliwcami i samolotami akrobacyjnymi niż z dwusilnikową maszyną transportową. A jeśli ktoś nie widział jeszcze powietrznego tankowca, to na Air Tattoo miał okazję zobaczyć w locie nawet dwa, w tym jednego razem z dwoma „tankującymi” Typhoonami. RIAT to nie tylko pokazy maszyn współczesnych. Co roku stałym punktem programu są występy kilku samolotów historycznych. Zacznę od samolotu, dla którego pojechałem w tym roku na Air Tattoo, czyli bombowca Avro Vulcan. Samolot o charakterystycznej „płaszczkowatej” sylwetce, majestatycznie płynący po niebie. Żeby tak jeszcze w czasie jego lotów zaświeciło słońce... O ile jednak w sobotę gdzieniegdzie pojawił się kawałek błękitu, to w niedzielę już tylko szarość :/ Ale byłem, widziałem, sfotografowałem... Podobało mi się :). Oprócz Vulcana mogliśmy podziwiać w locie tłokowe myśliwce: Hurricane, Spitfire, Corsair i Sea Fury, odrzutowego Meteora, bardzo zwinnego jak na samolot bombowy Mitchella, latającą łódź – Catalinę oraz dwa bombowce – symbole II Wojny Światowej: Boeinga B-17 i Avro Lancastera. W ramach pokazu Lancastera były nie tylko solowe przeloty, ale również defilada w asyście „małych przyjaciół” Spitfire’a i Hurricane’a, i co było chyba najciekawsze – wspólny przelot z Tornadem. Brytyjczycy w ten sposób upamiętniają w tym roku 70. rocznicę operacji „Chastise” (która miała miejsce z 16 na 17 maja 1943 roku) – ataku Lancasterów z 617. dywizjonu na tamy na Renie. Tornado biorące udział w pokazach pochodziło oczywiście z 617. dywizjonu, a na stateczniku pionowym samolot miał wymalowane okolicznościowe godło. Kolejną grupą uczestników Air Tattoo, o której nie można nie napisać są śmigłowce. To że Apache potrafi kręcić pętle i beczki, wiedziałem. Zarówno holenderski jak i brytyjski AH-64 udowadniały to na tych pokazach wielokrotnie, jednak ze zdziwieniem stwierdziłem, że tak samo dobrym „śmigłowcem akrobacyjnym” jest niepozorny Lynx. Nie wiem nawet, czy pętle w jego wykonaniu nie były ładniejsze, a jak z zawisu wykonał „przewrót w tył”, to szczęka mi opadła... Jednak śmigłowcem, którego pokaz totalnie zmienił moje wyobrażenie o tych statkach powietrznych był brytyjski Chinook. Do tej pory Chinook był dla mnie transportowcem o nietypowym układzie dwuwirnikowca, który lata głównie po prostej wożąc ładunki albo pracując jako powietrzny dźwig. To co pokazał pilot tego śmigłowca totalnie nie zgadzało się z moją teorią – gwałtowne manewry, stawianie śmigłowca na nos, „hamowanie” w powietrzu i „karuzela” wokół własnego „dzioba”... to trzeba zobaczyć, opisać trudno... I na koniec to, co jest wizytówką każdego Air Tattoo, czyli zespoły akrobacyjne. W tym roku było ich sześć – Royal Jordanian Falcons, Breitling Wingwalkig Team, PC-7 Display Team, Patrouille de France, Frecce Tricolori i Red Arrows. Różne zespoły, różne „kategorie wagowe”. Jordanian Falcons – cztery Extry 300 – dla niektórych ich coroczny udział w Air Tattoo jest niezrozumiały, bo jakoś te maleńkie samoloty akrobacyjnie nie pasują do panoszących się na RIATowym niebie maszyn do zabijania. Jeżeli jednak spróbować popatrzeć obiektywnie na to co prezentują w powietrzu, to okaże się, że latają równo i mają ciekawy program. Dlaczego więc nie pokazywać ich w Fairford? Breitlingi – cztery kultowe Stearmany z „chodzącymi” w czasie lotu po skrzydłach akrobatkami. W zasadzie to już wystarczy, aby każdy widz zainteresował się pokazem. PC-7 Display Team – dziewięć turbośmigłowych PC-7 – pierwszy raz miałem okazję obserwować ich pokaz i powiem, że jestem pozytywnie zaskoczony. Ładnie, równo i ciekawie. Przede wszystkim na niebie cały czas coś się dzieje. Gdyby tak jeszcze samolotom zainstalować wytwornice dymu byłoby ekstra :). Patrouille de France przedstawiać chyba nie trzeba. Niestety tegoroczny RIAT był dla Francuzów pechowy. Mieli tylko jeden pokaz, w niedzielę, podczas którego chmury pozwoliły tylko na realizację programu „niskiego” i jakby tego było mało, w pewnym momencie jeden z samolotów zgłosił problemy z silnikiem. Pokaz przerwano, ale wszystko skończyło się szczęśliwie. Frecce Tricolori – kolejni znani i lubiani. Jak zwykle efektownie, no i ich komentator potrafi zrobić taki show, że nie ważne co będzie się działo w powietrzu – ludzie i tak będą bili brawa :). Red Arrows – reprezentacja gospodarzy. Z zespołów, które do tej pory widziałem – numer 1. Precyzja i dynamika. Więcej pisać nie trzeba, to trzeba zobaczyć! Jaki więc był tegoroczny RIAT? Fantastyczny! :) Lucjan „Acroluc” Fizia

YEOVILTON INTERNATIONAL AIR DAY 2013 (Wielka Brytania, EGDY)

Lato to dla wielu z nas najprzyjemniejsza pora roku. Wiadomo – sezon urlopowy, ładna pogoda i od czasu do czasu jakaś lotnicza impreza :). Lato na Wyspach Brytyjskich to dla miłośników lotnictwa szczególnie miła pora roku. Po pierwsze, tutaj pokazy lotnicze odbywają się praktycznie w każdy weekend, a niekiedy w tym samym czasie mamy nawet dwie imprezy no i… gdzieniegdzie trochę mniej pada... :). Po drugie, kilka z nich to wydarzenia największego kalibru, jak choćby Flying Legends w Duxford czy Royal International Air Tatoo w Faiford. W ten bogaty kalendarz pokazów od wielu już lat wpisany jest również RNAS Yeovilton Air Day. Ta organizowana przez lotnictwo morskie (FAA) impreza z założenia główny nacisk kładzie na prezentacje statków powietrznych związanych z operacjami nad morzem. Zawsze jednak bogata jest również grupa przedstawicieli „zwykłego” lotnictwa. Yeovilton Air Day od dawna był na naszym „celowniku”, ale do tej pory czerwcowy termin imprezy nigdy nie dawał się wpasować w nasz terminarz. W tym roku impreza wróciła do lipcowej ramówki i dodatkowo „sąsiadowała” z innym mega wydarzeniem – odbywającymi się w Duxford pokazami Flying Legends. Takiej okazji nie można było przepuścić. Plan był prosty: piątek i sobotę spędzamy w Yeovilton, a niedzielę w Duxford. Program zapowiadał się ciekawe. Dużo śmigłowców, samolotów historycznych ze Swordfishem i Skyriderem na czele, Avro Vulcan oraz „specjalność zakładu” Assault Demo, czyli pokaz sprawności bojowej Królewskiej Piechoty Morskiej. Jak zwykle przed wizytą na Wyspach, z niepokojem śledziliśmy prognozy pogody. Tym razem naszym zmartwieniem nie był typowy dla tego okresu deszcz i zachmurzenie... ale jego brak! Zanosiło się na totalną patelnię, czyli mega słońce i żadnej chmurki. Spodziewaliśmy się, że będzie ciężko. Ostatni raz taką pogodę w Anglii widzieliśmy na RIATcie w... 2006 ;). Yeovilton Air Day (swoją drogą to ciekawe, czemu nie air show) to impreza jednodniowa, jednak w przeddzień zawsze odbywa się dzień spotterski zwany tu... Photo Call. Dzień Spotterski Zgodnie z prognozą piątek przywitał nas „piękną”, słoneczną i bezchmurną pogodą. Byłoby super, gdybyśmy mieli iść na plażę, ale my mieliśmy fotografować obiekty w powietrzu. Dodatkowo przez większość czasu pod słońce. Plan dnia zakładał pobyt na terenie lotniska od godz. 8.00 do 20.00. Najpierw mieliśmy oglądać przyloty oraz treningi maszyn biorących udział w pokazach w dniu następnym. Następnie, po zabezpieczeniu przybyłych samolotów, mogliśmy udać się na wystawę statyczną. Po wejściu na teren bazy ulokowano naszą grupę (kilkuset spotterów) w strefach VIP. Te specjalnie wydzielone enklawy to charakterystyczny element organizacji pokazów lotniczych na Wyspach. Tutaj miłośnicy lotnictwa mogą podziwiać pokazy siedząc przy stolikach na wygodnych krzesełkach przy „bogatym wsparciu gastronomiczno-socjalnym”. Wszystko to oczywiście za znacznie wyższą cenę biletu. Według organizatorów miały to być również najlepsze miejsca do oglądania pokazów. Jak się szybko okazało , bardzo różniliśmy się w tej ocenie. Już na samym początku zdziwiło nas, że miejsca te zostały ulokowane nie w osi pokazów, ale dużo dalej z boku, na wysokości początku pasa. Na szczęście montowana jeszcze tego dnia trybuna, w której mieliśmy wykupione miejsca na dzień pokazów, umiejscowiona była już bliżej centrum akcji. Kiedy rozpoczęły się przyloty szybko okazało się, że nasze obawy były słuszne. Znajdowaliśmy się daleko od centrum wydarzeń. Przyczyniła się do tego decyzja o przeniesieniu lądowań na drugą stronę pasa, czyli daleko od specjalnie zgromadzonych tego dnia spotterów! Nie można było tego wytłumaczyć kierunkiem wiatru, bo wiatru praktycznie nie było. Efekt był taki, że większość samolotów przyziemiała w znacznej odległości od naszej miejscówki. Nie pomagały tu nawet długie ogniskowe, bo gigantyczna wręcz termika wykluczała jakiekolwiek ostre zdjęcia na dużym dystansie. Na szczęście od całkowitego zepsucia naszych humorów uratowało nas wspomniane już wcześniej wsparcie gastronomiczne ;). Dużo lepiej wypadły już treningi, a szczególnie przeprowadzony dwukrotnie finałowy Assault Demo. Byliśmy pewni, że kiedy następnego dnia dodadzą do tego pirotechnikę, to będzie się działo! Po zakończeniu operacji powietrznych udostępniono nam wystawę statyczną. Organizatorom udało się zgromadzić sporo ciekawych eksponatów. Dużą rolę odegrało mieszczące się w bazie doskonałe Muzeum Lotnictwa Morskiego. Na zwiedzających czekały m.in. Sea Harriery, F-4 Phantom i cały przegląd brytyjskich morskich śmigłowców. Tymczasem słoneczko weszło w fazę „magic hour”, a my ruszyliśmy zapolować na ciekawe ujęcia. Air Day Sobota znów powitała nas pogodą idealną na plażę. Na ten dzień mieliśmy wejściówki na photo grandstand, czyli specjalną trybunę przeznaczoną dla fotografów. W porównaniu do stref VIP była ona usytuowana bliżej centrum pokazów. Oprócz wydzielonego miejsca, akredytacja upoważniała również do uprzywilejowanego wjazdu na teren pokazów na godzinę przed otwarciem bram. Było to bardzo wygodne i dało możliwość zrobienia jeszcze krótkiej wycieczki po „statyce”. Wreszcie nadeszła godzina jedenasta i rozpoczęły się pokazy w locie. Otworzył je zespół akrobacyjny Red Arrows. Ich pokaz, choć oglądany już wielokrotnie, zrobił na nas duże wrażenie. Po pełnym problemów zeszłorocznym sezonie „Czerwone Strzały” wróciły do formacji złożonej z dziewięciu samolotów i dawnej sprawności. Żartowaliśmy, że to może efekt „własnego boiska”, ale tego dnia byli naprawdę rewelacyjni. Nie opadły jeszcze niebiesko-czerwone dymy, a w powietrzu pojawiła się pierwsza maszyna historyczna – należący do RN Historic Flight – Fairey Swordfish. Ten wyglądający dziś nieco archaicznie dwupłatowiec jest konstrukcją bardzo zasłużoną dla brytyjskiego lotnictwa morskiego. Bohater II Wojny Światowej, wsławił się w wielu operacjach Royal Navy, jak choćby zatopieniu niemieckiego pancernika Bismarck. „Tobołek”, jak pieszczotliwie nazywały go załogi, był jednym z trzech najważniejszych powodów naszego przyjazdu do Yeovilton. Pokaz takiego weterana z oczywistych względów nie był szczególnie dynamiczny, ale zobaczyć tę maszynę w locie to była duża frajda. Na zakończenie, podczas ostatniego przelotu załoga rozwinęła banderę lotnictwa morskiego i przy akompaniamencie „Rules Britannia” przedefilowała przed publicznością, oddając jej honory. Dla wielu starszych wiekiem widzów była to zapewne bardzo wzruszająca chwila. Po krótkiej lekcji historii, z charakterystycznym łopotem dwóch wielkich wirników do pokazu przystąpił Chinook HC2 z 27 dywizjonu RAF. Oglądając powietrzne harce tego kolosa, niezmiennie zdumiewają możliwości tej ciężkiej maszyny i umiejętności jej pilotów. Górki, gwałtowne zwroty, lądowania na tylnym podwoziu... naprawdę było co oglądać. Gdy żegnany oklaskami publiczności Chinook oddalał się ze strefy pokazu, z głośników usłyszeliśmy, że nad lotniskiem pojawił się intruz. Nim zdążyliśmy się zorientować czy to żart, czy realne ostrzeżenie, nad pasem na dużej prędkości przemknął pomalowany na piaskowy kolor myśliwiec z czarnymi krzyżami. Maszyną tą był Buchon, czyli hiszpańska kopia Messerschmitt'a109 wyposażona w brytyjski silnik Merlin. Chwilę później za pozorowanym „Niemcem” ruszył w pogoń brytyjski Spitfire. Obie maszyny zwarły się w udawanym powietrznym pojedynku. Trzeba przyznać, że wyglądało to bardzo realistycznie. Efektu dopełniały dźwięki kanonady z lotniczych karabinów i działek emitowane z głośników. W czasie kiedy nad głową harcowały myśliwce z II Wojny Światowej, na drodze kołowania sunął kolejny wojenny bohater. Tym razem był to weteran Zimnej Wojny – Avro Vulcan XH558. Maszyna przygotowywała się do wylotu na pokaz na innej imprezie i niebawem miała do nas powrócić. Charakterystyczny dźwięk rozpędzających się czterech silników Olympus to jest coś, co pamięta się długo. Trzeba przyznać, że na punkcie tego samolotu mamy prawdziwą „zakrętkę”... ale nie jesteśmy w tym odosobnieni :). Zawsze podczas startu Vulcana przypomina nam się zdumienie (i trzeba przyznać wzruszenie) jakie przeżyliśmy podczas RIAT'u 2009. W czasie pierwszego w historii tej imprezy publicznego startu odrestaurowanego Vulcana przez ryk czterech silników przebił się dźwięk… tysięcy oklasków. To było coś! Pokazy w Yeovilton trwały dalej. Na niebie zaprezentował się czeski L-159 ALCA w bardzo dynamicznym i „okraszonym” flarami pokazie, a zaraz po nim zespół Royal Jordanian Falcons. „Sokoły” wzbiły się w powietrze w (wyjątkowo) trzysamolotowym składzie. Powodem tego było uszkodzenie owiewki kabiny na odbywającej się tydzień wcześniej imprezie. Nie przeszkodziło im to jednak w zaprezentowaniu naprawdę ciekawego pokazu. Po akrobacjach znowu przyszedł czas na prezentację gospodarzy. Najpierw nad lotniskiem przedefilowała formacja Swordfisha w eskorcie dwóch śmigłowców Wildcat. W ten sposób zaprezentowano przeszłość i przyszłość FAA. Wildcaty to najnowszy nabytek lotnictwa morskiego. Bazujące na konstrukcji głęboko zmodernizowanego Lynx'a, będą stanowiły niedługo wyposażenie większość dywizjonów „morskich wiatraków”. Następnie zaprezentowała się mieszana formacja Lynxów i Wildcatów w demonstracji operacji antypirackiej. Rolę jednostki przestępczej odegrała pełna uzbrojonych i zamaskowanych osobników łódź... umieszczona na ciągnionej za samochodem przyczepie. Proste i pomysłowe! W skrócie: scenariusz przedstawiał sytuację, gdzie grupa piratów opanowała małą jednostkę i wzięła zakładnika. W krótkim czasie do akcji wkroczył zespół bojowy śmigłowców RN, który w wyniku szybkiej akcji uratował zakładnika oraz wyeliminował zagrożenie ze strony piratów... za pomocą rakiet i bomby głębinowej. Jakże skutecznie! W akcji wzięło udział aż 5 śmigłowców. Było dynamicznie z dużą ilością strzelaniny, pirotechniki i flar. Chwilę później niebo nad lotniskiem znów opanowały samoloty historyczne. Mustang, Sea Fury i Skyrider najpierw przedefilowały kilka razy we wspólnej formacji, aby później efektownie rozejść się do pokazów solowych. Nas najbardziej interesował Skyrider. Na tę charakterystyczną maszynę „polowaliśmy” już od dłuższego czasu i wreszcie się udało :). Gdy warbirdy kołowały już na pasie po swoich występach, lektor zapowiedział powrót Vulcana. Jego pokaz był drugim powodem naszego przyjazdu na tę imprezę. Przez dłuższy czas sądziliśmy, że będzie to pożegnanie z tą kultową maszyną. Pod koniec zeszłego roku ogłoszono, że 2013 będzie najprawdopodobniej ostatnim sezonem pokazów XB558 w locie. Na szczęście tuż przed naszym wyjazdem na Wyspy pojawiła się informacja o „Operacji 2015” – szeregu działań mających na celu przedłużenie stanu lotnego jeszcze o dwa lata. Nie pozostało nic innego jak trzymać kciuki... i złożyć donacje. Oglądanie pokazu Vulcana jak zwykle dało mam wiele przyjemności. Nie było co prawda dopalaczy, flar, spektakularnych efektów powietrznych, ale ujrzeliśmy za to poezję latania, pokaz ludzkiego geniuszu i ofiarności. Pokazy osiągnęły półmetek. Słońce stało wysoko i grzało bardzo mocno. Termika wykluczała zrobienie ostrego zdjęcia nie tylko na płaszczyźnie lotniska, ale nawet kilkanaście metrów nad nią. Nie zważając na to, w powietrzu pojawiały się kolejne maszyny. Augusta A-109 belgijskich sił powietrznych zaprezentowała znany z poprzedniego sezonu dynamiczny i bogaty we flary pokaz, który zapełnił zdjęciami wiele kart. Następnie niebo nad Yeovilton przejął dla siebie Tucano T1 z 72. dywizjonu RAF. W tym roku maszynę zaprezentowano w malowaniu pustynnym nawiązującym do działań tego dywizjonu nad Afryką Północną w czasie II WŚ. Ciekawostką była prezentacja pasażerskiego Saab 2000. Jego pilot bardzo starał się pokazać, że na takiej maszynie też można trochę „powywijać”. Ciekawe co myśleliby o tym jego pasażerowie :). Wreszcie na pas wykołował pierwszy z zapowiedzianych w programie palników. Był to Gripen czeskich sił powietrznych. Maszyna nosiła „tygrysie” malowanie. Choć obecna jego wersja jest mało „klasyczna”;) trzeba przyznać, że zwraca on na siebie uwagę. Pilot zaprezentował bardzo dynamiczny pokaz wzbogacony o rzucanie flar. Oprócz Gripena rodzinę „szybkich” reprezentowały jeszcze Typhoon z 29. dywizjonu RAF oraz belgijskie demo F-16. Bezchmurne niebo pozwalało na wykonywanie pełnego wariantu pokazu. Dla bogatego w smugacze i flary demo F-16 były to wręcz idealne warunki i kapitan Renaud "Grat" Thys wykorzystał je w 100 procentach! Pozbawione tego typu „dodatków” demo Typhoona wypadło w tych warunkach wizualnie mniej atrakcyjnie. Pilot wykonał swój pogram genialnie, zabrakło jednak tak lubianych i oczekiwanych przez nas oderwań. Oprócz „fast jetów” sił powietrznych na niebie zaprezentowało się również lotnictwo morskie. Najpierw pojawiła się przypominająca nietoperza maszyna z widlastym ogonem. Po przelocie nad pasem zatoczyła krąg i wylądowała. Był to Sea Vixen – jedyny latający egzemplarz brytyjskiego myśliwca pokładowego z lat sześćdziesiątych. Już dawno chcieliśmy go zobaczyć w locie. Niestety, tym razem mieliśmy pecha. Maszyna nie otrzymała na czas odpowiednich certyfikacji i nie mogła wykonać pokazu dynamicznego. No cóż, do następnego razu! – powiedzieliśmy do siebie. Tymczasem nad Yeovilton prezentowały się również śmigłowce. Najpierw pojawiła się formacja lotnictwa wojsk lądowych w składzie Lynxa i Wildcata. Po krótkiej prezentacji obu maszyn „na scenie" pozostał Lynx. Jego pełen karkołomnych wręcz manewrów pokaz wzbudził duże emocje wśród publiczności. Pętle, przewrotki, gwałtowne nurkowania – to było latanie na najwyższym poziome! Po „zielonych wiatrakach” przyszedł czas na szare z marynarki wojennej. W pierwszej kolejności zaprezentował się zespół demonstracyjny Black Cats. Choć tym razem wystąpił w składzie jednej maszyny, pokaz był bardzo dynamiczny i efektowny. Po lekkim Lynxie strefę pokazów przejął Merlin. Zaprezentowano go w wersji do zwalczania okrętów podwodnych. Jego załoga pokazała zgromadzonej publiczności, że ta ciężka maszyna potrafi być bardzo zwrotna i poruszać się bardzo precyzyjnie. Pokazy powoli zbliżały się do finału. Na horyzoncie pojawiła się charakterystyczna trójsamolotowa formacja. Wielki czterosilnikowy bombowiec w towarzystwie dwóch małych myśliwców. Battle of Britain Memorial Flight, czyli Lancaster w towarzystwie Spitfire’a i Hurricane'a. Po kilku wspólnych przelotach maszyny zaprezentowały się w pokazach solowych. BITWA Kiedy sylwetki maszyn BBMF niknęły już na horyzoncie, na pas wykołowały dwa czarne L-29 Delfin. Z głośników dowiedzieliśmy się, że za moment wystąpi przed nami grupa Red Star Rebels. OK, niech tam sobie latają – my już się przygotowywaliśmy do mającego wystąpić później Assault Demo. Niestety, daliśmy się zaskoczyć. Kiedy przeprowadzaliśmy ostatnią kontrolę sprzętu przed akcją, lotniskiem wstrząsnęła eksplozja. Gdy podnieśliśmy głowy, na wysokości wieży unosił się już tylko dym po wybuchu, a nad pasem przemknęła para czarnych samolotów. W tym samym czasie na teren pokazów z dużą prędkością wjechało kilka pojazdów terenowych wypełnionych uzbrojonymi ludźmi. Z głośników dowiedzieliśmy się, że lotnisko zostało zaatakowane i że wzięto zakładników. Jednocześnie usłyszeliśmy, że informacja o ataku dotarła już do dowództwa grupy amfibijnej na HMS Ocean i lada chwila powinniśmy spodziewać się zdecydowanej odpowiedzi. Komentatorzy bardzo starali się brzmieć poważnie, ale słychać było, że bawią się świetnie ;). Intruzi założyli swoją bazę mniej więcej po środku lotniska na wysokości wieży. Po kilku minutach nisko tuż nad drzewami po prawej stronie lotniska pojawił się Wildcat. Maszyna wleciała w strefę pokazów, zniżyła wysokość i wysadziła sekcję zwiadowców. Po dokonaniu rozpoznania rozpoczął się atak. Pierwsze do akcji weszły Hawki „atakując” pozycje przeciwnika symulowanymi bombami. Następnie do walki dołączył się szturmowy Apache i uzbrojony Wildcat lotnictwa wojsk lądowych. Wreszcie, kiedy przeciwnik został „przyduszony”, rozpoczął się desant sił głównych realizowany przez formację sześciu Sea Kingów. Operację przeprowadzono w kilku falach z wykorzystaniem różnych technik desantowania. Oprócz oddziałów szturmowych przetransportowano również działon artylerii, który już chwilę po wylądowaniu wspierał „ogniem” siły atakujących. Na terenie działań pojawiły się również transportery opancerzone Viking. Kiedy zakładnicy zostali już uratowani, przystąpiono do całkowitej eliminacji zagrożenia ze strony przeciwnika. Do akcji po raz kolejny ruszyło lotnictwo, śmigłowce uderzeniowe, artyleria i piechota. Jednym słowem „pełna projekcja siły”. Po zakończonej sukcesem „operacji” nad strefą pokazu ponownie zjawiły się wszystkie biorące w niej udział maszyny. Nadszedł czas na „ścianę ognia”. Gdy załogi ustawiły swoje maszyny w ustalonym szyku, przelatująca za nimi para Hawków wznieciła symulowanym bombardowaniem serię widowiskowych eksplozji. Wow! To było to, po co tu przyjechaliśmy! Mega dynamiczny pokaz z dużą ilością zaangażowanego sprzętu i efektów pirotechnicznych. Czas na podsumowanie RNAS Yeovilton Air Day to jak na brytyjskie warunki impreza średniej wielkości. Jeśli chodzi skalę i ilość zebranych maszyn, daleko jej do takich „molochów” jak RIAT. Z pewnością jednak jest to wydarzenie, które warto zobaczyć. Podobnie jak Flying Legends w Duxford ma swój niepowtarzalny klimat i rzesze wiernych fanów. W czasie dnia spotterskiego poznaliśmy jednego z nich – Brytyjczyka polskiego pochodzenia, który na Air Day przyjeżdża co roku od lat siedemdziesiątych! Co ciekawe, od kilku lat odwiedza je w towarzystwie swojego syna. Tak trzymać! Na pewno istotnym składnikiem tego „efektu Yeovilton” jest miejsce – baza lotnictwa morskiego, nosząca w Royal Navy nazwę HMS ‘Heron’ oraz mieszczące się na jej terenie fantastyczne muzeum. Drugim składnikiem jest program imprezy. Ciekawy, dobrze skomponowany z mocnym „pierwiastkiem morskim” ;). Ogólnie można powiedzieć, że impreza była bardzo dobrze zorganizowana. Widać było duże doświadczenie organizatorów. Całość pokazów przebiegała w dobrym tempie bez niepotrzebnych dłużyzn. Dużą zasługę mieli w tym prowadzący, którzy bardzo sprawnie zajmowali publiczność, kiedy nic akurat nie działo się w strefie pokazów. Główną atrakcją był oczywiście zamykający każdą imprezę Demo Assault. Prezentacje w takiej skali występują na pokazach bardzo rzadko. Jedynym poważnym mankamentem jest usytuowanie strefy dla widzów po północnej stronie pasa czego efektem jest robienie zdjęć pod słońce. Podsumowując, RNAS Yeovilton Air Day uznaliśmy za bardzo udane. Wyjeżdżaliśmy zadowoleni, z dużą liczbą zarejestrowanych zdjęć i filmów oraz świadomością, że to jeszcze nie koniec lotniczych emocji! Następnego dnia czekały na nas przecież „Latające Legendy” w Duxford… ale to już inna historia. Przemek „Youzi” Szynkora

FLYING LEGENDS 2013 (Wielka Brytania, EGSU)

The Flying Legends odbywające się co roku w Duxford są pokazami wyjątkowymi. Ich wyjątkowość polega na tym, że nie da się tam zobaczyć maszyn nowoczesnych, które zwykle latają na wszystkich innych imprezach. W Duxford latają jedynie maszyny historyczne, głównie z lat II Wojny Światowej. Dla miłośników tego okresu jest to prawdziwy raj na ziemi, czy może raczej na niebie. Spitfire, Mustang, Lancaster, Hurricane, Messerschmitt czy Wildcat to nazwy znane wszystkim miłośnikom historii lotnictwa. Te wszystkie cudeńka (i nie tylko one) można podziwiać każdego roku na niebie nad Duxford. Jest zatem oczywiste, że każdego roku są tam także fotografowie z SPFL. Rok 2013 nie był tutaj wyjątkiem. Wizytę na lotnisku warto rozpocząć od zwiedzenia wspaniałej ekspozycji muzealnej. Mieści się tam bowiem jeden z oddziałów słynnego Imperial War Musem. Dobrowolny datek na muzeum jest zresztą wliczony w cenę biletów :). Ponieważ pokazy w powietrzu zaczynają się dopiero o godzinie 14.00, jest sporo czasu na podziwianie zgromadzonych tam eksponatów. W części lotniczej można obejrzeć prawdziwe perełki takie jak słynny SR-71 Blackbird, który jest chyba najbardziej oblegany, ale także nie mniej słynny U-2. Można zajrzeć do kabiny F-15 czy Liberatora, można także usiąść na ławeczce w cieniu ogromnego B-52 i podziwiać jego majestat. Osobną częścią jest ekspozycja naziemna, w której można zobaczyć jak wyglądało uzbrojenie na przestrzeni lat – od I Wojny Światowej aż do wojny w Iraku. Pośród zgromadzonych tam eksponatów znajduje się także jeden z najsłynniejszych czołgów II Wojny Światowej czyli T-34/85 w polskim malowaniu. Co prawda nie ma na nim wymalowanego numeru taktycznego 102, ale każdy kto wychował się na przygodach czterech pancernych i psa, z pewnością nie będzie zwracał uwagi na takie drobiazgi :). Muzeum, choć wspaniałe i warte polecenia, nie jest jednak głównym powodem odwiedzin, zwłaszcza jeśli na koszulce znajduje się logo Air-Action. Najważniejsze jest to co dzieje się w powietrzu, a dzieje się naprawdę dużo. Mimo że same pokazy nie są zbyt długie bo trwają jedynie trzy – cztery godziny, to na niebie ani na sekundę nie cichnie dźwięk silników. Pozorowana walka pomiędzy parą Messerschmittów Me-109 i czwórką Spitfire’ów, przelot legend takich jak Latająca Forteca czy Lancaster, prezentacja zadziwiających możliwości Fi 156 Storch, który potrafi niemal zatrzymać się w miejscu, szybki dynamiczny pokaz Mustangów czy równie dynamiczny pokaz radzieckich Jaków – tam naprawdę nie można się nudzić. Z trudem można wygospodarować czas na zmianę karty w aparacie. Pogoda w tym roku nie rozpieszczała zbytnio, przez głośniki ustawione na lotnisku prowadzący co jakiś czas przypominali, że obowiązuje „Official Government Heat Alert”. Bezchmurne niebo powodowało, że nie było ani skrawka cienia, a temperatura dochodziła do 35 stopni. W cieniu oczywiście, w słońcu woleliśmy nie sprawdzać :). Taka pogoda ma też tę wadę, że od pasa startowego biły potężne fale rozgrzanego powietrza, co dosyć skutecznie utrudniało robienie zdjęć w trakcie przelotów na małej wysokości. Stosując się więc do zaleceń prowadzących, apelujących o przyjmowanie dużej ilości płynów, staraliśmy się mimo wszystko zrobić jak najlepsze zdjęcia. Rzadko spotykanym utrudnieniem był fakt, że na terenie całego lotniska były jedynie dwa punkty sprzedające piwo, z czego na drugi dzień został jeden. Cóż, co kraj to obyczaj! Pewną niedogodnością jest także położenie samego lotniska, które powoduje że praktycznie rzecz biorąc przez cały dzień fotografuje się pod słońce. Warto wspomnieć także dwa słowa na temat komentatorów. Choć początkowo wydawało mi się, że ze swoim sposobem prowadzenia bardziej pasowaliby do nocnych audycji radiowych na temat historii jazzu, to po kilkunastu godzinach doszedłem do przekonania że są wyjątkowi. Ludzie z pasją, którzy dysponują ogromną wiedzą na temat lotnictwa i jego historii oraz potrafią ją w bardzo sugestywny sposób przekazać zgromadzonej publiczności. Znakomicie wpisuje się to w rolę muzeum, na terenie którego odbywają się pokazy. Impreza zakończyła się słynnym Balbo, czyli przelotem w szyku wszystkich biorących udział w pokazie maszyn. Wrażenie jest niesamowite i to już od chwili startu. Widok kilkudziesięciu samolotów podrywających się w powietrze jeden po drugim przywołuje na myśl czasy Bitwy o Anglię. Tak musiało to wtedy wyglądać! Kiedy potężna fala przelatuje nad głową, po plecach przechodzą ciarki i ma się wrażenie podróży w czasie. Nie chcę nawet myśleć jak wielkiego wysiłku wymaga zorganizowanie wszystkiego tak, aby odbyło się w sposób bezpieczny. Podsumowując: The Flying Legends to impreza, którą powinien odwiedzić każdy kto interesuje się lotnictwem i jego historią. Nawet jeśli się nie chce fotografować, warto to po prostu zobaczyć i przeżyć. Ze swojej strony gorąco polecam. Mimo iż miałem okazję być na wielu pokazach, te w Duxford są zupełnie wyjątkowe. Tomasz „Tomaszek” Kępski

PIKNIK W KRAKOWSKIM MUZEUM LOTNICTWA (Polska, EPKC)

Za nami już 9. edycja tej imprezy. W tym roku przed pokazami byliśmy pełni obaw o warunki pogodowe – zapowiadało się deszczowo i pochmurnie. I tak właśnie wyglądał początek pokazów. Rzęsisty deszcz i niska podstawa chmur. Po kilku godzinach zaczęło się rozpogadzać i w powietrze wzbiły się pierwsze maszyny. Pokazy na dobre rozpoczęli goście z Rumunii, czyli Aerobatic Yakkers dając piękny pokaz. Po nich w niebo wzbija się kolejno Jak-18, RWD-5 i Artur Kielak, który swoim małym akrobatem wyczynia cuda nad Krakowem. Po pokazie XA-41 z pasa oderwały się w parze dwa Pipery Cub, ale w trakcie wznoszenia żółty Piper miał problemy, tracił moc i wysokość – pilot musiał lądować awaryjnie. Na szczęście wyszedł z tego cało, a po odholowaniu uszkodzonej maszyny pokazy zostały wznowione. Pierwszą atrakcją był solowy pokaz Wojciecha Krupy na samolocie Zlin Z-50LS. Po liderze Grupy Akrobacyjnej Żelazny ponownie zaprezentował się Artur Kielak. Tuż po nim wystąpiła grupa 3at3 i klasyk pikniku w Krakowie – Uwe Zimmermann. Po Extrze 300-200 na niebie pojawił się Wojciech Krupa z zespołu Żelazny i Jerzy Makula. Krupa na Extrze 330 LC wykonał kilka beczek i lot odwrócony, a holowany przez niego szybowiec FOX pozostawał nieruchomy. Sprawiało to niesamowite wrażenie. Na koniec wystąpiła załoga samolotu Bronco, którzy przyleciała prosto z pokazów w Zeltweg, a także dwa Zliny Z-50. Pokazy w niedzielę uświetnił dodatkowo stały bywalec pikniku Jurgis Kairys. Kolejną atrakcją tego dnia był występ pary TS-11 z płk Jerzym Leniem i XA-41 z Arturem Kielakiem za sterami. Małopolski Piknik Lotniczy to wspaniała impreza lotnicza. Mam nadzieję, że piknik w kolejnych latach będzie organizowany i nie straci na jakości, bo ciekawa sceneria i panujący tam niezwykły klimat sprawiają, że wszyscy chcemy tam wrócić. Kamil ,,Kamio” Łach
Back to Top