Search

THE ROYAL INTERNATIONAL AIR TATTOO (Wielka Brytania, EGVA)

There are many airshows but there is only one Air Tattoo! – jest wiele pokazów lotniczych, ale Air Tattoo jest tylko jeden. Taki napis widniał na koszulce, którą kupiłem na moim pierwszym RIATcie w 2006. Trochę czasu od tego momentu już minęło, ale hasło cały czas jest aktualne. Od blisko 44 lat co roku (z jednym wyjątkiem ;)) w połowie lipca w bazie RAF Fairford odbywają się Royal International Air Tattoo największe/najważniejsze pokazy lotnicze w Europie. Można się oczywiście spierać co do tego, czy cały czas są to największe pokazy itd., ale nikt chyba nie ma wątpliwości, że jest to najważniejsza impreza lotnicza na naszym kontynencie. Pięć dni bliskiego kontaktu z lotnictwem, setki samolotów, ciekawy program pokazów i świetna organizacja to wizytówka tej imprezy. Oczywiście RIAT zmienił się (czytaj zmniejszył się) od mojej pierwszej wizyty. Czasy, kiedy z tym co stało na płaszczyźnie postojowej w Fairford, można było prowadzić małą wojnę powietrzną, już minęły, ale trzeba pamiętać, że zmieniły się również realia, w jakich żyjemy. Siły powietrzne większości państw zmniejszają swoje stany sprzętowe, wycofywane są kolejne typy samolotów, wprowadzane są coraz to nowe oszczędności w budżetach obronnych wielu krajów. Biorąc to wszystko pod uwagę, należy podziwiać organizatorów, że wciąż są w stanie zorganizować imprezę o takim rozmachu. Pomimo tych wszystkich ograniczeń co roku na RIATcie jest co oglądać! I tak też było w tym roku… Motywem przewodnim tegorocznej edycji imprezy była obrona powietrzna kraju – w przeszłości, dziś i w przyszłości. Temat ten został wybrany nieprzypadkowo. Z jednej strony obchodzimy w tym roku 75. rocznicę Bitwy o Anglię, a z drugiej sprawa bezpieczeństwa własnej przestrzeni powietrznej staje się na Wyspach znowu bardzo aktualna. Wraz z coraz częstszymi „wizytami u bram Albionu” rosyjskich bombowców strategicznych, Królewskie Siły Powietrzne mają coraz więcej pracy na tym obszarze działań. Trzeba przyznać organizatorom, że prezentacje motywu przewodniego zrealizowali z iście angielską elegancją. Jego element historyczny przedstawiono w formie wielkiej powietrznej defilady oraz kilku pokazów solowych maszyn historycznych. Prawdziwym majstersztykiem był jednak wspólny pokaz Typhoona i Spitfire’a, a więc przeszłości i przyszłości brytyjskiego lotnictwa. Przeloty w ciasnej formacji, mijanki i na zakończenie popisy solowe pokazały zarówno wysoki kunszt pilotów, jak i możliwości maszyn – szczególnie supernowoczesnego Typhoona. Dodatkowo maszyna ta otrzymała na ten sezon specjalne malowanie okolicznościowe nawiązujące do wojennego kamuflażu dywizjonów myśliwskich RAF z tego okresu. Podobnie jak w zeszłym roku również tegoroczna edycja została przygotowana jako impreza trzydniowa (piątek, sobota, niedziela). W pierwszy dzień, formalnie będący dniem obchodów 75. rocznicy Bitwy o Anglię, pokazy rozpoczynały się po południu i były poprzedzone serią treningów kwalifikacyjnych. Na niebie zaprezentował się m.in. francuski duet RAMEX Delta oraz nasz MiG-29 z 23BLT, za którego sterami siedział kpt. Adrian Rojek. Widowiskowy start i agresywny pokaz naszego „smokera” po prostu oszołomił zebraną publiczność… a przynajmniej zebranych wokół nas lotniczych świrów z całej Europy (i nie tylko). Możliwość oglądania ich reakcji… była bezcenna ;). Świetny pokaz uatrakcyjniła jeszcze sama natura. Wysoka wilgotność powietrza spowodowała, że na powierzchniach maszyny rozgrywał się prawdziwy festiwal oderwań, chmurek i wszelkich innych efektów… Po zakończeniu sesji treningowej rozpoczęły się regularne pokazy. Tego dnia oprócz wspomnianej wcześniej parady powietrznej, występów Blenheima, Typhoona i Spitfire’a czekały na nas jeszcze inne atrakcje. Niesamowity pokaz umiejętności pilotażu oraz możliwości maszyny dała załoga Airbus Military, prezentująca transportowego A400M. Wyglądało to trochę jakby latający nim piloci zapomnieli, że jest to wielki transportowiec, a nie zwinny myśliwiec. Było na co popatrzeć. Swoją reprezentację miały tego dnia również śmigłowce. W powietrzu zobaczyliśmy czeskiego Mi-35, holenderskiego Apache oraz amerykańskiego CV-22B Osprey. Niestety pozbawiony flar pokaz AH-64 (na RIATcie od 2007 roku nie wolno rzucać flar) wypadł trochę słabo. Wreszcie przyszedł czas na palniki! Tego dnia nad głową huczał nam polski MiG-29 (powtórnie), belgijski F-16, Typhoon gospodarzy (tym razem solo) i „Zeus”, czyli demo F-16 helleńskich sił powietrznych. O ile pierwsi trzej soliści „dali prawdziwego ognia”, o tyle pokaz znanego z fajnych do tej pory występów Greka był po prostu nudny. Przeloty po prostej z lewa na prawą na dużej prędkości to trochę mało jak na imprezę tej rangi. Oprócz solistów zaprezentowały się także zespoły akrobacyjne. Ciekawy pokaz (po raz pierwszy na RIAT) dała para Hawk’ów T2 z IV dywizjou RAF. Zaprezentowali oni tzw. Role Demo, czyli prezentację zastosowania bojowego. Dynamiczny, bogaty w pirotechnikę pokaz był naprawdę atrakcyjny. Oprócz nich zaprezentowała się w powietrzu formacja trzech uderzeniowych Tornado. Były to maszyny z Tri-National Tornado Training Establishment z ośrodka szkolącego pilotów z Wielkiej Brytanii Niemiec i Włoch. Ta potencjalnie bardzo ciekawa prezentacja… zakończyła się trzema przelotami po prostej. Wielka szkoda! :( Wreszcie w powietrzu zaprezentowały się zespoły akrobacyjne, i to nie byle kto, lecz sam TOP, czyli Patruille de France oraz Red Arrows. Piloci obu zespołów nie zawiedli i dali, jak zwykle, fenomenalne przedstawienie. Pierwszy dzień pokazów kończył się, a my już nie mogliśmy doczekać się dni następnych tym bardziej, że miały obfitować w dodatkowe atrakcje. Drugi dzień pokazów przywitał nas znacznie lepszą pogodą. Nie zapowiadano już deszczu, a jedynie częściowe zachmurzenie co w realiach RIAT dawało nadzieję na piękne widoki. Ten dzień część naszej ekipy postanowiła spędzić „pod płotem” poza terenem lotniska. Według programu oprócz „zestawu” z piątku czekały na nas dodatkowe atrakcje. Pokazy otworzył Patrulla Aguilla – zespół reprezentacyjny hiszpańskich sił powietrznych. Choć nie jestem wielkim fanem tej formacji, muszę jednak przyznać , że połączenie porannego słońca z ich gęstymi dymami oraz miejscówką po drugiej stronie pasa dało bardzo smakowite efekty ;). Dalej pokazy zaczynały nabierać większego tempa. W kolejności wystąpił belgijski F-16, Typroon RAF oraz „szalony” A400M. Następnie zaprezentowała się pierwsza nowość tego dnia Army Air Corps Role Demo, czyli pokaz zastosowania bojowego w wykonaniu pary WAH-64D Apache. Była to prawdziwa fotolotnicza uczta. Bardzo dynamiczny pokaz z dużą ilością pozoracji pirotechnicznych był naprawdę świetny. Nie opadł jeszcze dym po kończącej pokaz Apaczy ściganie ognia, kiedy nad lotniskiem pojawiły się trzy Tornada. Niestety, podobnie jak w piątek zobaczyliśmy jedynie „spacerek” wzdłuż pasa… ale i tak było ładnie. Dla mnie, te maszyny zawsze prezentują się pięknie. ;). Chwilę później „przenieśliśmy się w czasie”. Nad lotniskiem rozpoczął się pojedynek Spitfire’a z Bf-109. Następnie w powietrze wzniosły się dwa Mirage 2000, co oznaczało, że zaraz zrobi się bardzo głośno. Pokaz francuskiego duetu RAMEX Delta był jak zwykle bardzo widowiskowy :), szczególnie kiedy oglądało się go z takiego bliska. Precyzja i synchronizacja tej pary jest niesamowita i ten dźwięk! Po pokazie Francuzów przyszła chwila oddechu. Niebo przejęły maszyny śmigłowe, najpierw Osprey, później śmigłowce: niemiecki Bo-105 i szwajcarska Super Puma. Ta ostatnia rozpoczęła swój pokaz widowiskowym przelotem w towarzystwie 9 maszyn PC-7 ze szwajcarskich sił powietrznych, które później również zaprezentowały się w powietrznym pokazie. Impreza rozkręcała się. Charakterystyczny klekot łopat dwóch wirników zasygnalizował nam, że rozpoczynał się występ Chinook’a HC4 RAF. Widziałem go już wiele razy, ale za każdym razem jestem pod ogromnym wrażeniem możliwości tej maszyny i umiejętności jej pilotów. W ich rękach ten wielki, dwuwirnikowy śmigłowiec tańczy po niebie, jak lekka maszyna. Po Chinooku przyszła kolej na następnego debiutanta na RIAT’15: morski samolot patrolowy P-1 lotnictwa Japońskich Morskich Sił Samoobrony(!). Możliwość oglądania tego samolotu w Europie to było coś wyjątkowego. Wreszcie zbliżała się godz. 14:00 i na pas zaczęły wykołowywać maszyny historyczne: Blenheim, pięć Hurricane’ów, dwa (udające Bf-109) Buchony oraz dziesięć (!) Spitfire’ów. Był to znak, że rozpoczyna się jeden z głównych elementów tegorocznego RIATu: przelot upamiętniający 75. rocznicę Bitwy o Anglię. Po starcie samoloty sformowały się w klucze i cała formacja kilkukrotnie przedefilowała przed zgromadzona publicznością. Po defiladzie solowo zaprezentował się Bristol Blenheim. Ten świeżo odrestaurowany lekki bombowiec z okresu II wojny również debiutował na tych pokazach. Generalnie był to pierwszy sezon pokazowy tej maszyny po zakończonej sukcesem wieloletniej odbudowie. Po bloku maszyn historycznych przyszedł czas na popisy gospodarzy… niebo nad Fairford przez kilkanaście minut należało do Red Arrows. „Czerwoni” latali jak zwykle… czyli fenomenalnie. :) Po swoim programie maszyny nie wylądowały jednak na lotnisku, tylko oddaliły się do strefy oczekiwania. Nadszedł moment, na który czekała większość widzów zgromadzonych na terenie i wokół lotniska. Do swojego pokazu przygotowywał się Vulcan XH558. Dla nas również był to najważniejszy punkt tych pokazów. Kiedy na początku roku ogłoszono, że rok 2015 będzie ostatnim sezonem, w którym będziemy mogli podziwiać w locie tę piękną maszynę, klamka zapadła. Jeżeli zobaczyć Vulcana po raz ostatni, to tylko na RIATcie. Czym jest ta maszyna i cały związany z nią projekt „Vulcan to the Sky”, pisać nie trzeba. Nigdy nie zapomnę tej elektryzującej atmosfery i burzy oklasków, jaką było słychać, kiedy na RIAT 2009 przywrócony niedawno do lotów Vulcan startował do swojego pierwszego na tej imprezie pokazu. Wróćmy jednak do 2015 roku :). Po dynamicznym, wręcz „myśliwskim” starcie, pilot poprowadził maszynę do pięknego pożegnalnego pokazu. Wielkim finałem był oczywiście wspólny przelot w formacji z zespołem RED ARROWS. Być może trudno w to uwierzyć, ale wielu ludzi wokół miało łzy w oczach. Kiedy podczas ostatniego przelotu usłyszeliśmy słynny „Vulcan howl” – do nas też „dotarło”, że widzimy te maszynę w locie najprawdopodobniej po raz ostatni. Ech… Pokazy trwały dalej. Niebo nad nami przejęły palniki. Najpierw „Zeus”, a później kpt. Adrian Rojek na swoim MiG-u. Pierwszy pokaz niestety ponownie nie wzbudził większych emocji, drugi natomiast „zwalił z nóg”. Najpierw „kosiak” po starcie, a później prawie pionowe wznoszenie… tak się robi powietrzne show! Dalej było już „jak zwykle”, czyli dynamicznie i agresywnie :). Jakaż szkoda, że na RIATcie nie można rzucać flar, to byłby dopiero pokaz! Na takie specjały trzeba będzie poczekać do Radomia :). Po naszym MiG-u ponownie zaprezentowali się gospodarze. Najpierw zobaczyliśmy rewelacyjny wspólny pokaz Typhoona i Spitfire’a, a późnie bogate w pirotechniczne fajerwerki Role Demo na Hawkach T2. Było co oglądać. Pokazy powoli się kończyły. Na deser zostały nam jeszcze dwa fotolotnicze specjały. Najpierw F-18 z Finlandii oraz Patrouille de France. Fiński pilot jak zwykle zaserwował nam piękną akrobację na dużych kontach natarcia z prawie non stop włączonymi dopalaczami. Według mnie jest to najlepsze demo „Horneta” „dostępne na rynku” ;). Pokazy zamknęli, jak zwykle rewelacyjni, Patrouille de France. Zdecydowanie razem z „Czerwonymi” stanowią absolutny Top Class w swojej kategorii. Tak zakończył się drugi pełen emocji dzień na RIAT’15. Niedziela przywitała nas jeszcze bardziej słoneczną pogodą. Program ten sam, co w sobotę, przebiegał w równie emocjonującej atmosferze. Chyba jedyną różnica był występ RAMEX Delta… w pojedynkę. Po tym jak zaraz po starcie jeden z Mirage’ów „złapał” ptaka i musiał lądować awaryjnie, druga załoga dokończyła pokaz solowo. RIAT to, oprócz oczywiście okazji do powiększenia swojego fotolotniczego portfolio, miejsce, gdzie można spotkać lotniczych fotografów praktycznie z całego świata. Dla nas była to także okazja na kolejne spotkanie ekipy spod znaku SPFL, a jak to mówią: tam, gdzie jest już trzech ludzi spod znaku niebieskiej mocy, tam jest zabawa :) … a było nas znacznie więcej… Podsumowując, Royal International Air Tatto to z pewnością jedna z najciekawszych imprez lotniczych na naszym kontynencie. Jest to wydarzenie wyjątkowe. Można tu zobaczyć najciekawsze maszyny i zespoły demonstracyjne. Często tylko na RIATcie możemy swobodnie podziwiać samoloty, do których dotarcie (szczególnie mieszkając w Polsce) byłoby utrudnione lub wręcz niemożliwe. Jest to miejsce o szczególnej atmosferze. Możesz poznać fotografów lotniczych z całego świata, ludzi, których zdjęcia podziwiasz na profesjonalnych stronach lub w czasopismach. Co jednak jest najważniejsze: RIAT to wielkie święto lotnictwa wojskowego. Tutaj zawsze jest co oglądać. Tak więc… Do zobaczenia za rok! Przemek „Youzi” Szynkora

FLYING LEGENDS (Wielka Brytania, EGSU)

Flying Legends – dla jednych najważniejsza impreza w roku, dla innych nuda i „drewutnie”. Należę do tych pierwszych, więc 11 i 12 lipca 2015 roku spędziłem w Duxford. Jeżeli ktoś pierwszy raz czyta o „Flying Legends”, wyjaśniam – są to największe w Europie pokazy lotnicze, na których latają tylko samoloty z napędem tłokowym, w większości myśliwce z okresu II wojny światowej. Pokazy rozpoczynają się około godziny 14, ale kto przyjedzie wcześniej nie będzie się nudził. Impreza odbywa się na terenie Imperial War Museum, więc przy okazji można zwiedzić kilka hangarów z samolotami, czołgami, innym sprzętem wojskowym i różnymi ciekawostkami. Kto nie lubi zamkniętych pomieszczeń może odwiedzić Flight Line Walk – wystawę utworzoną z samolotów, które będą brały udział w pokazach - około 50 maszyn. Przed samolotami paradują panie i panowie w strojach z epoki. Jak się poprosi, można sobie zrobić wspólne zdjęcie. Dla amatorów książek lotniczych, wszelkiej maści breloków, kubków z samolotami, kalendarzy, koszulek i innych ubiorów lotniczych oraz piwa „Spitfire” przygotowano około kilometrowej długości rząd namiotów i stoisk handlowych. Gdzieś w tle słychać muzykę w stylu lat czterdziestych – to koncert zespołu Manhattan Dolls. Pamiętacie filmy z Flipem i Flapem? Takich dwóch śmiesznych panów w melonikach – też ich tu spotkacie. No dobra, a co lata? W tym roku – formacja 11 Spitfire’ów, para Korsarzy, Bearcat, cztery Mustangi, cztery Curtissy (2 P-40 i 2 P-36), dwa Buchóny i jeden prawie prawdziwy „Messer” Bf-109, Blenheim eskortowany przez 3 „Spity” Mk. I i Hurricane’a w barwach Dywizjonu 303, majestatyczna B-17 „Sally B”, Wildcat, Avenger, Sea Fury, „Morane” 406 (D-3801), „redbullowe” Mitchell i Lightning, Dakota i „Ciotka Ju” (Ju-52). Ze starszego pokolenia, dwa Gladiatory i trzy dwupłaty Hawkera – Fury i 2 Nimrody. Pojawił się też lżejszy kaliber – trójka samolotów Piper Cub i akrobacyjny Bücker Bü 131. Codziennie około 4 godzin latania i to wszystko praktycznie bez przerwy (nie licząc około 10 minut w niedzielę, gdy przyszła chmura z silnym opadem). Podczas Flying Legends cały czas coś wisi w powietrzu. Kolejni „aktorzy” nie czekają aż poprzednicy skończą. Gdy tylko w powietrzu zrobi się luźniej, na przykład podczas nawrotu do kolejnego kosiaka, następni w kolejce idą już w powietrze. Bywa i tak, że z pasa startuje kolejny samolot, a w tym samym czasie, na przeciwnym kierunku, ktoś śmiga prawie nad naszymi głowami (da się? ). Niektórzy po lądowaniu kierują się prosto na stojankę, inni jadą do końca pasa i zjeżdżają na drogę kołowania. Otwarta owiewka kabiny, „zimny łokieć” i te sprawy... Publiczność jest zachwycona. Każdy dzień kończy Balbo. Ponad dwadzieścia samolotów ponownie zajmuje miejsce do startu i po sygnale kolejno, a często i po kilka naraz startuje do wspólnego przelotu. Kiedy cała wataha wykonuje szeroki krąg i formuje szyk, nad lotniskiem szaleje solista, nazywany tu Jokerem – w tym roku jest nim Gladiator. Joker odlatuje, a na wschodzie widać już 25 punkcików, które z każda sekundą nabierają kształtu samolotów. Za chwilę można rozpoznać już poszczególne typy. Cała formacja przelatuje nad lotniskiem. Na ciele gęsia skórka, a oczy robią się jakieś szkliste… Takich przelotów jest kilka. Po każdym z formacji odłącza się kilka samolotów. Zanim wylądują wykonają jeszcze efektowne rozejście. Niedziela, późne popołudnie. Ostatni Mustang odjechał drogą kołowania. Pakujemy sprzęt i idziemy na parking. Czekając w kolejce na wyjazd widzimy jak niektóre samoloty odlatują już do swoich baz. Do zobaczenia za rok… Lucjan „Acroluc” Fizia

SWEET HOME ALABAMA (Polska, EPLK)

8 lipca 2015 roku był wyjątkowym dniem w moim 5-miesięcznym stażu w SPFL, bowiem tego dnia po raz pierwszy zagościłam w progach wojskowej bazy lotniczej – 32. Bazie Lotnictwa Taktycznego w Łasku. Dzień ten zaczął się dość wczesną pobudką i obawami o pogodę, gdyż spory front burzowy przetaczał się nocą i rankiem przez Polskę. Po pięknym wschodzie słońca, burzy z piorunami, warszawskich korkach i czterech godzinach z hakiem w samochodzie pod bramą bazy pojawiłam się o 9:00. Po przywitaniu się ze wszystkim towarzyszami z SPFL-u (rekorodową liczbą 26 osób z całej Polski) i krótkiej rozmowie, wsiedliśmy do wyznaczonych samochodów i udaliśmy się na teren lotniska. Humory dopisywały, pogoda była wyśmienita, nie było deszczu ani słonecznej spiekoty. Nie mogłam się doczekać, co zobaczę w bazie, jak będzie ona wyglądać i co z wypchanego planu lotów zostanie zrealizowane. Po krótkiej zbiórce pod wieżą kontroli lotów, przeszliśmy na łąkę między pasem startowym a drogą kołowania. Tam dostaliśmy prikaz pozostawania w wyznaczonej strefie bezpiecznej – tzn. na polu nieskoszonego dzikiego szczawiu sięgającego kolan – oraz parę wskazówek, kogo i w którym miejscu należy się spodziewać podczas startu. Nie minęła krótka chwilka i zaczęło się! Najpierw seria kilku F-16 – startowały z efektownymi dopalaczami i ogłuszającym hukiem. Na takie widoki czekałam od dawna! Podziwialiśmy z bliska nowe malowanie pary tygrysich efów, które wraz z resztą krzesiniaków przebywały w Łasku na przebazowaniu. Ale to nie krzesińskie i łaskie Jastrzębie były główną atrakcją tego dnia – wszyscy czekali z niecierpliwością na amerykańskie A-10. Cztery Guźce – jak przystało na dzikie świnie pojawiły się na pasie znienacka, ich silniki były tak ciche, że gdyby nie sprawni obserwatorzy, to mogliśmy ich przez przypadek nie zauważyć. Chwilkę po nich na pasie znowu królowały F-16. W okolicach południa, przy największym ruchu – jedni przylatywali, drudzy już kołowali na swoje miejsca, nie było wiadomo co wybrać! Statykę i kołowanie czy też może przyloty i lądowania? Pas od drogi kołowania dzieliła odległość jakiś 200 metrów, które to pokonywaliśmy wielokrotnie, w większości biegiem – tyle tam się działo. Dłuższych chwil przerwy prawie nie było, a te które się pojawiły można było wykorzystać na błogie leżakowanie pośród wybujałego szczawiu. Około 14:00 nastąpiła przerwa pomiędzy lotami porannymi a popołudniowymi, a dla nas przerwa na posiłek i odpoczynek na schodach przed wieżą kontroli lotów. Nigdzie wcześniej zwykły napój z puszki nie smakował mi tak dobrze jak tam, na miejscówce z widokiem na potężne stado naszych Jastrzębi. Żadne plaże na Helu, czy też najpiękniejsze tatrzańskie widoki nie mogą się z tym równać. Po posiłku przyszedł czas na zdjęcie grupowe i niestety okazało się, że nasz czas na lotnisku powoli dobiegał końca. Pod bramą po krótkiej naradzie, pamiętając o zapowiadanych lotach popołudniowych, przemieściliśmy się zwartą kolumną samochodów pod łaski płot, w miejsce najbliższe początkowi pasa startowego, tam mieliśmy szansę sfotografować przyloty paru efów z naszej nowej mobilnej SPFL-owskiej platformy fotograficznej typu Liebherr 310, którą dostaliśmy do testów. Po zrobieniu zapasów i nieznacznym powiększeniu ekipy ruszyliśmy na drugą stronę lotniska żeby sfotografować starty A-10, niestety dwie sztuki oderwały się od pasa zanim dotarliśmy na miejsce. Na osłodę zostały nam jeszcze dwa Guźce. Zaraz potem zaczęło padać, najpierw mżawka, później rzęsisty deszcz. Reszta lotów została odwołana, zaczęliśmy się zbierać do samochodów. Znaczna część ekipy została na wspólny obiad, a mnie czekała długa droga do domu. Justyna „Gonitwa” Hodźko

MARINEDAGEN – DNI FLOTY HOLENDERSKIEJ (Holandia, Den Helder)

Marinedagen, czyli dni holenderskiej floty, które odbyły się w dniach 4-5 lipca br., to dla fotografów lotniczych pokazy nieco egzotyczne. Zwyczajowo pojawiamy się na dniach lotnictwa – Luchtmachtdagen, a naszej uwadze uchodzą dwie inne imprezy organizowane regularnie w Holandii czyli dni floty, znane przed rokiem 2008 pod nazwą Vlootdagen, a dziś przemianowane na Marinedagen oraz Landmachtdagen – dni wojsk lądowych. Tymczasem pokazy poszczególnych rodzajów wojsk zawsze obsługuje ciekawy komponent lotniczy i jeżeli dodamy do niego niestandardowe tło, na przykład port wojenny w Den Helder , to okazuje się, że warto bliżej zaznajomić się z ofertą wodniaków. Po wycofaniu z eksploatacji nieodżałowanych Lynksów, Holendrzy zaprezentowali w powietrzu śmigłowiec NH90, Cougara czyli krewniaka dobrze nam znanego Caracala oraz AH-64. Jak widać nie było tych statków powietrznych zbyt wiele za to latały całkiem blisko publiki w dwóch slotach czasowych, które pozwalały zawczasu odpowiednio się przygotować. Zaprezentowano indywidualny pokaz demo team Apache i demonstrację odbijania statku opanowanego przez terrorystów ze wsparciem Cougara MK II a także podejmowanie rozbitków na pokład NH90. Cechą szczególną wodniackich pokazów w Den Helder jest doskonała miejscówka do fotografowania. Pokazy odbywają się na stosunkowo małej przestrzeni basenu portowego przy czym po obu jego stronach stoją okręty, które można zwiedzać. I to one właśnie stanowią doskonałą platformę foto. Wystarczy zainstalować się na pokładzie jednego z nich i z wysokości 5 piętra fotografować zarówno akcję w basenie portowym jak i nadlatujące śmigłowce. Łatwiej jest też uchwycić nadlatujące nisko przy powierzchni wody maszyny od góry. Na okręty nie wniesiemy plecaków ani innego zaawansowanego sprzętu typu drabinka, lodówka turystyczna czy krzesełko , mamy więc wszyscy równe fotograficzne szanse bez dodatkowych wspomagaczy. Dodatkowo publika jest nastawiona na patrzenie na wodę, a nie w górę, rotacja widzów jest szybka, bo jak to na wybrzeżu, po prostu mocno wieje, a to przekłada się na komfort fotografowania, który należy uznać za wysoki . Nie ma tłoku, przy odrobinie samozaparcia znajdzie się własną miejscówkę, nie ma też zbędnych przepychanek przy relingu. W drugim dniu pokazów, w niedzielę, kiedy to zjechaliśmy do Den Helder warunki pogodowe były mocno zmienne. Akurat podczas części pokazu spadł deszcz, który wyczyścił powietrze i nadał scenie dramatyzmu. Kto poświęcił siebie i sprzęt i pozostał na pokładzie okrętu, z którego publiczność oglądała pokazy, ten zyskał. Maszyny w powietrzu efektownie ociekały wodą i okres deszczu przeplatany słońcem nadawał scenerii niezwykłej plastyki. Zanim rozpętała się prawdziwa ulewa z mocnym wiatrem, która definitywnie zakończyła pokazy, na niebie pojawiła się jeszcze majestatyczna Catalina. Jak na imprezę wodniaków - było co oglądać. Sylwester „eSKa” Kalisz

SWEDISH ARMED FORCES AIRSHOW (Szwecja, ESIB)

Największe wojskowe lotnicze pokazy Szwecji po dziewięciu latach przerwy zagościły ponownie w Skaraborg Wing – F7 w odległym od cywilizacji, za to malowniczym Såtenäs. Szwedzi wyciągnęli wszystko co lata i z czego słynie ich przemysł lotniczy. Cała wielopokoleniowa rodzina Saabów – Tunnan, Viggen, Draken, Gripen wykonała wspólny lot z treningowym SK 60 (Saab 105). Dobrą robotę wykonały szwedzkie Herculesy prezentując tankowanie w powietrzu, zrzut skoczków i ładunków wyrzucając przy okazji mnóstwo flar. Byłoby świetnie gdyby nie tropikalne ukropy i miejsce dla fotografujących wybrane przez organizatorów, które z Såtenäs zrobiły Poznań z czasów ostatniego Aerofestivalu. Kto był ten wie o czym mowa. Sylwester "eSKa" Kalisz

SPFL Z WIZYTĄ U KAWALERZYSTÓW (Polska, EPTM)

W czwartek 2 lipca 2015 roku ekipa Stowarzyszenia Polskich Fotografów Lotniczych gościła w 25. Brygadzie Kawalerii Powietrznej w Tomaszowie Mazowieckim. Właśnie tam kręcono zdjęcia do filmu „Karbala”, dzięki czemu (i dzięki uprzejmości dowódcy 25 BKPow) mieliśmy okazję przypatrzeć się wszystkiemu z bliska. Przed bramą przywitał nas kapitan Tomasz Pierzak – oficer prasowy 25 BKPow, a chwilę później odbył się briefing z pilotami oraz ekipą filmową, podczas którego przedstawiono nam plan działania. Po kilkunastu minutach wdrapaliśmy się na taras wieży, gdzie mogliśmy fotografować przeloty Mi-8 oraz Sokołów. Tak niskie, że latały nam dosłownie nad głowami ! Na zakończenie mieliśmy możliwość uchwycenia (z bliska !) startu Mi-8 na przednim kole. I to była petarda ! W tej właśnie chwili poczułam kłucie w sercu! Brykająca nade mną „betoniara” – ba, nawet dwie „betoniary” – priceless! Moja dzika radocha udzieliła się współtowarzyszom.  Nie ukrywam, że ten moment pozostanie w mojej pamięci na długo. Pogoda nam dopisała zarówno w sensie praktycznym, jak i estetycznym. Było bardzo ciepło, a na dodatek chmury nad tomaszowską płytą pięknie wkomponowały się w krajobraz. Ktoś mi kiedyś powiedział – widząc uśmiech na mojej twarzy podczas każdej lotniczej imprezy (i to nieważne, czy lata nade mną F-16, Su-22, „betoniara”, szybowiec MDM-1 Fox czy formacja Turkish Stars albo Baltic Bees) – że udziela się wszystkim mój mega duży fun. I nie będę się wstydzić, jeśli przyznam, że jestem „lotniczym świrem”. Cieszymy się ogromnie, ze to właśnie ekipa SPFL miała sposobność uczestniczyć w kręceniu kolejnych scen do filmu „Karbala”, za co szczerze dziękujemy Dowództwu 25 BKPow. Monika „ryba” Zielińska

PIKNIK LOTNICZY ŚWIDWIN 2015 (Polska, EPSN)

Jak co  roku w ostatni weekend czerwca 21. Baza Lotnictwa Taktycznego w  Świdwinie obchodzi swoje święto, połączone z piknikiem lotniczym. Już od godzin porannych rzesza miłośników lotnictwa zmierzała w stronę świdwińskiego lotniska. Oczywiście nie mogło tam zabraknąć fotografów z pod znaku SPFL. Po części oficjalnej przyszedł czas na część pokazową, która rozpoczęła się od dynamicznego pokazu Su-22, okraszonego licznymi przelotami na dopalaczu. Później w powietrzu zaprezentował się „latający czołg” czyli śmigłowiec Mi-24, a zaraz po nim w podniebnym tańcu ukazał się PZL SW-4 „Puszczyk”. W oczekiwaniu na pokaz gości z Dęblina obejrzeliśmy pokaz gaszenia pożaru w wykonaniu śmigłowca Mi-2 oraz Dromadera. Po nich zespół „Biało-Czerwone Iskry” na samolotach TS-11 Iskra dał przepiękny pokaz, przeplatany kolorowymi smugaczami. Na zakończenie dnia jeszcze raz mogliśmy podziwiać kunszt pilotów świdwińskiego demo teamu. Kolejny piknik w Świdwinie już za nami i z niecierpliwością czekamy na następny. Marek „dulmen” Dulewicz

LESZNO. ROZWIŃ SKRZYDŁA. (Polska, EPLS)

Tradycyjnie już, w ostatni weekend czerwca, w dniach 27-28, odbył się Piknik Szybowcowy “Leszno. Rozwiń Skrzydła”. Najciekawszym, a jednocześnie najbardziej odróżniającym od innych pikników był sobotni, wieczorny blok pokazów. Samoloty, szybowce i inne statki powietrzne “uzbrojone” w efekty świetlne lub/i pirotechniczne dały niesamowity podniebny występ. W tym roku gwiazdą wieczoru był zdecydowanie szybowiec MDM-1 Fox. Niesamowite pulsujące światło spowijające kadłub szybowca powodowało, że wyglądał jak baśniowy stwór z innego wymiaru rzeczywistości. Podczas podniebnych ewolucji do efektów świetlnych dołączyły pirotechniczne – całe leszczyńskie niebo rozświetliło się fajerwerkami wystrzelonymi z Foxa. Godnymi uwagi były również występy “konkurencyjnych” grup paralotniarzy krakowkich Flying Dragons i loklanej grupy ze szkoły paralotniarstwa Fly2live. W tym przypadku efekty pirotechniczne połączono z bardzo efektownymi dymami. Bardzo ciekawie zaprezentował się zespół AeroSparx złożony z dwóch motoszybowców Grob-109 – lot w bardzo ciasnej formacji połączony z intensywnym wyrzucaniem iskier z końcówek skrzydeł na długo pozostanie w pamięci. Cały nocny pokaz w Lesznie odbył w bardzo ciężkich warunkach atmosferycznych, przez większość czasu padał deszcz połączony z dużym zachmurzeniem. Z tego też powodu nie doszło do występu spadochroniarzy z grypy Sky Magic. Podsumowując, leszczyński wieczór, mimo niesprzyjającej aury, był bardzo intensywnym, wizualnym przeżyciem. Liczymy, że za rok warunki będą łaskawsze i pozwolą na jeszcze większą dawkę emocji. Karol "Carlito" Kakietek

XI MAŁOPOLSKI PIKNIK LOTNICZY (Polska, EPKC)

Małopolski Piknik Lotniczy odbył się już po raz jedenasty na lotnisku Rakowice-Czyżyny. To najstarsze lotnisko w Polsce pierwotnie było siedzibą II Pułku Lotniczego. Aktualnie znajduje się ono na terenie Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie i wykorzystywane jest tylko przy okazji pikników oraz podobnych imprez lotniczych. Sam piknik tradycyjnie już zorganizowany został w ostatni weekend czerwca. Zwykle na Małopolskim Pikniku Lotniczym mamy piękną, słoneczną ciepłą pogodę. Na tle błękitnego nieba i śnieżnobiałych obłoków występują najznakomitsi aktorzy podniebnego spektaklu, którzy w połączeniu ze scenerią krakowskiej zabudowy, czynią ten piknik lotniczy magicznym i wyjątkowym. Tym razem jednak pogoda nie rozpieszczała publiczności. Jedenasta edycja minęła pod znakiem niepokoju związanego z niepewną prognozą pogody. Co prawda w sobotę padało tylko przez 15 minut i podstawa chmur nie ograniczała latania, natomiast z powodu szarego nieba ewolucje nie były tak widowiskowe. Nam, fanom lotnictwa, to nie przeszkadzało. Pojawiliśmy się na miejscu już przed 11, aby zapoznać się z terenem pikniku i obejrzeć eksponaty zgromadzone przez Muzeum Lotnictwa. Latanie rozpoczęło się po godzinie 12 efektownym zrzutem skoczków spadochronowych z flagami z samolotu An-2 „Wiedeńczyk”. Następnie w powietrze wzbiły się legendy lotnictwa, jedyne latające egzemplarze w Polsce: Jak-18 należący do Muzeum Lotnictwa w Krakowie, TS-8 Bies oraz replika RWD-5. Na pikniku nie mogło również zabraknąć mistrza krakowskiego nieba Jurgisa Kairysa ze swoim samolotem Su-31. Odkąd organizowany jest piknik, Jurgis jest jego gwiazdą. Nikt nie wykonuje takich akrobacji, jak choćby ponad dwudziestu beczek w locie pionowym, czy manewr zwany „kobrą” na małej wysokości. Pokaz ewolucji w jego wykonaniu przyprawia o szybsze bicie serca. Niebywałym widowiskiem był perfekcyjnie dopracowany program, przemyślane bliskie formacje, szybkie przechodzenie z jednego szyku w drugi, grupy akrobacyjnej FireBirds, której członkami są znakomici akrobaci wywodzący się z Aeroklubu Śląskiego, z prowadzącym Adamem Labusem. Cisza w powietrzu i nagle słychać huk silnika odrzutowego, a zza drzew wyłania się samolot TS-11 Iskra. Iskra nadal jest samolotem szkolnym w Polskich Siłach Powietrznych, licząc sobie już ponad 30 lat. Wyczyny załogi tego dwumiejscowego samolotu przekroczyły moje wyobrażenia. Pilot w pełni wykorzystał bardzo ograniczoną strefę pokazu. Niskie, szybkie przeloty obudziły tych mieszkańców Krakowa, którzy po obiedzie udali się na drzemkę. Po pokazie Iskry zrobiło się spokojniej, w niebo wzbiła się grupa 3AT3, latająca na trzech cichych samolotach polskiej produkcji Aero AT-3. Kolejnym punktem programu był pokaz szybowca MD FOX pilotowanego przez kapitana, szefa wyszkolenia na Boeingach 787 Dreamliner, wielokrotnego mistrza Polski w akrobacji szybowcowej – Jerzego Makulę. Tuż po nim, przed godziną 16, na niebie mogliśmy podziwiać niskie przeloty samolotu transportowego CASA C-295 z pobliskiej 8 Bazy Lotnictwa Transportowego. W tym roku program pikniku został obficie wzbogacony przez Dowództwo Sił Powietrznych. Późnym popołudniem nad terenem pikniku pojawił się zespół akrobacyjny Polskich Sił Powietrznych „Orlik”. Opracowanie programu, a przede wszystkim zmieszczenie się w strefie pokazu, zapewne było dla nich nie lada wyzwaniem. Na szczęście zespół kpt. Dariusza Stachurskiego świetnie poradził sobie ze specyfiką terenu, pokazując wysoki kunszt latania zespołowego. Po Orlikach w powietrzu mogliśmy podziwiać słowacką grupę rekonstrukcyjną Retro Sky Team. Było bombowo, dosłownie. Grupa w składzie 7 samolotów, takich jak An-2, Zlin 226 i Zlin 526 przedstawiła inscenizację ataku samolotów sowieckich na niemieckie cele. W programie był desant radzieckich skoczków, był niemiecki ostrzał samolotów z czerwonymi gwiazdami, bombardujących punkt obrony przeciwlotniczej, były efektowne rozbłyski imitujące strzelanie z lotniczych karabinów maszynowych, dymy włączane przy „zestrzeleniu” i mnóstwo pirotechniki. Jednym słowem działo się! W jednym momencie w powietrzu znajdowało się sześć samolotów, na różnych wysokościach, przedstawiających różne, wzajemnie zazębiające się elementy programu. Wisienką na torcie był występ zespołu z Łotwy Baltic Bees. „Pszczółki” zaprezentowały bogaty, ponad dwudziestominutowy program, wykonując efektowne rozejścia i mijanki. Na tym nasza przygoda się zakończyła. Zmęczeni po kilkugodzinnej zabawie, naładowani lotniczą energią wróciliśmy na do swoich domów, przeglądać karty aparatów w poszukiwaniu fotograficznych perełek. Dlaczego zależało nam na obecności właśnie na tym pikniku ? Przede wszystkim dlatego, że jest to jeden z najbardziej niezwykłych pikników w Europie. Impreza organizowana w samym centrum miasta, ze strefą pokazów ograniczoną przez linie wysokiego napięcia, dźwigi, centra handlowe i dziesięciopiętrowe bloki mieszkalne. Jakby tego było mało, tuż przy wyznaczonej strefie pokazów znajduje się ścieżka podejścia do lotniska w Balicach. Jak zwykle piknik zaszczycili swoją obecnością najlepsi piloci i akrobaci z całej Europy. Podejrzewam, że w powietrzu było ponad 40 statków powietrznych. Nawet abstrahując od samej imprezy, Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie warte jest odwiedzin. To miejsce, do którego musi się udać każdy pasjonat lotnictwa, aby móc na własne oczy obejrzeć legendy polskiego i światowego lotnictwa. Adrian "Adi" Łach

DNI AEROKLUBU 2015 – RYBNIK (Polska, EPRG)

W dniach 20 i 21 czerwca 2015 roku na rybnickim lotnisku Gotartowice miał miejsce piknik lotniczy. Jeżeli piknik jest lotniczy, to oczywiście muszą być pokazy.  Pokazy skromne, bo raptem tylko kilku uczestników, ale za to nie byle jakich – czołówka krajowych pilotów akrobacyjnych i grupa rekonstrukcyjna Pterodactyl Flight z Czech. Na przekór deszczom, które co jakiś czas przerywały blok pokazów, wszyscy obecni uczestnicy mieli okazję zaprezentować swój show, a niektórzy nawet dwa razy w ciągu dnia. Pozornie niesprzyjająca pogoda nam bardzo pasowała – skłębione chmury, granatowe tło deszczowego cumulonimbusa podświetlonego popołudniowym słońcem, powietrze bez termiki, spore fragmenty błękitnego nieba,  a w pewnym momencie nawet tęcza. Tylko od czasu do czasu trzeba było się schować przed deszczem. Wróćmy jednak do głównych aktorów spektaklu. W ubiegłym roku, właśnie w Rybniku rozpoczynała swoją „pokazową” karierę grupa Firebirds. W tym roku nie występowali już jako nowicjusze, ale jako jedna z gwiazd.  Podobnie jak oni, w trzysamolotowym składzie zaprezentowali się Żelaźni, którzy do Rybnika przylecieli w niedzielę, prosto z pokazów w Dęblinie. Również Artur Kielak, zanim w sobotę zachwycił rybnicką publiczność swoimi niewiarygodnymi popisami, kilka godzin wcześniej wystąpił na międzynarodowych pokazach w Dęblinie. Trochę problemów ze swoją prezentacją miał  Maciek Pospieszyński, bo z powodu deszczu i niskiej podstawy chmur jego lot był kilka razy odkładany na później. Ostatecznie jednak w ciągu dwóch dni aktualny mistrz świata  zaprezentował się trzykrotnie, a ostatni niedzielny pokaz odbył się na tle pięknego, błękitnego nieba. Akrobatom starali się dorównać pozostali uczestnicy. Kremowo-zielony Jungmann udowadniał, że też potrafi nieźle kręcić pętle i beczki. Pochodzący z okresu II wojny światowej Piper Cub pokazał, że samolot może prawie zawisnąć w powietrzu, a wiatrakowiec Xenon uatrakcyjnił swój pokaz kolorowymi dymami. Nie zabrakło również pokazu zrzutu wody z Dromaderów, które na co dzień stacjonują w Gotartowicach. Ci wszyscy uczestnicy byli już znani rybnickiej publiczności, natomiast po raz pierwszy nad rybnickim lotniskiem pojawiła się czeska grupa Pterodactyl Flight. Tradycyjnie, oprócz pokazania replik samolotów z I wojny światowej „Pterodaktyle” zbudowali mały obóz z namiotami i wyposażeniem nawiązującym do tamtego okresu, a wśród sprzętu kręciły się postacie w strojach z epoki. Co ciekawe, jedną z aktorek była znana z występów w grupie akrobacyjnej Flying Bulls Radka Máchová.  A sam pokaz? Można powiedzieć, że Czesi dali ognia i to zarówno w przenośni jaki i dosłownie. Liczne wybuchy, płonący Fokker, eksplodujący w kilkumetrowej kuli ognia samochód i walka między samolotami, rozgrywająca się na niewielkiej wysokości – o brawa publiczności nasi południowi sąsiedzi nie musieli zabiegać. Same pokazy miały trwać do godziny 18, nie oznaczało to jednak, że po tej godzinie nastała cisza. Na popołudniowym niebie pojawili się jeszcze poza programem spadochroniarze, kilku paralotniarzy, a w sobotę również balon. Jak na imprezę typu lotniczy piknik i biorąc pod uwagę kapryśną pogodę, działo się naprawdę dużo. Lucjan „Acroluc” Fizia
Back to Top