Search

OSTRAVA NATO DAYS 2010 (Czechy, LKMT)

Krzaki czy lotnisko? Dziś lotnisko! Ot, zwykłe ustalania miejsca, z którego będziemy focić podczas pokazów. Jesteśmy w czeskiej Ostrawie i wybieramy się na imprezę zwaną Dniami NATO. Ta do niedawna mała, piknikowa impreza z biegiem lat przeistoczyła się w duże pokazy i tu ciekawostka – nie tylko lotnicze! To mój trzeci raz w Ostrawie i muszę przyznać, że bardzo lubię panujący tu klimat. Dni NATO trwają prawie cały tydzień, a uwieńczone są pokazami na lotnisku, które od dwóch lat odbywają się w sobotę i w niedzielę. Wcześniej był to tylko jeden dzień. Nigdy nie zapomnę mojej pierwszej wizyty na tym lotnisku. W 2008 roku był nieco inny układ pokazów – nazwijmy to klasyczny, tzn. pokazy lotnicze odbywały się równolegle do linii pasa startowego, a wszelkie pozostałe atrakcje na pasie zieleni pomiędzy pasem a publicznością. Jakie atrakcje? Ano pokazy straży granicznej, odbijanie zakładników czy choćby symulacja walk z użyciem broni pancernej i śmigłowców. Nigdy nie zapomnę jak w 2008 roku staliśmy przy barierkach, a przed nami, za betonką, stały samochody na parkingu. Do głowy mi nie przyszło by przyglądnąć się tym pojazdom dokładniej. Później zorientowałem się, że to nie był zwykły parking. A wpadłem na to w momencie… gdy na ten „parking” wjechał jakiś rozjuszony czołg! Szaleństwo totalne, rozjechał wszystkie samochody, a że były one (lub tylko tak wyglądały) normalnie używane to leciały szyby, strzelały opony, no masakra normalnie. Gdy czołg likwidował pionowy wymiar ostatnim maszynom, z boku rozległa się potężna salwa z trzech samobieżnych haubic! Nie znam się na tym sprzęcie kompletnie, ale po tym huku pozostawał charakterystyczny pisk w uszach, szał alarmów w prawdziwych samochodach i… płacz dzieci :) W 2009 roku nastąpiło przeorganizowanie imprezy. Pokazy naziemne odbywały się z drugiej strony lotniska, a kierunek pokazów lotniczych wytyczono prostopadle do pasa startowego! Wszystko ładnie i pięknie ale… będąc na terenie pokazów naziemnych mieliśmy od rana do popołudnia całość pokazów lotniczych pod słońce! W związku z tą niedogodnością w 2009 na lotnisku spędziłem tylko sobotę. W niedzielę należało coś z naszym miejscem do focenia zrobić. Pojechaliśmy na lotnisko od drugiej strony i po zaparkowaniu samochodu w miejscowości Albrechticky i przejściu kilkuset metrów odkryliśmy, że dzięki zmianie kierunku pokazów możemy być dokładnie w osi lotu samolotów albo będąc kilkadziesiąt metrów na południe (w tzw. krzakach) mieć samoloty przed sobą idealnie na talerzu i ze słońcem :) Nie mieliśmy za dużo czasu na myślenie, bo znad lotniska tuż nad nas przyleciał Eurofighter mieszając nam w głowach dopalaczami! Z wcześniejszego załamania wpadliśmy od razu w euforię i jeszcze bardziej pokochaliśmy Ostrawę. Do tego byliśmy tam prawie zupełnie sami! Tak nie było nigdzie wcześniej, na żadnej imprezie na której byłem :) Trochę późno wywlekliśmy się z hotelu. Kierujemy się w stronę lotniska. Już na głównej drodze wita nas potężny korek więc decyzja zmienia się nagle i skręcamy wszystkimi samochodami w lewo w kierunku „krzaków”. O dziwo, tym razem policja nie chce nas wpuścić do Albrechticky. Nie ma sensu pakować się ponownie w korek, więc całym składem zarzucamy sprzęt na plecy i te 3 kilometry dzielące nas od lotniska robimy pieszo. Jeszcze chwila i odnajdujemy nasze zeszłoroczne „krzaki”. Ciekawy klimat. Mały zagajniczek, pole, słoma, piękna pogoda. Z nieopodal położonego lotniska raz po raz dobiegają odgłosy strzelaniny. Impreza jest tak skonstruowana, że pokazy naziemne z lotniczymi odbywają się naprzemiennie. Niestety to normalne podczas Dni NATO, że czasem trzeba i godzinkę poczekać by coś się w powietrzu działo. Po chwili zaczynamy zabawę! Rokrocznie do Ostrawy na wystawę statyczną przylatuje jakiś gigant. W 2008 był to monstrualny An-124 Rusłan, który zaskoczył wszystkich bo w trakcie imprezy ze statycznego stał się bardzo dynamicznym! Wystartował i nawet zrobił low passa :) W 2009 można było zwiedzać potężne wnętrze C-5A Galaxy, a w tym roku Ostrawę nawiedził strategiczny bombowiec B-52H Stratofortress. Sympatyczną tradycją Dni NATO jest też to, że te giganty stoją nieogrodzone. Można podejść, dotknąć, nawet wejść do środka i oczywiście z każdej możliwej strony przyfocić :) Tłumy ludzi korzystają z tej sposobności, co też tworzy ciekawy widok z gigantem niczym Guliwerem w krainie liliputów. Za B-52 rozpościera się wystawa statyczna z wieloma ciekawymi eksponatami. Moją największą uwagę skupia pięknie wymalowany czeski Gripen z dużymi i groźnymi zielonymi oczyma umiejscowionymi na sterach wysokości oraz Mi-24 z cudnym tygrysem na kadłubie. Jak zwykle też przyleciały wg mnie jedne z najpiękniejszych samolotów świata czyli amerykańskie F-15. Niestety po krótkiej wymianie zadań i uprzejmości, amerykańscy lotnicy nie chcieli nam sprzedać F-15 ani za gotówkę ani na kartę VISA – uparli się na American Express i do transakcji nie doszło :) Czesi pokazali jak pięknie można wyeksponować poczciwego Mi-2, który wyglądał na świeżo wyremontowanego i wymalowanego. Pootwierali wszystkie luki i zrobili z niego niezłego transformersa. Podobnie świeżością pachniał C-295 CASA – chyba najnowszy zakup czeskiego lotnictwa wojskowego. Polacy natomiast wystawili tygryska, dopiero co wymalowanego na Su-22. Początek pokazów w locie. Stoimy na jakimś polu idealnie w osi pokazów, która oznaczona jest białymi liniami z wapna. Między nami a pasem startowym pole buraków i dwa płoty. Obok nas kilkudziesięciu spotterów z różnych krajów. Miejscówka wydaje się być idealna! Jak zwykle w Czechach pierwszym elementem pokazów w locie jest przelot wielu maszyn aktualnie eksploatowanych w czeskim lotnictwie wojskowym. Zaraz po przelocie z lotniska startuje Boeing 737 i robi przelot nad lotniskiem. Podejrzewamy, że będzie pełnił rolę samolotu, któremu trzeba „pomóc”. Po chwili z zewnątrz przylatują dwa Gripeny i zmuszają go do lądowania. Z daleka widzimy na pasie startowym kolejną atrakcję. Na pas kołuje Hawker Hurricane w doborowym towarzystwie, w którego skład wchodzą brytyjskie Tornado F3, czeski JAS-39 Gripen oraz słowacki MiG-29! Zaraz po starcie przygotowują się do wykonania serii wspólnych przelotów w różnych konfiguracjach. Bardzo sympatyczny widok – taki pędzący co sił mały Hurricane, a przy nim ledwo dający radę lecieć tak wolno któryś ze współczesnych fighterów. Po wspólnych przelotach Tornado odchodzi na widowiskowym dopalaniu a Hurricane robi indywidualny pokaz latając tuż nad naszymi głowami. Po nim przychodzi czas na o wiele bardziej hałaśliwą maszynę. Czeski JAS-39 Gripen gotów do pokazu. Lata pięknie jak zawsze ale… trzeba być bardzo czujnym by ustrzelić jakieś oderwania. Nie jestem jakoś szczególnie przekonany do tej maszyny. Może to lekki przesyt? Chętnie bym na jego miejscu choć raz w locie zobaczył… Drakena? Zwalniamy tempo i emocje. Na niebie pojawiają się czeski L-39 Albatros i rumuński IAR 99, którego widzę po raz pierwszy. Po Rumunie do pokazu startują dwa Mi-24. Robią swój klasyczny balet z mijankami i… nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie to, że robią to tuż obok, tuż nad nami! Nie można zdjęć robić gdyż całe otoczenie spowite jest dymem z ich smugaczy. Dookoła zapach parafiny i huk silników tych pięknych maszyn! Dla oczyszczenia atmosfery i podniesienia emocji na jeszcze wyższy poziom, miejsce na scenie zajmuje słowacki MiG-29 z pikselowym malowaniem. No! Teraz dopiero się dzieje :) Kapitalny pokaz i również przeloty tuż nad naszymi głowami. Jest na co popatrzeć i czego posłuchać. Nie przebrzmiał jeszcze huk MiGa, a na niebie pojawia się holenderski F-16. Piękne granatowo-błękitne niebo daje cudowne tło dla tego pomarańczowego wariata, który tuż po starcie zapełnia je dynamicznie kręconymi figurami okraszonymi wiązkami wystrzeliwanych flar. Nagle widzę jak Hitec (pilot F-16) przygotowuje się do niskiego przelotu z dużą prędkością. Jego sylwetka rośnie mi strasznie szybko w obiektywie! Leci prosto na nas. Lecz co to? Za nim pomarańczowa marchewa?? Nie wyłącza dopalania? No to za sekundę będzie pięknie! KaBoom! To jest to! Wszyscy jesteśmy pod wielkim wrażeniem :) Krótka przerwa i rozpoczyna się pokaz, na który chyba wszyscy czekamy. Brytyjski Display Team zaprezentuje nam Harriera. Ta wyjątkowa maszyna bardzo sprawnie pokazuje wszystkie swoje walory. Od lotu z dużą prędkością, poprzez wyjątkową manewrowość aż po zawis nad… no na szczęście prawie nad nami! Piszę „na szczęście”, bo miejsce nad którym Harrier robi zawis jest właśnie totalnie demolowane przez strugi gazów wylotowych ze wszystkich jego dysz :) Koniec pokazu Harrier zaznacza wyjątkowym łagodnym lądowaniem. Po tym pokazie zdecydowana większość osób rozpoczyna wędrówkę do swoich samochodów gdyż w planie zostaje już tylko czeski L-159 ALCA. My zostajemy na polu zgodnie z zasadą, by nie przepuszczać żadnej okazji. Już po chwili okazuje się, że bardzo dobrze robimy! ALCA daje kapitalny pokaz i odnoszę wrażenie, że pilot widząc już tylko nas na polu, robi naloty idealnie na miejsce, w którym stoimy. Wrażenie jest niesamowite. Po raz pierwszy tak bardzo podoba mi się pokaz tego samolotu! NATO Days w Ostrawie to zdecydowanie jedne z najciekawszych pokazów w naszym rejonie Europy. Zróżnicowanie prezentowanego sprzętu (nie tylko lotniczego), ilość żołnierzy do jego obsługi oraz szerokie rzesze publiczności czyni je prawdziwym świętem NATO. Dodając do tego zestawu możliwość fotografowania bezpośrednio z osi pokazów sprawia, że jest to impreza na wskroś wyjątkowa. Zastanawia mnie tylko czy w przyszłym roku organizatorzy pozwolą na taką wolną amerykankę jak do tej pory. Pomijając aspekt foto-lotniczy, przebywanie w tym miejscu na pokazach bezpiecznym nie jest. Mam jednak nadzieję, że podobnie jak w wielu innych aspektach, Czesi podejdą do tego tematu z właściwym dla siebie luzem. Tego sobie jak i wszystkim którzy zamierzają odwiedzić Ostrawę w 2011 roku życzę :) Sławek "hesja" Krajniewski

50° ANNIVERSARIO FRECCE TRICOLORI (Włochy, LIPI)

Włoska Narodowa Grupa Akrobacyjna - Pattuglia Aerobatica Nationale – znana wszystkim miłośnikom lotnictwa i fotografii lotniczej jako Frecce Tricolori obchodzi w tym roku 50-lecie swojego istnienia. Choć zespół pod oficjalną nazwą funkcjonuje od 1961 roku, to za początek działalności przyjmuje się rok 1960. Z tej właśnie okazji Siły Powietrzne tego kraju postanowiły zorganizować w dniach 11 i 12 września w Rivolto (macierzystej bazie „Trzech Kolorów”) pokazy lotnicze. Pokazy dość wyjątkowe, albowiem do świętowania tej rocznicy zgłosiły się prawie wszystkie obecne na europejskiej pokazowej scenie lotniczej zespoły akrobacyjne: Polskie - „Biało-Czerwone Iskry”, Wielkiej Brytanii – „Red Arrows”, Hiszpanii – „Patrulla Aguila”, Francji – „Patrouille de France”, Szwajcarii – „Patrouille Suisse”, Chorwacji – „Krila Oluje” oraz z Jordanii - „Royal Jordanian Falcons”. Choć wyjazd do Rivolto planowaliśmy już na początku sezonu, to wraz z jego upływem i wizytami na kolejnych pokazach pojawiały się coraz większe wątpliwości pt. czy warto. Czy program składający się w zasadzie z samych pokazów zespołów akrobacyjnych, tym bardziej takich, które mieliśmy już okazję fotografować na innych imprezach, wykruszający się stopniowo skład jadącej ekipy, zamieszanie z przyznawaniem akredytacji oraz krążące powszechnie opinie, że we Włoszech zorganizowana dobrze jest tylko przestępczość, warte są przejechania połowę Europy. Z drugiej strony bez ryzyka nie ma zabawy, a doświadczenia niedocenianych powszechnie imprez pokazują, że drzemie w nich spory potencjał fotograficzny. Napakowani tymi wszystkimi myślami wsiedliśmy w czwartek 9 września do samochodu. Przed nami deszczowa Polska, następnie niemieckie autostrady, gdzie psuje się większość samochodów (wskazówka prędkościomierza zacina się w okolicach 200 km/h), jednak dopiero, gdy przekroczyliśmy granicę Austrii wszystko się zmieniło… zza horyzontu wyłoniło się słońce i piękny górski krajobraz. Sycąc oczy i karty naszych aparatów tymi widokami (kondolencje dla kierowcy) dojechaliśmy na miejsce, gdzie po tradycyjnej włoskiej kolacji ;) poszliśmy spać. Pierwszy dzień pokazów powitał nas niebieskim niebem, pełnym słońcem i temperaturą rzędu 20 kilku stopni o godzinie 8 rano. Już tradycyjnie postanowiliśmy wyjechać wcześniej aby uniknąć potencjalnych korków i opóźnień związanych z przebijaniem się do lotniska. Gdy po kilku kilometrach zobaczyliśmy zablokowaną drogę i informacje o planowanym objeździe miny nam zrzedły… teraz się zacznie… skrzętnie przypomnieliśmy sobie jednak o przyznanej nam przez organizatorów przepustce na wjazd samochodem… i po jej okazaniu oraz użyciu magicznego słowa, tj. stampa (czyli media) - wszystkie blokady dróg stały przed nami otworem. Do sektora dla prasy zameldowaliśmy się chwilę po rozpoczęciu oficjalnego programu… latał jeden z niewielu solistów (treningowy MB-339CD). W pierwszej części programu zaprezentowały się Biało-Czerwony „Iskry” Tornado, chorwackie „Krila Oluje” oraz AMX. Choć pogoda do zdjęć w tym czasie nie należała do wymarzonych… ostre jak brzytwa słońce, ani jednej chmurki oraz termika skutecznie niweczyła zasięg długich obiektywów, to już sam początek imprezy dał nam sporo do myślenia... że coś tu jest nie tak… że zarówno soliści jak i zespoły lataja jakoś… dziwnie… to znaczy, aż za dobrze. O ile na różnych innych imprezach obserwując pokazy grup tu i ówdzie widać było różne niedociągnięcia o tyle w Rivolto już na samym początku nie można było pozbyć się wrażenie, że każda z grup robi wszystko by wypaść jak najlepiej. Wrażenie to, jak się później okazało, nie opuszczało nas do samego końca. Tylko w Rivolto widzowie mieli jedną z niewielu okazji do bezpośredniego porównania programów tak wielu zespołów. Pokazy skończyły się szybciej niż się na dobre zaczęły, bowiem już około południa organizatorzy ogłosili dwugodzinną przerwę, w czasie której w sektorze dla mediów pojawił się catering. Typowo włoski na dodatek, bowiem nawet w czasie posiłku serwowanego - de facto - w stołówce zorganizowanej pod namiotem nie mogło zabraknąć idealnie przyrządzonego espresso. Jak się później okazało pomysł z przerwą nie był taki zły, pozwolił w przyjemnych warunkach przeczekać operujące wysoko słońce… z czasem pojawił się lekki wiatr oraz pojedyncze chmurki, które mieliśmy nadzieję zdołają choć trochę przegonić wszechobecną termikę. W niedzielę, drugiego dnia pokazów, posiłek przerwało większości zgromadzonym przybycie grupy Red Arrows, która jako jedyny zespół uczestniczący w imprezie zaprezentowała się zgromadzonym tylko raz. Druga część pokazów to już samo „mięso”… zespołów latających na odrzutowcach. Zaczęli Hiszpanie z Patrulla Aguila, których miałem okazje obserwować po raz pierwszy. Mimo rzadszej obecności na pokazach, niż inne zespoły, poziomem wcale nie odstawali, a dosłownie szczęka wszystkim opadła, gdy cała siedmioosobowa formacja jednocześnie wylądowała – ten manewr to ich znak firmowy. W Rivolto nie mogło zabraknąć także Spartana, który umiejętnościom akrobacyjnym dorównuje nierzadko swoim mniejszym braciom. Tu ciekawostka… jeszcze na RIAT wszyscy po obejrzeniu pokazu stwierdzili, że czas najwyższy aby Spartan zaczął robić w trakcie pokazu pętlę. Jak się okazało na Wegrzech i potwierdziło we Włoszech... już robi. Pokaz na tradycyjnym wysokim poziomie zaprezentowali zarówno Szwajcarzy ze swoim Grande Finale (rozejście samolotów połączone z wyzwoleniem sporej ilości flar) jak i Patrouille de France. W niedziele zaprezentowali się także Brytyjczycy z Red Arrows, których pokaz, choć jak zawsze perfekcyjny trochę mnie rozczarował - był bowiem zbyt krótki. O ile część „statyczna” (formacje) wyglądała jak zawsze, o tyle część dynamiczna została, w porównaniu do tego, co oglądaliśmy np. na RIAT dość mocno okrojona. W tak miłej sielankowej atmosferze upływała nam większość dnia. Wszystko jednak zmieniło się po godzinie 16, gdy do rozstawionych kilkadziesiąt metrów przed nami samolotów Tricolori zaczęli podchodzić technicy oraz chwilę pozniej, gdy pojawili się piloci. W powietrzu kończyli właśnie pokaz Arrowsi robiąc rozejście do lądowania,  nikogo jednak, lub też prawie nikogo ze zgromadzonych osób już to nie interesowało. Entuzjazm jaki wzbudziło pojawienie się Trojkolorowych przy maszynach przyćmił wszystko. To już nie były pokazy lotnicze zorganizowane z okazji, to wszystko było gdzieś z boku. Teraz liczyli się tylko oni, to była ich godzina, ich dzień i ich święto. Przed nami rozgrywał się wspaniały spektakl: obchód maszyn, zajmowanie miejsc w kabinach przez pilotów, przygotowania do uruchomienia silników, czy też wreszcie kołowanie bezpośrednio spod sektora VIP/PRESS na pas startowy. To wszystko połączone z piłującym uszy  dźwiękiem 10 pracujących silników, reakcją publiczności sprawiało piorunującej wrażenie. Kompletnie wówczas zapomnieliśmy o jednym z punktów programu przewidzianego przez organizatorów,  pokazu - jak go Włosi nazywają – Tifone (EF-2000 Typhoon). Jeszcze gdy startował nie spodziewaliśmy się rewelacji, pokaz w tym świetle, przy tej odległości od pasa fotograficznie szału nie robi. Wszystko zmieniło się, gdy myśliwiec chwile po oderwaniu się od pasa włączył „Smokewindery”. Wtedy już wiedzieliśmy, że tak, to jest nasze bingo. Zanim jednak wystartowali Trójkolorowi odegrano włoski hymn, a rundę honorową z podwieszoną włoską flagą (i nie tylko) zrobiła włoska kopia Huey’a czyli AB 212. O samym pokazie wiele pisał nie będę… zaproszę do obejrzenia zdjęć i przypomnę tylko słowa Hesji z relacji w Kecskemet, który stwierdził, że to co Włosi pokazują… figury, ich rozmach, stopień trudności i precyzja powodują, że ręce same składają się do oklasków. Nic jednak nie zastąpi emocji, które można było obserwować u pilotów, gdy już wylądowali, wyłączyli silniki, wyszli z samolotów… zmęczenie połączone z radością, owacje publiczności, gratulacje od kolegów z zespołu, przełożonych, a także pilotów innych grup akrobacyjnych. Widać wtedy było, że Pattuglia Aerobatica Nationale - Frecce Tricolori - to nie tylko maszyny, figury czy układy, ale przede wszystkim ludzie. Dwa dni wyjątkowych pokazów… zupełnie innych niż kolejna edycja imprezy X lub Y… miejsce, klimat, język, ludzie i jak zwykle doborowe towarzystwo. Czy było warto? Objerzyjcie zdjęcia i odpowiedzcie sobie sami :P

Krzysztof „kichu” Baranowski

CIAF CZECH INTERNATIONAL AIR FEST 2010 (Czechy, LKHK)

Czechy zafundowały nam w ten wrześniowy weekend piękną, chociaż już lekko jesienną pogodę. Przelotne deszcze wymieniały się leniwie z gorącym słońcem. Pokazy na lotnisku w Hradec Kralove zaplanowane zostały na dni 4-5 września, stawiliśmy się tam jednak wcześniej spragnieni wrażeń, jakich dostarczają przyloty oraz – nie ukrywajmy – czeskich przysmaków kulinarnych. Przed nami dwa dni, dni obiecujące wiele emocji. Pokazy rozpoczęły się dość łagodnie od przelotu Boeinga 737 w asyście dwóch maszyn JAS-39 Gripen, a następnie pokazu Delfina (L-29). Na przystawkę w sam raz. Nasze apetyty zaczęły się jednak zaspokajać, gdy na niebie ujrzeliśmy Grupę Breitling Jet Team na Albatrosach L-39 (w sobotę w sześcioosobowym składzie, w niedzielę była już pełna siódemka). Rozgrzane emocje zostały… jeszcze bardziej rozgrzane, gdy na zakończenie pokazu na niebie pojawiły się Albatrosy w deszczu flar. Kolejną atrakcją wywołującą dreszczyk był Mig-29 w pikselowym malowaniu; groźnie pohuczał, pięknie rozświetlił niebo dopalaczami, a co najważniejsze – zszedł na wysokości pozwalające swobodnie fotografować. Nie mogliśmy zmarnować tej okazji. W programie imprezy znalazł się również pokaz The Royal Jordanian Falcons. Te cztery maszyny Extra 300L przy dźwiękach muzyki wywodzącej się wprost z Jordanii potrafią oczarować i skupić na sobie uwagę widza do tego stopnia, że momentami zapominaliśmy o fotografowaniu. Nie można nie wspomnieć o niemieckiej grupie Fliegerrevue, której pokaz nie był może wyjątkowo emocjonujący, ale malowania ich Jaków z pewnością zaciekawiły niejednego obserwatora. Na pokazach zabrakło niestety polskiego akcentu na niebie, co pozostawia pewien niedosyt. Podsumowując, imprezę należy uznać za udaną. Jej tempo było dość szybkie, z pewnością nie można było się nudzić.

Marek "Amon" Staciwa

KECSKEMET AIRSHOW 2010 (Węgry, LHKE)

Na wyjazd na międzynarodowe pokazy lotnicze i wojskowe armii węgierskiej odbywające się na Węgrzech w miejscowości Kecskemét, zwane także Kecskemét Airshow, ostrzyłem sobie zęby już od 2009 roku. Niestety z powodu kryzysu impreza w 2009 roku została odwołana. Apetyt urósł strasznie, podsycany pojawiającymi się na oficjalnej stronie pokazów kolejnymi potwierdzeniami uczestnictwa w imprezie różnych atrakcji. Nie przez przypadek piszę „potwierdzeniami”, bo strona pokazów jest swojego rodzaju ciekawostką. Na dłuuugo przed imprezą na stronie goszczą same światowe gwiazdy, które podobno są zapraszane przez organizatorów. Zazwyczaj znajdziecie tam choćby Blue Angels czy Thunderbirds :) Z czasem pojawiają się potwierdzenia bądź dane pozycje są kasowane. W tym roku było naprawdę dużo potwierdzeń i to takich atrakcji, jakie nie są zbyt często spotykane na pokazach. Może dlatego, że tegoroczna impreza miała między innymi upamiętniać setną rocznicę powstania lotnictwa węgierskiego. Zapowiedzi były naprawdę interesujące. W Kecskemét Airshow udział miały wziąć topowe, europejskie zespoły akrobacyjne z włoskim Frecce Tricolori na czele, który to zespół w tym roku obchodzi swoje 50-cio lecie. Dynamiczne pokazy pojedynczych samolotów również zapowiadały się ciekawie. Przegląd był pełny – od najnowocześniejszych maszyn klasy Rafale, Eurofighter czy F/A-18 aż po konstrukcje już wychodzące z użycia jak MiG-21 czy Mirage F-1. Także i statyka miała być przepełniona atrakcjami z ukraińskim Su-27 na czele. Przy takim planie pokazów nie sposób było nie podjąć decyzji o wyjeździe na Węgry. Oczywiście nie organizowałem się sam, lecz jak zawsze z ekipą ze Stowarzyszenia Air-Action (spfl.pl). Postanowiliśmy wyjechać wcześniej, by wziąć udział w piątkowych przylotach i treningach. Liczyliśmy na upolowanie przylotu ukraińskiej Su-27 no i zapoznanie się z topografią lotniska, tak by być w jak najlepszym miejscu już podczas samych pokazów. Nie mieliśmy akredytacji prasowych, postanowiliśmy uderzyć tak jak to się kiedyś robiło – pod barierki :) Ma to przecież swój niepodważalny urok. Na piątek zapowiadano bardzo nieciekawą pogodę i niestety prognozy się sprawdziły. Było po prostu szaro ze sporadycznymi przejaśnieniami i przejściowo padającym deszczem. W takie dni fotografuje się bardzo trudno z uwagi na panujące ciemności. „Za to”, gdy już uda się coś ustrzelić w miarę ostro, to zdjęcia są nieciekawe. Skupiliśmy się zatem na poznaniu topografii lotniska i… dobrej zabawie :) Lotnisko do pokazów usytuowane jest idealnie. Całość pokazu w zasadzie odbywa się ze słońcem w plecy. Można podejść blisko obydwu końców pasa startowego oraz objechać lotnisko dookoła. My zatrzymaliśmy się po jego północnej stronie, gdzie generalnie operują trenujące samoloty. Normalnie stalibyśmy pod słońce ale… w piątek słońca prawie nie było, więc to żadna przeszkoda. W powietrzu działo się dość sporo. Najciekawszy był trening francuskiego Rafale i oczywiście… przylot Su-27! Ta wyjątkowa maszyna przyleciała w asyście węgierskich dwóch MiG-29 i dwóch Gripenów. Wszystkie samoloty leciały w bardzo ciasnym szyku jakby takie rozwiązanie od dawna trenowały. Uwielbiam linię Su-27.  Zawsze robi na mnie super wrażenie. Szkoda tylko, że nie zobaczymy jej podczas pokazu dynamicznego. Sobota rano. Co ja piszę – rano… bardzo rano! :) Mieszkamy w hotelu oddalonym o jakieś 30 km od lotniska, trzeba więc trochę wcześniej wyjechać by zająć dobre miejscówki na lotnisku. Podczas pakowania sprzętu następuje jednak zmiana decyzji. Jedziemy nie na, ale za lotnisko, tam gdzie w wczoraj! Zapowiadana jest słoneczna pogoda. Czy to dobry pomysł? Całość pokazów pod słońce? Jak się później okazało – bardzo dobry! Wiąże się to z podejściem do fotografii lotniczej. Nam bardziej zależy na fotografii z zacięciem artystycznym, więc kontra jest jak najbardziej mile widziana. Fotografowanie pod słońce ma bowiem tą zaletę, że na kontrze wszelkie oderwania i inne zjawiska występujące na płatowcu zyskują na widowiskowości. Kosztem szczegółów samego płatowca. Do tego za lotniskiem wszystkie latające maszyny będziemy mieli jak na dłoni. W związku z naszą absurdalną godziną wyjazdu i tym, że pokazy zaczynają się tak naprawdę około godziny 10.30 mamy dużo czasu dla siebie. Oczywiście w dobrym towarzystwie czas płynie bardzo szybko. Dobra zabawa w smak Coli Light (rozjaśniona wersja tego napoju jest już chyba naszym patentem) sprawia, że nawet nie zauważamy jak zaczynają się pokazy. Na miejscówce za lotniskiem niestety omijają nas niektóre atrakcje, ale za to jak już jakaś maszyna wylatuje w naszą strefę, mamy ją pięknie na widelcu. Największe wrażenie lotniczo robi na mnie rumuński MiG-21. Ile wspomnień z dawnych lat wiążę z tą piękną maszyną. Pięknie też lotniczych dziadków reprezentuje Mirage F-1. Rafale – genialny samolot. Uwielbiam jego pokaz. Jest strasznie dynamiczny. Jego manewry, a głównie to co się dzieje na jego płatowcu w połączeniu ze światełkiem na kontrze daje niesamowite efekty. Hiszpański F/A-18 może nie lata rewelacyjnie, ale ta jego figura, w której lata niejako po prostokącie w pionie nad lotniskiem, usłana jest pięknymi zaburzeniami powietrza, szczególnie w narożnikach prostokąta… smaczny kąsek do sfotografowania. Szwajcarski Hornet lata o wiele ciekawiej. Zaskakuje nas totalnie, gdy podczas przelotu z dużą prędkością wylatuje na nas tuż znad lasu! Nikt nie zdążył mu zrobić zdjęcia ale wrażenie kapitalne! Przychodzi też czas na stały fragment wszystkich ostatnich pokazów w Europie czyli holenderskie i belgijskie demo na F-16. Nasze usytuowanie za lotniskiem sprawia, że jesteśmy bardzo blisko niektórych znanych nam na pamięć figur i mamy możliwość ustrzelenia ich z niewielkiej odległości. Holender pięknie wyprowadza z nurkowania ciągnąc za sobą długie wąsy oderwań. Belg natomiast ma najlepszy ze wszystkich przelot z dużą prędkością, po którym wyrywa świecą w górę nie zdejmując „ręki” z gazu. Zawsze zastanawia mnie, jak silne naprężenia panują w tym momencie na konstrukcji samolotu. Ewidentnie widać bowiem spore wygięcie skrzydeł w tym manewrze. Zespoły akrobacyjne z miejscówki za lotniskiem również wyglądają zupełnie inaczej. Możemy zapomnieć o figurach wykonywanych nad samym lotniskiem, ale niskie przeloty tuż nad nami robią niesamowite wrażenie. Końcówka pokazów to prezentacja węgierskiego lotnictwa. Strzelanina z udziałem Mi-24, nalot Gripenów na lotnisko, walka Migów z Gripenami sprawiają, że nie odrywamy aparatów od oczu. Wszystko okraszone tym, o czym do tej pory nie napisałem – dziesiątkami wystrzeliwanych flar prawie z każdej maszyny biorącej udział w pokazach! Wreszcie pokazy, które można nazwać festiwalem flar! Najpiękniej wyglądają wiązki flar odpalone z węgierskiego Mi-24, który prezentuje się hen daleko nad lotniskiem w rewelacyjnym malowaniu! Jutro go ustrzelimy :) Niedziela. Dziś, co by się nie działo, jedziemy na lotnisko. Już o godz. 6.30 stoimy w kolejce przed bramą. To pierwsze chyba pokazy, gdzie program jest tak naszpikowany atrakcjami, że trzeba tak wcześnie atakować teren. Po odstaniu w kolejce i kupieniu biletów wbijamy się jak najbliżej środka pasa pod barierki. Jest 7.30, a my zablokowaliśmy ostatnie wolne miejsca. Jest nas kilkunastu więc trochę tego miejsca potrzebujemy :) Barierki są dość wysokie, ale nie tak jak w Brnie, więc do przeżycia. Pogoda jest o wiele gorsza niż zapowiadano. Poranek był piękny, a teraz nadciągają chmury, które zasłaniają prawie całe niebo. Układ lotniska jest taki, że pomiędzy publicznością a pasem startowym znajduje się płaszczyzna przygotowania samolotów, które biorą udział w pokazach oraz droga kołowania, po której kołują maszyny przed i po pokazie. Z godziny na godzinę na lotnisko napiera coraz więcej narodu. Robi się ciasno ale… sympatycznie. Niestety znowu mamy panującą na niebie szarość i tak piękne maszyny jak MiG-21 czy cudnie pomalowany i strzelający flarami Mi-24 wychodzą nieciekawie. Główną atrakcją staje się fotografowanie kołujących samolotów i pozdrawianie pilotów. Nie zawodzi nas Capt. R. Amstutz z Patrouille Suisse, któremu jak zawsze podczas kołowania towarzyszy Flat Eric ;) Ciekawie wygląda MiG-21, którego elementy płatowca są chyba przez swój wiek tak beznadziejnie spasowane, że można odnieść wrażenie, iż samolot został zrobiony przez dzieci na zajęciach praktyczno-technicznych :) Jeszcze przed południem sporo zamieszania na publiczności robią nasze Biało-Czerwone Iskry, które defilują przed wygłodniałymi wrażeń widzami i podrywają się do pokazu jako pierwszy zespół akrobacyjny. Od południa zaczyna dopiero być słonecznie i zdjęcia nabierają kolorków. W porównaniu do sobotnich lotów nic się nie zmienia, ale… z perspektywy publiczności wszystko wygląda zupełnie inaczej. Oglądamy kapitalny pokaz Zoltana Veresa, choć mam wrażenie, że jest mniej widowiskowy niż ten w Piestanach. Świetnie prezentuje się węgierski C-17 Globemaster. O dziwo, rewelacyjny pokaz za sprawą kapitalnego pilotażu i gęstych smugaczy robi też czeska L-159 ALCA. Wreszcie można podziwiać zespoły akrobacyjne i zapolować na mijanki. Pokibicować obu zespołom latającym na F-5 czyli Patrouille Suisse i Turkish Stars. Po raz kolejny w tej konkurencji wygrywają Turcy. Na największe jednak uznanie z zespołów zasługują Frecce Tricolori. To co pokazują w swoim show, nawet takim starym wygom pokazowym jak my, składa ręce do oklasków! Mają w swoim repertuarze sporo nowych figur. Ich rozmach, stopień trudności i ta wyjątkowa precyzja sprawiają, że chwilami odkładam aparat i… podziwiam! Polecam wszystkim! To co FT wyprawiają w 2010 roku jest po prostu bajką :) Na koniec show węgierskiego lotnictwa. Z bliska wygląda to jeszcze bardziej przekonywująco. Salwa flar z przelatującego jako ostatniego MiGa-29 w swoim pięknym charakterystycznym malowaniu kończy pokazy. Pokazy, po których wszyscy długo jeszcze mieliśmy otwarte buzie. Trzeba przyznać, że Węgrzy spisali się znakomicie! Nie przez przypadek sami na swojej stronie piszą o Kecskemet Airshow jako jednej z pięciu największych imprez lotniczych w Europie. O których czterech pozostałych myślą, nie napisali :) Były to jedne z najlepszych pokazów, na jakich byłem w tym roku. Porównuję je do RIAT w Fairford. Jak się później okazało nie tylko ja. Jeden z moich kolegów z brytyjskiego forum poświęconego tematyce lotniczej określił węgierskie pokazy jako Kecskemet International Air Tattoo i… podoba mi się ten tok rozumowania :) Oby tak solidnie udało się przeprowadzić Air Show w Radomiu A.D. 2011.

Sławek "hesja" Krajniewski

XI MAZURSKI FESTYN LOTNICZY 2010 (Polska, Giżycko)

W dniach 6 - 8 sierpnia po raz jedenasty odbył się mazurski festyn lotniczy. Miejscem tegorocznej imprezy było malownicze Jezioro Niegocin, a same pokazy można było podziwiać z giżyckiej plaży. Nad mazurską wodą zaprezentowały się wspaniałe maszyny, a miejsce pokazów było pięknym dodatkiem do całości imprezy. Na niebie nie zabrakło akrobacji indywidualnych i zespołowych, pokazowych przelotów zabytkowych samolotów, na których latali piloci podczas I i II wojny światowej. Na festynie mogliśmy podziwiać m.in.: The Flying Bulls na czterech samolotach Zlin 50LX, Christen Eagle II i Marka Szufę, który również zaprezentował się w symulowanej walce na samolocie Curtiss Jenny, pilotów litewskiego aeroklubu Kauno Aeroklubas na radzieckich maszynach szkolnych Jakowlew Jak-52, Dakotę DC-3 - legendarny amerykański samolot transportowy, 3AT3 Formation Flying Team na ultralekkich samolotach AT-3, a także Cessnę 172 na pływakach z pokazowym lądowaniem na wodzie. Niekwestionowaną atrakcją pokazów był niezawodny Marek Szufa i jego Christen Eagle II, który po raz kolejny udowodnił, iż jest obecnie jednym z najlepszych pokazowych pilotów w Polsce. Jego niskie przeloty na taflą wody, a także slalom pomiędzy masztami jachtów zapierały dech w piersiach i dostarczały niesamowitych wrażeń, które długo zostaną w pamięci. Nie można również nie wspomnieć o pokazach zrzutu wody z samolotu Dromader. Tegoroczne mazurskie pokazy lotnicze uznajemy za wyjątkowo udane i z niecierpliwością czekamy na kolejne.

BIAŁO-CZERWONI W MIROSŁAWCU (Polska EPMI)

Dnia 30 lipca 2010 w 12 Bazie Lotniczej w Mirosławcu miało miejsce niecodzienne wydarzenie - na lotnisku wylądował zespół akrobacyjny Biało-Czerwone Iskry w celu tankowania i przygotowania samolotów do przelotu nad Kostrzynem. Przelot, a właściwie „namalowanie” na niebie biało-czerwonej flagi, było jednym z najważniejszych punktów programu otwarcia Przystanku Woodstock, zorganizowanego już po raz szesnasty przez Jurka Owsiaka. Jadąc do bazy liczyliśmy na niewiele, traktując wyjazd raczej kronikarsko, i jako okazję do wyrwania się z codziennych obowiązków. Jednak dzięki Biało-Czerwonym Iskrą, jak i wspomagającej technicznie imprezę załodze Casy, spotkało nas bardzo miłe rozczarowanie. Biało-Czerwoni, nadlecieli w szyku i po ładnym rozejściu wylądowali. W trakcie obsługi technicznej maszyn, mogliśmy bliżej się przyjrzeć samolotom. Podczas wylotu nad Kostrzyn podziwialiśmy efektowny start całej formacji. Już w tym momencie byliśmy bardzo zadowoleni, jednak przyszłość pokazała iż największe atrakcje były dopiero przed nami. Po przelocie nad Kostrzynem samoloty powróciły do Mirosławca, aby ponownie uzupełnić paliwo. Przed wylądowaniem piloci zaprezentowali próbkę swoich akrobacyjnych umiejętności obsłudze bazy, co skrzętnie fotograficznie wykorzystaliśmy. Przeloty w szyku, z użyciem dymów, jak i bardzo efektowne rozejście do lądowania, zrobiły na nas niesamowite wrażenie. Ukoronowaniem tego dnia był start Casy, transportującej obsługę techniczną „Iskier”.  Piloci zaprezentowali nam, próbkę własnych umiejętności, jak i możliwości technicznych samolotu. Mała foto-relacja z tego dnia jest poniżej.

Mariusz "MarS" Suwalski

PIKNIK LOTNICZY W NOWYM TARGU (Polska, EPNT)

W sobotę 24 lipca 2010 wybraliśmy się na Piknik Lotniczy w Nowym Targu. Prognozy zapowiadały ulewne deszcze, pogoda jednak zaskoczyła nas na plus i zaserwowała słoneczny dzień. Było ciepło, a przewijające się na niebie chmury tworzyły ciekawe tło do fotografowania licznych statków powietrznych. Dzięki temu miłośnicy lotnictwa zgromadzeni w Nowym Targu mogli zaliczyć tę imprezę do udanych. Główną gwiazdą pokazów był Marek Szufa, który jak zwykle dał popis swoich niesamowitych umiejętności na samolocie Christen Eagle II. Sporych emocji dostarczyły widzom również akrobacje na samolocie Extra 330 - za sterami Artur Kielak. Poza tym uczestnicy pikniku mieli okazję zobaczyć w locie również śmigłowce: Robinsona R44 oraz policyjną Kanię. Desant z samolotu Casa-295 nie doszedł niestety do skutku ze względu na niesprzyjające warunki meteorologiczne w Krakowie. Nie zabrakło jednak szybowców i standardowych ‘piknikowców’ takich jak m.in.: AN-2; RWD-5 czy Jak-12.

ŻAR TROPIKÓW W MIROSŁAWCU (Polska, EPMI)

W dniu 21 lipca 2010 odwiedziliśmy lotnisko w Mirosławcu. Była to nasza pierwsza wizyta, odkąd 12 Bazę Lotniczą w Mirosławcu i stacjonującą w niej 8 elt połączono we wspólny komponent lotniczy z 21 Bazą Lotniczą ze Świdwina, gdzie do tej pory stacjonowała 40 elt. Podczas wizyty w bazie dowódca komponentu płk dypl. pil. Ireneusz Starzyński znalazł chwilę czasu, aby z nami się spotkać. Ku naszemu bardzo miłemu zaskoczeniu klubowe koszulki, w które byliśmy ubrani, zostały natychmiast rozpoznane i usłyszeliśmy kilka komplementów dotyczących  fotografii widniejących na internetowej stronie  stowarzyszenia. Zmotywowani słowami dowódcy, wyruszyliśmy na nasze fotograficzne łowy. Panujący na lotnisku upał spowodował,  iż po paru minutach byliśmy po prostu mokrzy. Drugim skutkiem ubocznym tak wysokiej temperatury była ogromna termika na płycie lotniska. Druga tura lotów odbywała się już po zachodzie słońca, zniknął więc problem termiki, ale z powodu zapadających ciemności zaczęła się walka z czasami. Panoramowanie z czasami rzędu 1/20 - 1/15 nie należy do najłatwiejszych.  Robiliśmy jednak wszystko, aby wrócić „z tarczą”. Efekty naszych działań prezentujemy poniżej.

RIAT ROYAL INTERNATIONAL AIR TATTOO (Wielka Brytania, EGVA)

Czwartek rano. Strefa Park and View East (specjalnie wydzielona we wschodniej części lotniska strefa dla fotografów umożliwiająca zaparkowanie samochodu i fotografowanie z bezpośredniej bliskości pasa startowego) wypełniona prawie po brzegi miłośnikami lotnictwa chyba z całego świata. Od wczesnego poranka fotografujemy przyloty statków powietrznych, które wezmą udział w największych na świecie pokazach lotniczych czyli The Royal International Air Tattoo. Około godziny 9 daje się zauważyć silne podniecenie. Wszyscy nerwowo przygotowują sprzęt. Sprawdzają ustawienia. Patrzą w kierunku wschodnim. Powód jest jeden i to ten najważniejszy, dla którego większość zerwała się dziś wcześnie rano by mieć jak najlepsze miejsca do focenia. Lecą Raptory!!! W radiu rozbrzmiewa komunikacja wieży z pilotami, którzy otrzymują warunki do lądowania. Kto wie czy nie jestem tu jednym z najbardziej podnieconych fotografów. Po porażkach z 2008 i 2009 roku wreszcie ma się odbyć moja pierwsza foto-randka z F-22. Już nic nie może nam przeszkodzić. Już za momencik, już za sekundy. Są! Nad horyzontem widzę dwie kreseczki, które w miarę zbliżania się zaczynają przypominać linie tych niesamowitych maszyn. Wreszcie! Majestatycznie nadlatują w osi pasa startowego. Są cudowne. Tak brzydkie że aż piękne :) To wspaniale móc na własne oczy zobaczyć samoloty, którymi fascynuje się cały świat. Samoloty 5-tej generacji, które nie mają sobie równych na współczesnym polu walki i pewnie jeszcze długo równych sobie mieć nie będą. Kosmiczny wręcz wygląd, pięknie grające silniki. Nad lotniskiem robią rozejście do lądowania by pojedynczo wylądować tuż przed naszymi obiektywami. Przeszły nas dreszcze – prosimy o jeszcze! :) Mimo, że pokazy odbywają się w sobotę i niedzielę, w Fairford dobrze jest być już od środy. Od środy bowiem, a od czwartku szczególnie, na lotnisku dużo się dzieje. Kolejne maszyny przylatują, a te które już przyleciały, wykonują treningi do weekendowych pokazów. Nie ma co też planować wyjazdu w niedzielę, ponieważ w poniedziałek odbywają się odloty po pokazach, które są też nie lada gratką. Air Tattoo to nie tylko pokazy w locie, ale też i potężna wystawa statyczna. W poniedziałek wszystko co przyleciało, startuje i wraca do swoich macierzystych baz. Można zatem zobaczyć w powietrzu maszyny, które nie brały udziału w pokazach dynamicznych, a są super atrakcją dla każdego miłośnika lotnictwa. Same odloty wyglądają jakby się odbywały na taśmie produkcyjnej. W kolejce na pas stoi cała gama statków powietrznych, od tych malutkich do tych potężnych, od weteranów pierwszej i drugiej wojny światowej po naszpikowane elektroniką najnowocześniejsze konstrukcje. Każdy lotniczy świr znajdzie w tej mieszance coś ciekawego dla siebie. Czwartek południe. Strefa Park and View East. Oczekujemy pierwszego treningu Raptora. Już widać zamieszanie przy samolocie, już widać jak pilot zajmuje miejsce w kabinie. Kołuje. Każdy stara się zająć jak najlepszą pozycję do sfotografowania najpierw samego kołowania na pas, a później słynnego i znanego wszystkim startu tej cudownej maszyny. Start Raptora do pokazu polega na rozpędzeniu samolotu na bardzo małej wysokości tuż nad pasem a następnie ostrym poderwaniu i szybkim wyrównaniu na kilkuset metrach. Samo poderwanie z reguły okraszone jest zaburzeniem powietrza po grzbietowej części płatowca F-22. Filmik z tym startem widział już chyba każdy, ale na żywo niewielu z nas. Stąd takie napięcie w narodzie. Raptor kołuje i zatrzymuje się na pasie. Po przed chwilą zakończonej potężnej ulewie panuje piękna pogoda. Jestem zadowolony bo to idealne warunki do fotografii lotniczej! Błękitne niebo z delikatnymi chmurkami i pokryty wodą pas startowy. Oj będzie się działo! Od strony południowo-zachodniej w kierunku lotniska zbliża się jednak potężna  chmura zwiastująca kolejną ulewę. Będzie u nas za jakieś 20-30 minut i zrobi zapewne niezłe spustoszenie. Pokaz trwa 20 minut więc wszystko pasuje. Lecz co to? Raptor stoi i stoi na pasie. Dlaczego nie startuje? Przypomina się od razu sytuacja z 2007 roku z Krzesin i pokaz grupy Thunderbirds. Też czekali na pasie przy pięknej pogodzie by wystartować podczas totalnego oberwania chmury. Czy tu ma się to powtórzyć? Wszyscy błagalnie patrzą na samolot a on ani drgnie! Nagle ruszył ale… skołowuje z pasa? Może to i lepiej by przeczekać ulewę. Nie skołowuje! Po prostu zajął inną pozycję na pasie. Zajął i nadal czeka! Chmura jest coraz bliżej. Zaczynają padać pierwsze krople, które w moment przekształcają się w dramatyczną ulewę. Raptor… startuje! Po co w taki deszcz? Po to by wystartować, zrobić krąg i… wylądować :( Zatem pierwszy trening nieudany niestety. Na szczęście mamy jeszcze kilka dni. Biorąc pod uwagę potężną publiczność RIAT-u, organizatorzy podczas kolejnych edycji dopracowali się wręcz idealnego systemu dzielenia odwiedzających Air Tattoo ludzi wg ich potrzeb i zapatrywań. Są miejsca dla zwykłej publiczności, są miejsca dla seniorów, są miejsca dla fotografów lotniczych. Najlepszą, a co za tym idzie najdroższą opcją jest grupa Friends of RIAT (w skrócie FRIAT). Grupa ta dzieli się w zależności od liczby dni uczestnictwa na MACH1, MACH2 i MACH3. My oczywiście mieliśmy opcję MACH3, która dawała nam możliwość przebywania na lotnisku przez 6 dni w różnych, ciekawych fotograficznie strefach, w tym oczywiście w strefie specjalnie przeznaczonej dla FRIAT. Od środy do poniedziałku włącznie, dostawaliśmy codziennie programy lotów, różne informacyjne materiały a także gadżety Air Tattoo. W tym roku były to kubki termoizolacyjne z riatowskimi emblematami. Strefa FRIAT ma najlepiej usytuowaną trybunę z widokiem na pas. Trochę się tylko trzeba przyzwyczaić, by ogarnąć fotografowanie z długim obiektywem w pozycji siedzącej. Po kilku dniach przylotów i treningów, fotografowania w pełnym słońcu i totalnym deszczu, przyszła pora na foto-lotnicze święto! Weekend wielkiego fotografowania. Nie było momentu, żeby na niebie coś się nie działo. Wiele akcentów było nam dobrze znanych z innych imprez lotniczych, ale było też wiele nowości i wiele bardzo zaskakujących chwil. Oczywiście najciekawszym punktem programu były pokazy Raptora. Ta niesamowicie wyglądająca maszyna latała jeszcze ciekawiej niż wygląda. Wykonywane ewolucje dosłownie zapierały dech w piersiach. Kapitalnie się złożyło, że na jednych pokazach wystąpiły holenderski i belgijski F-16 Demo Team. Można było wreszcie w porównywalnych warunkach ocenić klasę Hiteca i Mitcha. Jaki rezultat? Dla mnie remis. Początek pokazu na korzyść Holendra (Hitec), druga część pokazu na korzyść Belga (Mitch). Niestety nad Fairford panuje zakaz odpalania flar więc pokazy straciły trochę na atrakcyjności. Wyczuwało się jednak w ruchach pilotów ciśnienie wywołane zarówno konkurencją jak i rangą pokazów, które pięknie przełożyło się na dynamikę figur akrobacji. Bardzo żałuję, że zarówno na treningach jak i podczas pokazów amerykański Super Hornet ani razu nie wstrzelił się w dobrą pogodę. Ta cudowna maszyna, ze swoją pełną gamą złowrogich podwieszeń wyglądała i latała przepięknie. Jednak szary samolot na szarym niebie nie mógł fotograficznie zachwycać. Giganci tańczą! Oj było kilku gigantów w powietrzu, było. Bombowce z okresu zimnej wojny czyli Avro Vulcan i B-52 Stratofortress prezentowały się jak zawsze cudownie. Szczególnie Vulcan, podczas pokazu którego komentator w pięknych słowach wychwalał ten jedyny egzemplarz tej wyjątkowej maszyny, która wspaniale oddaje geniusz brytyjskiej myśli lotniczo-technicznej. Wśród gigantów ani wyżej wymienione, ani C-17 Globemaster nie dorównały poziomem pokazu samolotowi, którego nie miałem jeszcze przyjemności poznać, czyli Airbusowi A400M. Ten czterosilnikowy kolos wyprawiał na niebie takie cuda, że co chwile było słychać odgłosy zachwytu na trybunach. Niestety zarówno w sobotę jak i w niedzielę nie miałem przyjemności być na trybunie i fotografować go z bliska. Coś udało mi się przyfocić z daleka podczas negocjacji z szefem działu PRESS RIAT :) Huk dopalaczy startujących maszyn stawia na baczność zmysły wszystkich na trybunie. To dwa Tornada podrywają się do pokazu. Pokazu w zasadzie niezapowiedzianego. Jak ja kocham tę maszynę. Dla mnie jest ona odzwierciedleniem potęgi szturmowego lotnictwa. Niby stara ale na pewno jedna z bardziej sprawdzonych w boju. Ze słów komentatora wynika, że pokaz będzie mieć właśnie bojowy charakter. I bardzo dobrze! W końcu to bojowa maszyna a nie akrobacyjna :) Okazuje się bowiem, że na lotnisku jest miejsce, w którym broni się nieprzyjaciel i piechota poprosiła o wsparcie lotnicze. Sytuacja żywcem wzięta z Afganistanu, gdzie obecnie brytyjskie Tornada prowadzą działania. Stąd poderwanie do boju dwóch maszyn. Robią kilka przelotów na dopalaniu i atakują z działek i rakiet miejsce oporu nieprzyjaciela. Niestety te środki okazują się niewystarczające. Pada rozkaz użycia bomb i totalnego wyeliminowania wroga. Nie wiemy co się wydarzy za chwilę ale widzimy, że sprawa jest poważna. Tornada idą parą na małej wysokości nad lotniskiem z dużą prędkością i… po ich przelocie następuje seria potężnych eksplozji!! Wooow, dawno nie widziałem tyle ognia! Kapitalny pokaz, rewelacyjny efekt. Miałem wrażenie, jakby rzeczywiście samoloty zrzuciły jakieś ładunki. O mocy pokazu niech świadczy fakt, że kilka jednostek straży pożarnej gasiło pożar lotniska :) Jak to zwykle na tego typu pokazach bywa, po przelotach samolotów odrzutowych następuje przerwa na tzw. drewutnie :) czyli samoloty z napędem śmigłowym. Jest to znakomity czas na zakup piwa, zjedzenie jakiejś zagadki metabolizmu czy zrobienie Game-Boy’a (przeglądanie zdjęć już zrobionych i kasowanie tych niefajnych). Taki czas właśnie nastał. Startują trzy samoloty zespołu o z pozoru dziwnie brzmiącej nazwie We Fly Team. OK. Wszyscy zajmujemy się wyżej przedstawionymi zajęciami lecz… co chwilę któryś z nas bierze aparat i zaczyna fotografować drewutnie. Dlaczego? Dlatego, że robią kapitalny pokaz! Nie dość, że samolociki są piękne zarówno kształtem jak i swoim błękitnym kolorkiem to jeszcze generują widowiskowe, kolorowe dymy ze swoich smugaczy. Brawa! Cała widownia podziwia pilotów. Lądowanie nie kończy pokazu. Samoloty podkołowują pod trybunę i co się okazuje? Okazuje się, że już wiem skąd wzięła się nazwa zespołu! Piloci są niepełnosprawni! Z tego co zauważam mają sparaliżowane nogi. Brawa tym większe! Szacunek! Dla mnie rewelacja. Będę ich wypatrywał na innych pokazach i wszystkim polecał. W oddali daje się słyszeć dziwny odgłos silnika. Nie jednego, ale wielu! Odwracam głowę i oczom nie wierzę. Cały pas startowy wypełniony maszynami z okresu Bitwy o Anglię! Pełna gama Spitfire’ów, Hurricane’ów, są nawet niemieckie Messerschmitty. Piękny gang silników. Po krótkiej prezentacji jeden po drugim startują do przelotu upamiętniającego jedną z największych bitew powietrznych w historii. Zaraz po weteranach do defilady startują Hawki, Tornado, dwa F-16, Mirage 2000, dwa F-15 i nowozelandzki Boeing 757. Aż żal bierze, że mimo iż tak pięknie o udziale Polski w Bitwie o Anglię mówi komentator, to żadna z naszych maszyn nie bierze udziału w przelocie. Polska na Air Tattoo wystawiła tylko jedną Su-22, która w dodatku stoi na statyce. Co gorsza egzemplarz wzięty chyba przypadkiem, bez żadnego malowania, godła, niczego. Nie rozumiem takiego działania. Mamy tak pięknie pomalowane Su-22, mamy idealnie na taką okazję pomalowanego MiG-29 (malowanie kościuszkowskie). Dlaczego nikt nie podejmie decyzji o wysłaniu maszyny, która lepiej zareklamuje nasze Siły Powietrzne w Europie? Od czego to zależy, bo chyba nie tylko od pieniędzy? Musi się jeszcze dużo zmienić w DSP by ktoś zrozumiał, że taka promocja jest bardzo istotna dla szerokiego społecznego poparcia naszych Sił Powietrznych. Już tylko przy tej jednej sztuce Su-22 tłum fotoreporterów był największy. Te zdjęcia idą w świat, a za nimi chwała lub nie dla naszego lotnictwa. My, podatnicy, bo w końcu z naszych pieniędzy to wszystko jest utrzymywane, musimy chcieć wspierać polskie lotnictwo. Będąc z niego dumni, będzie nam łatwiej zrozumieć jego finansowanie. Ot w politykę się wdałem – pewnie niepotrzebnie. Tymczasem zaczynają się przeloty upamiętniające Bitwę. Najpierw maszyny z II Wojny Światowej, później współczesne. Bardzo sympatyczny moment do fotografowania. Na szczęście poza komentarzem w głośnikach jest w powietrzu polski akcent – Spitfire w polskim malowaniu :) Zawsze coś :) Po niesamowitych pokazach najlepszych w Europie zespołów akrobacyjnych czyli Patrouille de France i Red Arrows, których opisywać nie trzeba gdyż są tak precyzyjni, że zawsze latają idealnie tak samo :) nadszedł czas na ostatni element pokazów. Wspólny przelot dwóch wspaniałych maszyn. Spitfire’a – legendarnego myśliwca z czasów II Wojny Światowej oraz Eurofightera Typhoon’a – nowoczesnego myśliwca niepodzielnie panującego na europejskim niebie współcześnie. Po dynamicznych, jakże różniących się od siebie startach obydwu maszyn, widzimy rzadko spotykany widok. Nad lotnisko nalatuje Spitfire z tuż za nim lecącym potężnym EF2000! Co ciekawe, mimo huku dwóch silników Typhoona, daje się wyraźnie odróżnić charakterystyczny gang silnika Spitfire’a. Wykonują kilka przelotów ku uciesze i podnieceniu tysięcy miłośników lotnictwa zebranych w dole. Gdy już myślimy, że to koniec – następuje kolejna ciekawostka. Po rozejściu się samolotów w nalocie na publiczność lecą one w przeciwległych kierunkach by zrobić zwrot o 180 stopni i… lecieć wprost na siebie na tzw. mijankę! Wrażenie niesamowite! Po pierwszej mijance następują kolejne. Niesłychana zabawa. Spitfire lata na bardzo dużej prędkości a Typhoon ledwie daje radę utrzymać ją na tym samym, dla niego niskim poziomie. Wygląda to jak wyjątkowy międzypokoleniowy balet w powietrzu. Po kilku chwilach przestaję robić zdjęcia, tylko patrzę i podziwiam. Nachodzi mnie jak zwykle w takich momentach refleksja nad geniuszem człowieka, który potrafił stworzyć tak rewelacyjne konstrukcje. Myślę sobie jak będzie wyglądało Air Tattoo za lat 50? Z kim wtedy w parze będzie latać Typhoon jako przedstawiciel wymarłej już 4,5 generacji? Organizacja pokazów od strony logistycznej na RIAT jest wręcz fantastyczna! Owszem, Air Tattoo to bardzo droga impreza dla każdego z uczestników, ale miło jest czuć się dobrze traktowanym na każdym kroku. Organizacja ruchu samochodowego zarówno na drogach publicznych jak i na parkingach, ruchu ludzi pomiędzy parkingami a strefami dla nich wyznaczonymi, busy wożące ludzi po lotnisku oraz z i na stację kolejową w Swindon, informowanie publiczności zarówno na materiałach drukowanych jak i w Internecie, poprzez megafony, rozmieszczone wszędzie tablice, wyjątkowa uprzejmość organizatorów, którzy na każdym kroku byli gotowi udzielić wszelkich informacji, itp., itd. To wszystko co roku sprawia wrażenie idealnie działającego mechanizmu. Jedyną rzeczą, której organizatorzy nie byli w stanie zapewnić podczas RIAT 2010 to pogoda. Niestety podczas całych pokazów ta nam nie sprzyjała. Albo było szare niebo bez jakichkolwiek kontrastów więc jak my to nazywamy: szare na szarym, albo ostre słońce bez wiatru szybko sprawiające, że powietrze nad lotniskiem zaczynało pływać a to skutkowało brakiem ostrości na zdjęciach. Były dosłownie chwile, kiedy było naprawdę pięknie. Murphy jednak nie spał. W tych chwilach latały konstrukcje, które niekoniecznie dawały tzw. wow-factor na zdjęciach. Kto by się jednak tym przejmował. Najważniejsza była wspólna zabawa, a tej nikt i nic nie jest nam w stanie zmącić. No i jeszcze jedna mała, acz szczególnie dla męskiej części czytaczy i oglądaczy ważna uwaga… W czasie pierwszych dziesięciu minut po wylądowaniu w Warszawie, widzieliśmy więcej pięknych kobiet niż podczas całego tygodnia w UK. Tego też organizatorzy Air Tattoo nie zapewnili :) Chociaż była to okoliczność, która sprawiła, że obiektywy skierowane były prawie zawsze ku górze! W Moskwie, podczas MAKSa nie było to już tak oczywiste :)

Sławek "hesja" Krajniewski

VII MAŁOPOLSKI PIKNIK LOTNICZY W KRAKOWIE (Polska, EPKC)

W dniach 26-27 czerwca po raz siódmy na terenie Muzeum Lotnictwa Polskiego na lotnisku Rakowice - Czyżyny w Krakowie odbył się Małopolski Piknik Lotniczy. Na krakowskim niebie zaprezentowało się wiele wspaniałych statków powietrznych. Opublikowany tuż przed piknikiem program obfitował w atrakcje, które sprawiły, że nie mogło nas tam zabraknąć. Na pikniku można było podziwiać kunszt maszyn z II Wojny Światowej i czasów powojennych, konstrukcje radzieckie, amerykańskie i polskie. Doskonałym przykładem jest amerykański Rockwell OV-10 Bronco, North American AT-6 Texan, Dornier Do-27. Za sterami Christen Eagle II wystąpił Marek Szufa, który zaprezentował także replikę Curtiss Jenny z I Wojny Światowej. Niekwestionowanym hitem był pokaz umiejętności akrobacyjnych Jurgisa Kairysa na Su-26, który sztukę akrobacji oraz panowanie nad tą maszyną opanował do perfekcji. W fantastycznym wykonaniu akrobacji szybowcowej można było podziwiać Jerzego Makulę, na specjalnie dla niego zbudowanym jedynym takim szybowcu na świecie MDM Solo Fox. Na pikniku wystąpili także członkowie Grupy Akrobacyjnej Żelazny w pokazie solowym oraz zespołowym, oraz Biało-Czerwone Iskry. Pogoda dopisała, więc wszyscy byli usatysfakcjonowani.
Back to Top