Search

F-22 “RAPTOR” NA POLSKIM NIEBIE (Polska, EPLK)

W dniu 31.08 w 32 Bazie Lotnictwa Taktycznego rozpoczęła się kolejna zmiana kontyngentu USAF. Wraz z myśliwcami F – 16 do bazy w Łasku przyleciały z jednodniowa wizyta myśliwce V generacji F – 22 Raptor z 95 eskadry myśliwskiej z bazy w Tyndall na Florydzie. Była to pierwsza w historii wizyta najbardziej zaawansowanego technologicznie myśliwca na terenie polskiej Bazy. Takiej okazji nie mogli przepuścić członkowie SPFL, licznie stawiając się na terenie Bazy jak i w jej okolicach. Myśliwce pięknie zaprezentowały się w trakcie przylotów oraz w czasie dynamicznego startu, pokazując pełną moc silników wspomaganą dopalaczami. Mamy nadzieję iż wkrótce myśliwce te ponownie pojawia się w Łasku lub Krzesinach. Maciej "Szamal" Szamałek

SLOVAK INTERNATIONAL AIR FEST (Słowacja, LZSL)

W ostatni weekend sierpnia na lotnisko w Sliać przybyło wiele atrakcyjnych statków powietrznych, zarówno grup akrobacyjnych, jak i solistów, których uchwycenie w kadrze zawsze sprawia fotografom dużo radości. Jednak są sytuacje, że nie tylko to, co dzieje się nad naszymi głowami, wywołuje emocje. Tak dzieje się szczególnie przy okazji pokazu włoskiej grupy akrobacyjnej Frecce Tricolori. Ich komentator na każdej imprezie przyprawia publiczność oglądającą podniebne przedstawienie o duży uśmiech na twarzy. Frecce swój kunszt prezentują nie tylko w powietrzu ale również przy mikrofonie, dzięki czemu radość z oglądania pokazu jest jeszcze większa. Mieliśmy zresztą okazję poznać konferansjera Trójkolorowych Strzał – Pana Andrea Soro i pogratulować udanego występu. Poza grupą Frecce Tricolori prezentowali się również Patrouille de France, PC7 Team, radomski Orlik, a także szybowcowa grupa Očovskí Bačovia, która wzbudziła spore zainteresowanie. Wśród solistów najbardziej spektakularny był pokaz kpt. pil. Adriana Rojka na myśliwcu MiG-29 z Mińska Mazowieckiego. Za swoje umiejętności pilotażu otrzymał od organizatorów imprezy trofeum za najlepsze demo. Godnym uwagi był także belgijski F-16, który wprawiał publiczność w podziw swoją akrobacją. Nie mniejszy zachwyt wzbudził szwajcarski F-18, szwedzki Gripen, czy wielokrotny pokaz gospodarzy imprezy na samolotach MiG-29. W powietrzu pojawił się także SAAB 105 w tygrysim malowaniu sił powietrznych Austrii, jak również długo oczekiwany Zoltan Veres na swoim samolocie Extra 300, który swoimi powietrznymi ewolucji za każdym razem sprawiał, że widzowie wstrzymywali oddech. Nie mogło też zabraknąć czeskiej ALCA, która bardzo często prezentuje się na pokazach w Europie. W wspólnym przelocie z ALCĄ i Albatrosem wystąpił także brytyjski Hawk. Innymi perełkami, które pojawiły się na płycie malowniczo położonego lotniska w Śliać były amerykańskie F-15, niemieckie Tornada ECR, P-51 Mustang „Excalibur”, transportowce – C-130 Hercules, CASA 295M, C27J Spartan, a także L-29 Delfin i śmigłowiec Mi-17. Cała impreza kojarzyć się będzie nie tylko z bardzo udanymi pokazami pod względem liczby samolotów i pokazów, jakie prezentowały, lecz także z miłą atmosferą i upalną pogodą. Łukasz "lukasz.tur" Kulik

MAKS – MIĘDZYNARODOWY SALON LOTNICZO – KOSMICZNY (Rosja, UUBW)

Sześć dni na lotnisku i ciągle nam mało. To w końcu MAKS – Międzynarodowy Salon Lotniczo-Kosmiczny. Impreza wyczekiwana, egzotyczna, prawdziwe okno na świat rosyjskich technologii. Pomimo ograniczeń związanych z niepewną sytuacją międzynarodową, embargiem i co tam jeszcze, Rosjanie i tak przygotowują atrakcyjny pokaz. Dla mnie nawet bardzo atrakcyjny, chociaż stali bywalcy komentują, że izolację Rosji jednak się wyczuwa. I tu można by zacząć wyliczać, kogo nie było. Tylko po co, skoro codziennie w powietrzu mamy skład, który wyrywa z butów: Su-34, PAK-FA, MiG-35, Striżi na MiG-29 i Witjazi na Su-27. Ale zacznijmy od początku. Moskwa wita nas letnią pogodą i po pobraniu akredytacji i ulokowaniu się u naszego gospodarza Rusłana rozpoczynamy program nieoficjalny. Rusłan zaprasza nas na grilla, czyli własnoręcznie przyrządzone szaszłyki. Przy czym te szaszłyki to nie nasze okrawki na drewnianym patyczku, ale kawały mięsa nadziane na szpadę. Imponujące i smaczne. Biesiadujemy z naszym gospodarzem do późna, barier językowych zasadniczo brak, rosyjski brzmi swojsko, a języki rozwiązuje piwo Boczka. Głęboką nocą zapoznajemy Pusję i Timofieja, odpowiednio: kotkę rasy rosyjskiej i królika syna gospodarza. Bez dalszego komentarza… Dzień pierwszy to zawsze jakaś niewiadoma, trzeba rozpoznać bojem wszelkie dostępne warianty i sprawdzić, jak poruszać się na terenie lotniska, wyruszamy więc taksówką wcześnie rano. Rosjanie przewidzieli wejście w sposób zorganizowany, tzn. skanalizowali ruch z okolicznych stacji kolejki, dowożąc uczestników Salonu na lotnisko w Żukowskim autobusami. Działało to, trzeba przyznać, sprawnie i nie było kłopotu z przemieszczaniem się, tym bardziej, że wtorek, nasz pierwszy dzień na Salonie, to przecież dzień targowy bez publiczności. Kontrola przy wejściu była dosyć dokładna, z rozkładaniem sprzętu, włączaniem puszek, zdejmowaniem dekli z obiektywów włącznie, czemu trudno się dziwić. W końcu wnosiło się kilkanaście kilogramów sprzętu na teren Instytutu Badawczego Lotnictwa im. M.M. Gromowa. Wchodzimy i rzucamy się na statykę. Do lotów mamy teoretycznie jeszcze sporo czasu, bo codziennie zaczynały się przed 11-tą. Fotografowanie przebiegało sprawnie, światło było jeszcze korzystne, bo poranne, ludzi mało, ale jak dla mnie biegliśmy za szybko. Przyszło mi jednak słono zapłacić za przydługie marudzenie przy wystawie Wiertoljetów Rossiji (Ka-52, Mi-28, Mi-35, itd.). Chłopaki pognali do przodu i dosłownie rozpłynęli się. Maszeruję dalej, przystaję przy odgrodzonym barierkami Tu-144, przy którym wdzięczą się modelki i mam przeczucie, że nasi są w środku. Jak się okazało nie myliłem się. Strata okazała się niestety nie do odrobienia i nie było mi dane zobaczyć Tu z bliska. Loty tego dnia fotografowaliśmy bardziej zapoznawczo, bo z terenu publiki warunków za bardzo nie było – płot wysoki, światło nieciekawe i przede wszystkim odległość spora. Dzień drugi po naradzie postanawiamy spędzić poza Salonem, pod płotem po drugiej stronie pasa od strony rzeki Moskwa. Taksówka podwozi nas w pobliże ogródków działkowych, próbujemy przejść wzdłuż ogrodzenia do punktu już wcześniej rozpoznanego, ale tu spotyka nas niemiła niespodzianka. Droga wzdłuż płotu jest całkowicie zablokowana i kilku smutnych panów w mundurach nie podejmuje negocjacji. Idziemy więc naokoło, przez ogródki działkowe do miejsca zwanego „cerkiew” ze względu na ruiny tejże. Idziemy na przełaj i na wyczucie. Otwieramy jakieś furtki, grzecznie je zamykamy i brniemy dalej. Ledwo wydeptana ścieżynka prowadzi nas jednak niezawodnie na właściwe miejsce. A tam już są Japończycy, Czesi, Holendrzy, no i miejscowi. Próba podejścia bliżej płotu kończy się niepowodzeniem. Patrole policji regularnie przeczesują drogę wzdłuż płotu i wyganiają towarzystwo. To niestety nowe regulacje, na poprzednich edycjach droga ta była dostępna. Ale nic to, zapoznajemy towarzysza niedoli w postaci sympatycznego Rosjanina z Murmańska i trzymamy z nim sztamę już do końca MAKSa. Fotograficzny urobek z tej miejscówki siłą rzeczy jest dobry. Samoloty są blisko a światło korzystne. Oczywistą wadą jest brak widoczności pasa. Dzień trzeci postanawiamy spędzić w tym samym miejscu przy cerkwi. Zaczyna być naprawdę dobrze. Znamy już doskonale teren, znamy program, który z dnia na dzień podlega tylko niewielkim zmianom. Tak więc poprawiamy wcześniejsze ujęcia i po prostu cieszymy się życiem. Atmosfera przy cerkwi jest iście piknikowa. Wszyscy się znają, przynajmniej z widzenia. Zaczynamy zauważać drobne niuanse, które unikały przy wcześniejszej gonitwie – a to PAK-FA lata jakoś zachowawczo, a to Jak-130 z dnia na dzień dymi jakoś coraz marniej, ale za to lata pięknie. Ciekawie prezentują się autobusy, czyli jedyna duża maszyna z Zachodu – Airbus 350 i rosyjskie „maluchy” Ił-114 i Superjet 100 Suchoja. Codziennie zrzut raz wściekle czerwonej, raz rudej wody prezentuje Be-200, a klasą samą w sobie jest pokaz Su-34. Dziwimy się przeróbce poczciwego An-2 na… jednopłat. Proste ucięcie dolnego skrzydła, dodanie jakichś zastrzałów stworzyło nową odmianę Antka. Tylko… po co? Wieczorem udajemy się do centrum Moskwy i kończymy dzień, fotografując Kreml nocą. I to okazała się być niestety jedyna wizyta w pięknej Moskwie. Ale przecież nie po to przylecieliśmy do Rosji. Czwartego dnia idziemy w płodozmian i uderzamy na teren Salonu, na platformę foto. To specjalna platforma ustawiona po drugiej stronie pasa pomiędzy starym a świeżo postawionym ogrodzeniem, ale i wyraźnie bliżej akcji niż nasze dotychczasowe miejsce o kryptonimie „cerkiew”. O mały włos tego dnia obeszlibyśmy się smakiem, bo sympatyczne panie z managementu Salonu stwierdziły, że platforma już pełna i miejsc brak. Ale od czego nasze możliwości negocjacyjne i słowiańska elastyczność gospodarzy. Już za pół godziny otrzymujemy bilety (drogie! …dlatego, że drogie, a nie dlatego, że elastyczność gospodarzy coś nas kosztowała!) i jedziemy mikrobusem wokół lotniska. Platformę postawiono wysoką, więc wewnętrzne ogrodzenie praktycznie nie psuje widoczności startów i lądowań i trzeba przyznać, że fotografowanie z platformy to możliwość fotografowania figur pionowych praktycznie nad naszymi głowami. Obie miejscówki, czyli „cerkiew” i platforma dają chyba najpełniejsze możliwości i z obu skorzystaliśmy. Jedynym mankamentem obu wariantów był daleki przelot grupy śmigłowców i relatywnie dalekie indywidualne pokazy Ka-52. Nawet Mi-26 pomimo swoich gabarytów jakoś nie był dobrze widoczny. Co innego mały śmigłowiec Ansat, ten żwawo zawracał w bezpośredniej bliskości platformy. Dzień kończymy, wracając na teren Salonu, kręcąc się wśród publiki i fotografując drobne salonowe smaczki. Zachęceni możliwościami platformy decydujemy się również spędzić na niej piąty dzień. Okazało się to być strzałem w dziesiątkę, bo tej pamiętnej soboty 29 sierpnia 2015 r. pogoda stworzyła wręcz wymarzone warunki do fotografii lotniczej. Od rana było deszczowo, ale pogoda zmieniała się dynamicznie, dając szansę zarówno na słońce, jak i na klimatyczne chmurzaste tło. W powietrzu było wilgotno po nocnym deszczu, a statyka tego poranka wyglądała wyjątkowo. Po zainstalowaniu na platformie cieszyliśmy oczy oderwaniami, ale najlepsze miało jeszcze nadejść. Wczesnym popołudniem zmyła nas z platformy krótka, ale intensywna ulewa. Ochłodziło się, powietrze szybko się oczyściło, a za kilkadziesiąt minut wyjrzało słońce. To, co się potem działo można zobaczyć na zdjęciach. Klasą samą w sobie okazał się pokaz Su-34, który w agresywnym pilotażu w wilgotnym, ale już nasłonecznionym powietrzu, ciągnął za sobą własną prywatną chmurę. Czegoś podobnego niżej podpisany jeszcze nie widział. Ostatni dzień MAKSa to także dzień naszego wylotu do kraju. Spędziliśmy go przy „cerkwi”, fotolotniczo spełnieni, fotografując dla czystej przyjemności. Ktoś powie, że „na pół gwizdka”, ale można by ten stan bardziej elegancko nazwać foceniem bez napinki. Udzielamy się towarzysko, cieszy nas, że SPFL to już rozpoznawalna marka wśród fotografów na świecie, a szczególnie cieszą te drobne gesty, które świadczą o tym, że idea SPFL jest dla niektórych za granicą punktem odniesienia. Podsumowując, nasz tegoroczny wyjazd na tę imprezę był pełen obaw, jak i wielkich nadziei – żaden z tych punktów jednak się nie spełnił. Nadzieje na to, że w obecnej sytuacji politycznej rosyjskie lotnictwo pokaże muskuły i zobaczymy cały przekrój BBC, okazały się płonne, gdyż program tegorocznego MAKSa, dla tych którzy oglądali poprzednie edycje, nie był zbyt nachalny. Na szczęście obawy o to, jak będziemy tam postrzegani jako ci źli z NATO, również okazały się bezpodstawne, z większą serdecznością i otwartością, jakiej doświadczyliśmy ze strony zwykłych Rosjan, trudno się spotkać w jakimkolwiek innym kraju. Niestety jedynym polskim akcentem na Salonie były Wilgi holujące szybowce. Inni z naszej części Europy, pomimo embarga, jakoś się prezentowali, choćby Czesi z nową odmianą Turboleta, nie wspominając o Niemcach czy Francuzach. Wszyscy oni, oprócz Airbusa, co prawda ograniczyli się do statyki, ale jednak byli obecni. Oby się to zmieniło już za dwa lata w… Kubince. Tak, tak, wg organizatorów MAKS przenosi się w nowe miejsce, a żukowskie lotnisko ma się przekształcić w zupełnie cywilny port lotniczy. Sylwester „eSKa” Kalisz

THE OLD RHINEBECK AERODROME (USA, Rhinebeck Aerodrome)

30 sierpnia 2015 r., gościliśmy w OLD RHINEBECK AERODROME, w mieście Rhinebeck, niedaleko Nowego Jorku, na piknikowym air show. Old Rhinebeck Aerodrome jest prawdziwym “żywym” muzeum zabytkowego lotnictwa i jednym z największych zbiorów zabytkowych samolotów na świecie, a także samochodów, motocykli, silników, obejmujących okres od 1900-1939. Pokazy odbywają się w każdą sobotę i niedzielę od czerwca do października. Sobota jest poświęcona pionierom lotnictwa, zaś niedziela to latające maszyny z okresu I wojny światowej. Na niebie pojawiły się takie perełki jak: Hanriot z 1910r, Bleriot XI z 1909r, Caudron G.III z 1914r, Curtiss JN-4H z 1917r, Fokker D.VII z 1918r, Nieuport 10 z 1915r, SPAD VII 1917r, Taylor J-2 Cub z 1936r i wiele innych. Pogoda i humory dopisywały, zapach oleju rycynowego roznosił się po okolicy, jednym słowem sielska atmosfera i zarazem lotnicza uczta. Marek "mark" Michalski

NEW YORK AIR SHOW (USA, KSWF)

W dniu 29 sierpnia 2015 r. mieliśmy okazję okazję przebywać niedaleko Nowego Jorku w Stewart Air National Guard Base, gdzie przez dwa dni odbywały się pokazy lotnicze "NEW YORK AIR SHOW". Z niecierpliwością wszyscy czekali na rozpoczęcie pokazów, a szczególnie na występ F-22 Raptor Demo. Inne, bardzo ciekawe jednostki latające, które pojawiły się na niebie to USMC Harrier Demo, B-25J Mitchell ‘ Panchito’, Geico Skytypers, Andrew Wright G-202, Lucas Oil Pitts, P-51 Mustang, solo i we wspólnym przelocie z Raptorem, L-39 Jet Demo, Zespół Spadochronowy West Point. Marek "mark" Michalski

AIR SHOW RADOM (Polska, EPRA)

Radomski Air Show to punkt obowiązkowy w lotniczym kalendarzu każdego fana lotnictwa. Tradycją lat poprzednich w Radomiu pojawiła się potężna grupa spod błękitnego znaku, by kolejny raz wziąć udział w tym wielkim lotniczym święcie. Jak to bywa przed dużymi imprezami lotniczymi dni poprzedzające ich oficjalne rozpoczęcie stanowią czas treningu dla solistów i grup akrobacyjnych. Dzięki temu można powiedzieć, że w „bonusie” otrzymujemy dodatkowe pokazy. Jak to czasem na treningach bywa, niektórym zdarza się zapomnieć o limitach wysokości – i tak piątkowym „zwycięzcą” został włoski Eurofighter, który bardzo niskim przelotem lekko przycisnął nas do ziemi. Uwerturą sobotnich pokazów był tzw. blok aeroklubowy, złożony w większości ze stałych uczestników polskich pikników lotniczych – czyli grupa Żelazny, Firebirds, RWD-5 i Maciek Pospieszyński. Zasadniczą część radomskiej imprezy rozpoczął przelot praktycznie wszystkich typów maszyn latających Polskich Sił Powietrznych w formacji „grot”. Zaraz później rozpoczęło się to co tygryski lubią najbardziej czyli, huk, dym i flary! Rozpoczął nasz MiG ze słynnym ostatnimi czasy kpt. Adrianem Rojkiem i jego nie mniej a może nawet bardziej słynnym pionowym startem. Kolejne punkty programu to Zeus na swoim F-16 i nieczęsto spotykany zespół akrobacyjny latający na… śmigłowcach Eurocopter Colibri czyli hiszpańska Patrulla ASPA. Skoro zaś jesteśmy już przy zespołach, to oczywiście nie mogło zabraknąć jednego z najlepszych zespołów akrobacyjnych – Frecce Tricolori ze swoim niezwykle ekspresyjnym komentatorem oraz drugiej hiszpańskiej grupy – Patrulla Aguilla. Nowością w Radomiu z pewnością był duński zespół Baby Blue latający na samolotach Saab T17 Supporter, choć ich pokaz akurat nie należał do szczególnie widowiskowych, w przeciwieństwie do dobrze wszystkim znanych Patrouille Suisse latających w nowej wersji pokazu z większą ilością flar. W składzie zagranicznych zespołów akrobacyjnych znaleźli się jeszcze Royal Jordanian Falcons oraz Baltic Bees, których pokaz odbył się w pięknym wieczornym świetle. W Radomiu nie mogło zabraknąć reprezentantów Polski czyli znanych i lubianych Biało-Czerwonych Iskier i oczywiście Orlików. Pokazy solistów poza wspomnianym MiGiem i greckim F-16 wzbogacili Włosi ze swoich Eurofighterem, niestety nie wiedzieć czemu w wersji bezdymej… Na całe szczęście już z dymem szalał francuski Dassault Rafale, którego lądowanie z pętli zrobiło spore wrażenie! Standardowo na najwyższym poziome zaprezentował się belgijski F-16. Nie gorzej a może nawet lepiej pokazał się słowacki MiG-29, który miał po swojej stronie sprzymierzeńca w postaci pogody. Na chwilę przed jego pokazem przeszła krótka ulewa, która wyczyściła lekką mgiełkę i dała piękne zdjęciowe tło w postaci rozbudowanych chmur. Lepiej być nie mogło! Pewnym przeniesieniem w czasie był niewątpliwie występ rumuńskiego „ołówka” czyli MiGa-21 w bardzo dynamicznym, choć niestety mało fotogenicznym pokazie. Jedną z najbardziej wybuchowych (dosłownie!) atrakcji była symulacja CAS (z ang. Close Air Support – bliskie wsparcie powietrzne) w wykonaniu pary polskich Su-22 oraz F-16. Niedzielne pokazy odbyły się w tym samym składzie, co poprzedniego dnia, choć w zmienionej kolejności. Dzięki temu występ naszego MiG-a odbył się w promieniach zachodzącego słońca, podobnie zresztą jak Iskier, które przy pięknym światełku zakończyły tegoroczną edycję radomskiego Air Show. Kolejne już za 2… a może za 3 lata, w połączeniu ze 100-leciem Polskich Sił Powietrznych? Piotr „Rzepka” Kostur

TRENINGOWE EPMM (Polska, EPMM)

19 sierpnia 2015 roku był kolejnym dniem, kiedy w 23. Bazie Lotnictwa Taktycznego odbywały się treningi do Międzynarodowych Pokazów Lotniczych AIR SHOW Radom. Oprócz zaplanowanych na ten dzień wylotów do tzw. tafli, na żywo mogliśmy również sfotografować popisowy start w wykonaniu kpt. pil. Adriana Rojka, który tym manewrem w ostatnim czasie zachwycił cały świat. Dodatkowymi smaczkami był przelot na naszymi głowami dwóch amerykańskich śmigłowców szturmowych AH-64 Apache Longbow oraz pokaz Su-22 Demo Team. Mińska baza jak zawsze przywitała nas bardzo ciepło (akurat w tym przypadku doszła jeszcze temperatura ok. 30 st. C i bezchmurne niebo), co – jeśli chodzi o fotografowanie kołowań, startów czy lądowań – powodowało silną termikę nad pasem. Dziewięcioosobowa delegacja SPFL kilka minut po godzinie 8 stawiła się pod bramą bazy, by uwiecznić na kartach jak najlepsze kadry. I jak to w Air-Action, czas do startów uprzyjemniały rozmowy z pilotami, znajomymi – czas do godz.10:00 minął szybko. Starty rozpoczęły Su-22… cóż za wspaniały widok …. sześć Fitterów na pasie w jednym momencie…startujące parami…. Ehhh…. szkoda, że wspomniana termika dała o sobie znać i zdjęcia są raczej tylko poglądowe. Następne w kolejce już stały malborskie i mińskie samoloty MiG-29. I tuż przed godziną 11 w samolocie o numerze 67 startował nie kto inny, jak kpt. pil. Adrian Rojek w swoim, znanym już chyba na całym świecie stylu. Wszystkie maszyny były już w powietrzu, by po kilku minutach przelecieć w formacji „tafla” tuż nad lotniskiem. Tu należy się pochwała za wykonanie i zgranie wszystkich maszyn. W równych odstępach czasu (około 40 sekund) pojawiały się nad nami Su-22 i MiGi-29. Pierwsze do lądowania podchodziły „smokery”, chwilę po nich już na pasie były „suczki”…. A do startu przygotowywały się 2 amerykańskie śmigłowce Apache, które pięknie zaraz po starcie przeleciały parą tuż nad naszymi głowami. Druga tura startów rozpoczęła się około godziny 12:30, a tuż przed godziną 13 nad mińskim lotniskiem pojawiły się samoloty F-16 z Bazy w Łasku, by przećwiczyć symulację CAS (Close Air Support). W stosunku do porannego treningu za wiele się nie zmieniło, więc również mieliśmy okazje obejrzeć wiele startów, lądowań, przeloty tafli, a także pięknie paradujące Su-22 na drodze kołowania, z podniesionymi owiewkami. Miłym przerywnikiem był pokaz śmigłowca W-3A Sokół, należącego do 2 Grupy Poszukiwawczo-Ratowniczej w Mińsku Mazowieckim. Zwieńczeniem dnia okazał się trening solo Su-22, którego dźwięk i widok na mińskim niebie był tym, za co świry lotnicze kochają to, co robią. Jak zawsze na koniec pozostaje podziękować za możliwość bycia na lotnisku DSP, dowództwu bazy w Mińsku, pilotom, oraz obsłudze naziemnej. A jak piloci i ich maszyny wypadły w dniach pokazów w Radomiu… o tym w kolejnej relacji, do której już Was zapraszam…. Tomasz „Deoc” Szczech

NOWOTARSKI PIKNIK LOTNICZY (Polska, EPNT)

W weekend 15-16 sierpnia b.r. już po raz siódmy zorganizowano na Podhalu piknik lotniczy. Gospodarzem tej imprezy lotniczej był jak co roku Aeroklub Nowy Targ. Tatry jako tło zdjęć lotniczych? Tego nie można przegapić! Do Nowego Targu przybyliśmy wcześnie rano, więc nie spotkały nas korki na kochanej przez kierowców zakopiance. Krótki spacer po strefie gastronomicznej i do roboty. Jako pierwszy zaprezentował się przed nami Uwe Zimmermann na swojej extrze 200. Mimo stosunkowo niewielkiej mocy żółty akrobat gościa z Niemiec dawał radę. Nam najbardziej podobały się niskie przeloty. Uwe kręcił jeszcze bączki na trawie, a w powietrzu już byli pasjonaci z Warszawy, czyli 3AT3. Ultralekkie maszyny miały spore problemy w trakcie pokazu, rzucało nimi bowiem niemiłosiernie. Winowajcą był bardzo silny zachodni wiatr, który w dodatku przyniósł ze sobą ciemne chmury. Warto wspomnieć, że zarówno Uwe, jak i 3AT3 wystąpili dwa razy tego dnia. Zanim jednak rozpętała się burza z piorunami, zdążyli wystąpić jeszcze wojskowi na śmigłowcach szturmowych Mi24. Stało się! Ulewa i pioruny przerwały pokazy. Przez blisko dwie godziny nic nie zapowiadało poprawy warunków. Wreszcie jednak zaczęło się coś dziać… przestało grzmieć, deszcz jakby słabnął. Kilka minut później do lotu już szykował się zlin 526 pilotowany przez słynnego Słowaka Dusana Samko. Organizator pikniku wznowił pokazy. Później na niebie mogliśmy zobaczyć cztery zliny z zespołu Retro Sky Team, które przede wszystkim prezentowały przeloty w różnych precyzyjnych formacjach. Po nich w niebo wzbiły się takie samoloty jak Jungman, Polikarpov PO-2, Jak-18 i replika RWD-5. Dostojnie i z klasą, tak prezentowały się te maszyny. Kilka minut później nad Nowym Targiem pojawiła się długo wyczekiwana Ts-11 Iskra pilotowana przez Sławomira Hetmana. Kosiak, jaki wykonał na ,,dzień dobry”, przyprawił widzów o dreszcze. Tak niskiego przelotu Iskry nad trawiastym pasem nigdy nie widziałem. Pilot w trakcie całego pokazu komentował swoje manewry. Nawet w trakcie szybkich pętli miał spokój w głosie i opanowanie. Na zakończenie wisienka na torcie, czyli rekonstrukcja historyczna Retro Sky Team. Walka powietrzna i bombardowanie, które dzięki materiałom pirotechnicznym wyglądało jak prawdziwe. Śmiem twierdzić, że to właśnie Retro Sky Team najbardziej podobał się widzom w Nowym Targu. Na minus - mało atrakcji lotniczych, błędy w programie pikniku i w liście występujących. Nie było ani Zoltana Veresa, ani Hawks of Romania, ponadto Wiedeńczyk i Stearman nie latali w niedzielę, mimo,że byli w programie. Na piknik do Nowego Targu jeżdżę co roku od kilku lat i zawsze mile go wspominam. Warto znaleźć czas w ten sierpniowy weekend i pojawić się tam już za rok. Kamil ,,Kamio” Łach

FLYGFESTEN DALA-JARNA 2015 (Szwecja, ESKD)

Lecimy. Samolot De Havilland DH.114 Heron. Jedyny na świecie latający egzemplarz tego typu. Wysokość około 1000 metrów. W dole piękny szwedzki krajobraz z tysiącami jezior, wysepek i lasów. Za sterami Jan Andersson. Obok niego – otumaniony od ilości wrażeń - ja :) Otumaniony bo dzieje się tyle, że nie nadążam! Jestem po kilku dniach mega fotografowania na lotnisku muzeum Västerås oraz po dwóch sesjach air2air z formacją Texanów i A-26. Dzisiejszy dzień od rana przebiegał w klimacie wyjazdu do oddalonego o około 200 km od Västerås lotniska Dala-Järna gdzie mają odbyć się pokazy lotnicze, do których wszyscy ostatnio trenowali. Przedsięwzięcie dość skomplikowane logistycznie bo część osób będzie rezydować w jednym miejscu, część w innym, jedne samoloty będą operować z Dala-Järna inne z Borlänge. Całe towarzystwo i pilotów i techników od rana biegało i komunikowało się oczywiście po szwedzku, z czego rozumiałem dokładnie nic. W końcu zapytałem się Janne jak to będzie ze mną, czym pojadę i z kim i dokąd dokładnie? Powiedział, że nie mam się o nic martwić, i że on się wszystkim zajmie. No i jak powiedział tak zniknął. To znaczy po kilku chwilach Daniel (prawa ręka Janne) przyszedł do mnie i zabrał moją walizkę do samochodu mówiąc, ze ja polecę na końcu z Janne. Polecę? No ok. I tak oto zostałem tylko i aż z moim plecakiem foto obserwując jak wszyscy po kolei wyjeżdżają i wylatują. W końcu ktoś zamknął wrota od tego potężnego, historycznego hangaru i nastała rzadko tu spotykana cisza. Zostałem sam. Musiało to super wyglądać z odległości. Potężny zamknięty hangar a pod jego drzwiami siedząca na betonie jakaś sierotka z plecakiem. Pozostało mi tylko czekać na bieg wydarzeń tu, samemu, na końcu świata i wierzyć, że Janne o mnie nie zapomni. Po dwóch godzinach czekania zaczynałem trochę wątpić. Bo w końcu kim ja tu jestem by o mnie pamiętano w tym całym galimatiasie? A jeżeli nawet to niby czym miałby po mnie przylecieć? Janne odstawiał Huntera do Borlänge a Texany już w Dala-Järna. Pozostało mi tylko jedno rozwiązanie, że Andreas, który wiózł Heronem ekipę do Borlänge, odda miejsce Janne za sterem a ten przyleci po mnie Heronem właśnie. No jaja jakieś. Taką niemałą czterosilnikową maszyną tylko po mnie? Tak czy siak byłoby dobrze, gdyż zostałem tu nawet bez walizki, która pojechała zwiedzać Szwecję niezależnie ode mnie. Choć tak naprawdę to cholera wie gdzie pojechała. Podczas gdy układałem sobie w głowie tę całą układankę, z oddali usłyszałem delikatny i powoli narastający pomruk silników. To Heron! Po chwili wylądował i podkołował pod hangar. Wskoczyłem do środka i z nieukrywaną radochą przywitałem się z Janne. Ten zamknął drzwi i zapytał, czy potrafię coś w temacie pilotażu. Powiedziałem, że tyle o ile i to wystarczyło by mianował mnie swoim co-pilotem :D Niestety, choć jak się później okazało stety, nie zmieściłem się z moimi nogami w kabinie na fotelu drugiego pilota. Zająłem zatem miejsce tuż za Janne i wystartowaliśmy. Była piękna pogoda. Zajęcie miejsca poza kabiną było genialnym posunięciem. Dzięki niemu mogłem biegać wszędzie i focić w każdą stronę. A było co fotografować gdyż Szwecja z lotu ptaka wygląda obłędnie. Do tego ta perspektywa świata widzianego z kabiny Herona podczas lotu w kierunku zachodzącego słońca. Masakra! Cieszyłem się jak głupi. Gdzie tam ja, jakiś nikt, z jakiegoś dalekiego kraju i to z głębokiej wioski, lecę sobie teraz sam z Janne Anderssonem - legendą nie tylko szwedzkiego lotnictwa, hen gdzieś wysoko nad północną Europą, unikatową na skalę światową maszyną, na jakieś lotnisko, na którym nie wiadomo co i kto mnie czeka :) Totalne szaleństwo! Lubię to! :) Lądowanie w Dala-Järna Hesja! Zobacz tam w dole jest Dala-Järna! Krzyczy do mnie Janne wyrywając mnie z moich przemyśleń. Ok! Zapinam pas przy okazji układając oba aparaty w pobliżu by były w gotowości do działania. Pierwszy raz w życiu lecę na pokazy lotnicze maszyną pokazową. Z reguły o tej porze siedzę na lotnisku i wypatruję przylatujących samolotów licząc na to, że pokażą coś więcej niż tylko lądowanie z prostej i będzie okazja do zrobienia fajnych fotek. Nie spodziewam się zbyt wiele po naszym przylocie. Raz, że Heron to dość duży, czterosilnikowy, pasażerski samolot dwa, że dość stary bo podejrzewam, że był wyprodukowany gdzieś w latach 60-tych, trzy, że stał dość długo nieużywany w Västerås. Lotnisko coraz bliżej. Mimo, że jesteśmy już dość nisko to nie wygląda mi to jednak na podejście do lądowania, gdyż mamy sporą prędkość. Jesteśmy już tuż nad lotniskiem i zaczyna się szaleństwo. Janne przechyla samolot na lewe skrzydło tak, że trawa nieomal muska jego końcówki a w oknach z prawej strony widzę poziom drzew sąsiadującego z lotniskiem lasu. Wooow! Nisko i ostro dość, jak na tak leciwą konstrukcję. W tej chwili jednak nie myślę o jakimś niebezpieczeństwie, ale rozkoszuję się tym co się dzieje i nagrywam komórką filmik, próbując utrzymać ją na odpowiedniej wysokości, co nie jest łatwe z powodu przeciążeń! Już wyrywamy w górę by zrobić ciasny zakręt nad miasteczkiem i wejść nad lotnisko od drugiej strony! Tym razem kosimy nad samolotami ustawionymi w jednej linii na obrzeżu lotniska. Wrażenie niesamowite! Wyprowadzenie, zakręt i ponowny nalot! Jeszcze niżej niż poprzednio?? Masakra! Tylko przez chwilę żałuję, że nie jestem teraz na lotnisku i nie fotografuję tych manewrów! Po kolejnych dwóch nalotach Janne ewidentnie przygotowuje się do lądowania. Manewr niby prosty ale nie tu. Pas startowy lotniska Dala-Järna mierzy sobie 800 metrów. To znaczy mało. Trzeba więc wylądować tuż na początku pasa. Już jesteśmy na podejściu. Już lecimy totalnie nisko nad samym lotniskiem. Już drą się ostrzeżenia o przeciągnięciu. Jeszcze chwila i… jeb! Przyziemiamy jakieś 5 metrów przed początkiem pasa :) O dziwo samolot znosi to zupełnie spokojnie. Kołujemy na nasze miejsce postoju. Wysiadamy. Jest piękny, ciepły wieczór. Zachodzi właśnie słoneczko. Na lotnisku wita nas komitet powitalny. Ktoś z obsługi lotniska dogaduje z Janne szczegóły. Słyszę, że Janne przedstawia mnie jako jego „crew”, co sprawia, że otrzymuję właśnie taki identyfikator hi hi :) Ku mojej uciesze podchodzą do mnie moi znajomi szwedzcy fotografowie, witają się i dają mi identyfikator „Photo”! Podobno dowiedzieli się, ze będę i sami z siebie mi załatwili akredytację. Strasznie to miłe. Wszyscy opowiadają o naszym przylocie, że podobno wyglądało to kosmicznie, że są mega w szoku, że Janne zaskoczył wszystkich przylatując Heronem niczym rasowym myśliwcem. Nagle czuję klepnięcie w plecy i znajomy głos, który mógł wydobyć się tylko z jednych ust. To Jurgis Kairys wita się i mówi, „hesja, to było dopiero niebezpieczne!” He He :) Zawsze Jurgisa proszę przed jego lotami, żeby nie latał zbyt niebezpiecznie i on zawsze mnie uspokaja mówiąc, że wie co robi. To jego stwierdzenie jest jednak najlepszym dowodem, że Janne nieźle zaszalał. Ja jestem w szoku. Znajduję się na można powiedzieć, końcu świata a czuję się jak wśród najlepszych przyjaciół! Już mam w ręku piwo, już stoimy i plotkujemy. Podchodzi do nas Rick van Der Graf (holenderski pilot Jak-3U), z którym znamy się od dość dawna oraz Mikael Carlson – kolejna legenda szwedzkiego lotnictwa. Plotkujemy, śmiejemy się, spijamy kolejne pifka, robię im zdjęcia ale… w głowie zaczyna rodzić się pytanie – co dalej? Janne – a gdzie ja będę spać? No i gdzie jest moja walizka? Ups… okazuje się, że nie wiadomo gdzie będę spać a walizka… no ta jest z Danielem czyli jakieś 80 km stąd i nie ma opcji by była dziś ze mną. Zapada noc. Towarzystwo powoli opuszcza lotnisko. Jadę z pilotami i technikami. Nie wiem gdzie. Lasy jakieś. Na szczęście niedaleko. W ciemnościach nocy wygląda mi to na jakiś ośrodek z kilkoma budynkami porozrzucanymi po okolicy. Wszyscy ładujemy się do tego największego budynku. Pada hasło, że o 7.00 wyjeżdżamy. A gdzie ja mam spać? Ok. – jest i miejsce dla mnie. Sala. Pięciu Szwedów już w środku siedzi przy stole. Dookoła trzy zestawy łóżek piętrowych w tym moje oczywiście na piętrze. Wszystko co mam to sprzęt foto. No jakoś przebieduję. Dobrze, że są jakieś ręczniki. Atmosfera taka sobie. Oni coś tam sobie opowiadają, śmieją się, dyskutują. Wszystko oczywiście po szwedzku. Mają totalnie inne od polskiego podejście do takich akcji. U nas na bank byśmy próbowali zagadać z obcakiem, zaprosić do stołu by mu było fajniej. Coś razem, na wesoło. No i na bank przynajmniej jedna flaszeczka by już była rozlewana :) Oni nic. Przywitali się, dowiedzieli skąd jestem i… już. Spoko. Leżę sobie zatem na gałęzi i słucham ich gadania próbując wyłowić choć pojedyncze słowa. Hehe – zawsze jak słyszę szwedzki język - na myśl przychodzą mi różne sceny ze Szwedami z „Potopu”. W ogóle taki dość śmiechowy jest :) CDN. :) Sławek "hesja" Krajniewski

MAZURY AIRSHOW (Polska, EPKE)

W dniach 1-2 sierpnia 2015 r. odbyły się już po raz piętnasty pokazy lotnicze nad jeziorem Niegocin, w pobliżu miejskiej plaży w Giżycku. Na niebie można było zobaczyć licznych solistów i zespoły akrobacyjne zarówno na nowych, jak i wiekowych maszynach. Prezentowali się m.in. Marek Choim, Uwe Zimmerman oraz Patrouille Reva z Francji na przedziwnych samolotach Acroez, litewski zespół akrobacyjny na Jak-50, grupa Pterodaktyl Flight, Puszczyk SW-3 z Dęblina, Herkules C-130 z 3. Skrzydła Lotnictwa Transportowego z Powidza, wiatrakowce oraz wiele innych. Pomimo tylko trzygodzinnego bloku w niedzielę, na niebie co chwilę coś się działo. Samoloty startujące na niedalekim lotnisku w Kętrzynie pojawiały się w mgnieniu oka nad taflą jeziora. Każdy ich ruch był obserwowany przez tłumy wczasowiczów i fanów awiacji opalających się na plaży miejskiej i stojących na pobliskich bulwarach. Szczególne uznanie publiczności zdobyła grupa Pterodaktyl Flight, odtwarzająca (wystrzałowo) bitwę powietrzną z czasów pierwszej wojny światowej. W trakcie każdego z przelotów zewsząd było słychać zachwyty nad kunsztem i umiejętnościami pilotów. Niecodzienna, przepiękna sceneria nad niegocińskim jeziorem w połączeniu z maszynami latającymi blisko i nisko dawała niesamowite wrażenie. Warto wybrać się na Mazury i doświadczyć tego na własnej skórze. Justyna "Gonitwa" Hodźko
Back to Top