HYUNDAI AIR AND SEA SHOW 2026 (USA, MIAMI)

Miami Air Show, to hasło od dawna pobudzało moją wyobraźnię. Każdy, z kim rozmawiałem na ten temat twierdził jedno, jeśli na pokazy do USA to właśnie tam. Obejrzane setki zdjęć, dziesiątki filmów nakręcały tylko spiralę oczekiwań. Wreszcie przyszedł moment by spełnić swe marzenia. Co prawda sytuacja polityczna nakazywała nieco ostrożniej podchodzić do tematu ale z drugiej strony 250 rocznica powstania Stanów Zjednoczonych równoważyła te obawy. Lista potwierdzonych uczestników był naprawdę imponująca, pogoda raczej zapewniona a nawet jakby coś poszło nie tak z samymi pokazami to zawsze jest to fantastyczna wycieczka. I tak w chłodny środowy poranek 20 maja wystartowaliśmy z Okęcia na pokładzie LOT-owskiego Dreamlinera zmierzając ku przygodzie.
Mimo wcześniejszych obaw lot minął całkiem przyjemnie i komfortowo. Samolot wypełniony był jedynie nieco ponad połową pasażerów i mogliśmy się swobodnie poruszać po całej dostępnej przestrzeni. Odprawa celno-paszportowa na miejscu przebiegła wyjątkowo sprawnie i po niecałych 45 minutach od opuszczenia samolotu byliśmy już poza lotniskiem.
Następnego dnia jetlag dał o sobie znać i o 4 rano byliśmy już w zasadzie wyspani. Nie pozostawało więc nic innego jak udać się na plażę w oczekiwaniu na wschód słońca. Pstrykamy sobie krajobrazy, obserwujemy pelikany i w pewnym momencie widzimy fantastycznie oświetlony samolot, z piękną smugą kondensacyjną.
– Stary, to nie jest samolot…..
Oszzzzz, fak, rzeczywiście wtedy połączyliśmy kropki, że na ten dzień zaplanowany był start Falcona z pobliskiego Cape Canaveral a to co widzimy to rakieta a my mamy szerokie szkła…. Ałaaaaa….
No cóż, bywa. Nie pierwsza, nie ostatnia tego typu akcja. Generalnie plaża w Miami Beach tak nas urzekła, że zamiast zwiedzać Miami spędziliśmy cały dzień nad oceanem, szwendając się po Ocean Drive i rozkoszując letnim słońcem.
Następny dzień to już pełen dzień treningowy. Zaczęło się z wysokiego “C” bo pierwsi, dosłownie znikąd wyskoczyli Thunderbirdsi, wyskoczyli i…. po paru minutach dość dziwnego treningu, pojedynczo odlecieli do bazy. Potem przewinęło się nad plażą towarzystwo (poza bombowcami), które miało wziąć udział w sobotnio-niedzielnych pokazach. I tu pierwszy niepokojący sygnał, bo z oszałamiającej listy pokazała się się niecała połowa.
– Nic to Basieńko, nic to. Jutro na pewno będzie lepiej i wyrwie nas z kapci potęga amerykańskiego lotnictwa.
No nie wyrwała… Nie dość, że na plażę przyjechała chyba połowa ludności Ameryki Płn. to większość przywiozła ze sobą przenośne głośniki. Każdy posiadacz tegoż sprzętu za punkt honoru uznawał bycie głośniejszym od sąsiada. Przestrzeń osobista? Nie wiem, nie słyszałem… Tak, do tego też trzeba się przyzwyczaić. Do tego 30 stopni i 85% wilgotności. Po paru godzinach, mimo perspektywy Raptora i Thunderbirdsów ma się zwyczajnie dość. Jednocześnie wcześniejsze wypadki wykluczyły udział demo F-18 oraz T-38 a trwająca wojna zniwelowała szanse na udział B-2 i F-15 (mimo że jeszcze w dniu imprezy były na liście godzinowej). Dobra dość marudzenia, parę fotolotniczych marzeń spełnionych, kilka zacnych klatek popełnionych, można zmykać do klimatyzowanego hotelu ;).
Niedziela miała bliźniaczy program i wiedząc co nas czeka zapobiegawczo udaliśmy się dużo dalej od osi pokazów. Może kadry nieco słabsze, za to komfort przebywania zdecydowanie większy. Raptor i F-35 zrobiły swoje a finałowy pokaz Air Force Thunderbirds zakończył się…. początkiem regularnej burzy!
Wracaliśmy do hotelu wraz z początkiem solidnego deszczu.
Czy warto było? TAAAAK, mimo lekkiego niedosytu powodowanego brakiem paru pozycji to jednak sporo się działo, zarówno w powietrzu jak i na wodzie. Do tego nie na każdych pokazach można odłożyć na chwilę aparat i zanurkować w oceanie by się schłodzić. Duża wilgotność powietrza robi swoje…. a my lubimy jak jest wilgoć w powietrzu i latają odrzutowce. Planując wycieczkę do USA warto również prześledzić program pokazów w okolicy. Tam niemal co tydzień coś się dzieje. My postąpiliśmy podobnie i tuż przed powrotem do Polski postanowiliśmy jeszcze zaliczyć pokazy w Atlantic City ale o tym w następnej relacji. Tymczasem zapraszamy na parę ujęć z Miami.

Michał “Misza” Górecki